Cieśnina Ormuz i LNG. Kto naprawdę zyskuje na napięciach na Bliskim Wschodzie?

Konflikt zbrojny na Bliskim Wschodzie i blokada Cieśniny Ormuz znów przypominają, jak ważnym punktem światowego handlu energią pozostaje to wąskie gardło. Szacuje się, że przez Cieśninę Ormuz przechodzi około 20 proc. światowego handlu LNG.

Geografia LNG – dlaczego Azja płaci najwięcej za gaz

O znaczeniu Cieśniny Ormuz napisano już wiele. Każde napięcie w regionie natychmiast rodzi pytanie o bezpieczeństwo dostaw energii. W cieniu tych obaw pojawia się jednak kwestia stawiana znacznie rzadziej – komu właściwie taka sytuacja może się po prostu opłacać.

Najczęściej słyszymy, że destabilizacja w regionie Zatoki Perskiej grozi przerwaniem dostaw energii. I rzeczywiście – wystarczyło kilka incydentów w cieśninie, aby ruch statków gwałtownie się zmarł, a światowe rynki natychmiast zareagowały wzrostem cen.

Kluczowym elementem tej układanki pozostaje Katar. To właśnie z tamtejszych terminali LNG przez lata wypływały ogromne ilości gazu skroplonego kierowanego przede wszystkim do Azji. Japonia, Korea Południowa czy Chiny budowały swoje bezpieczeństwo energetyczne w dużej mierze na dostawach z tego regionu.

Katar należy dziś do największych producentów LNG na świecie. Według danych Energy Institute roczna produkcja przekracza 100 mld metrów sześciennych gazu skroplonego, co stawia państwo w ścisłej czołówce globalnych eksporterów obok Stanów Zjednoczonych i Australii. Kluczową rolę odgrywa kompleks Ras Laffan – największy na świecie ośrodek przetwarzania i eksportu LNG.

Co istotne, około 80 proc. katarskiego gazu trafia na rynki azjatyckie. To właśnie dlatego każda informacja o zakłóceniach produkcji lub transporcie przez Cieśninę Ormuz natychmiast wywołuje nerwową reakcję rynków. Dla importerów w Japonii, Korei Południowej czy Indiach oznacza to ryzyko ograniczenia dostaw, a dla rynku – gwałtowny wzrost cen surowca.

Z perspektywy ekonomicznej mechanizm jest dość prosty. Tam, gdzie popyt na gaz jest największy, pojawiają się również najwyższe ceny. Co ciekawe, azjatycki rynek LNG od lat należy do najdroższych na świecie. Według analiz z 2025 roku średnia cena gazu skroplonego w północno-wschodniej Azji – liczona według kontraktów spot – oscylowała w granicach 12–13 dolarów za milion BTU.

Dla porównania amerykański benchmark Henry Hub w tym samym czasie utrzymywał się na poziomie około 3–4 dolarów za MMBtu, czyli ponad trzykrotnie niższym. Różnica ta nie jest przypadkowa. Wynika przede wszystkim z geografii dostaw oraz sposobu funkcjonowania światowego handlu gazem.

Choć więc każdy kryzys na Bliskim Wschodzie wywołuje uzasadnione obawy importerów, dla części graczy na rynku energii może on oznaczać coś zupełnie innego – nowe możliwości.

Szlaki morskie LNG – Panama, Suez czy Pacyfik?

Transport LNG to w dużej mierze kwestia geografii morskiej. Gazowce muszą bowiem pokonać tysiące mil morskich, zanim dotrą do terminali odbiorczych.

W przypadku Kataru wszystko zaczyna się od jednego wąskiego gardła – Cieśniny Ormuz. To właśnie przez nią muszą przejść statki z gazem kierujące się dalej na Ocean Indyjski.

Inaczej wygląda sytuacja w przypadku Stanów Zjednoczonych. Amerykański LNG może docierać do Azji kilkoma różnymi trasami. Jedna z nich prowadzi przez Kanał Panamski, który skraca drogę z Zatoki Meksykańskiej na Pacyfik. Inna wiedzie przez Atlantyk i Kanał Sueski.

Jest jednak jeszcze jeden kierunek, który w ostatnich latach przyciąga coraz większą uwagę – północny Pacyfik. Właśnie dlatego tak duże zainteresowanie budzi projekt eksportu LNG z Alaski. Każdy statek z tego terminala mógłby wówczas kierować się bezpośrednio do portów Japonii czy Korei Południowej, omijając najbardziej newralgiczne punkty światowej żeglugi.

Środek układanki – amerykański interes

I właśnie w tym miejscu pojawia się wątek, który w publicznych dyskusjach bywa często pomijany. Mówimy o bezpieczeństwie energetycznym świata, zagrożeniu dla żeglugi w Cieśninie Ormuz i ryzyku wzrostu cen gazu. Rzadziej natomiast zadajemy sobie pytanie, kto w takiej sytuacji może na tej destabilizacji realnie skorzystać.

Nie jest przecież tajemnicą, że w ostatnich latach Stany Zjednoczone coraz mocniej angażują się w konflikt z Iranem. Amerykańskie lotnictwo i marynarka wojenna przeprowadziły w 2025 roku uderzenia na irańskie obiekty nuklearne w Natanz, Fordow i Isfahanie, włączając się bezpośrednio w eskalację konfliktu na Bliskim Wschodzie. 

Oczywiście nie twierdzę, że ktoś w Waszyngtonie planuje konflikty po to, aby zwiększyć sprzedaż gazu. Nie jestem strategiem Pentagonu ani doradcą Donalda Trumpa. Jednak patrząc chłodno na historię działań tego mocarstwa w ostatnich dekadach – od Iraku po Syrię – trudno nie zauważyć pewnego mechanizmu.

Każdy poważny kryzys w rejonie Zatoki Perskiej oznacza wzrost niepewności dla transportu energii przez Cieśninę Ormuz. A im większa niepewność na rynku energii, tym wyższe ceny gazu i ropy.

Z perspektywy ekonomicznej taka sytuacja zmienia układ sił na globalnym rynku LNG. Droższy gaz na świecie sprawia bowiem, że projekty eksportowe w innych częściach globu – przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych – stają się znacznie bardziej opłacalne.

Tego typu analiza skłania mnie więc do postawienia pewnej hipotezy. Nie twierdzę, że jest to oficjalna strategia Waszyngtonu. Jednak trudno nie zauważyć, że destabilizacja w rejonie Zatoki Perskiej może pośrednio wzmacniać pozycję amerykańskich eksporterów LNG.

Gdy transport energii z Bliskiego Wschodu staje się niepewny, importerzy w Azji i Europie zaczynają szukać bardziej stabilnych dostawców – przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych.

Puenta

W rzeczywistości napięcia wokół Cieśniny Ormuz nie są jedynie regionalnym konfliktem. W tym miejscu splatają się jedne z największych interesów gospodarczych współczesnego świata – handel energią, bezpieczeństwo szlaków morskich oraz rywalizacja o rynki zbytu.

Wojna i destabilizacja regionu oznaczają oczywiście ogromne ryzyko dla importerów energii. Jednocześnie jednak zmieniają układ sił na globalnym rynku LNG. W sytuacji gdy dostawy z Zatoki Perskiej stają się mniej pewne, rośnie znaczenie innych producentów zdolnych szybko zwiększyć eksport.

Z perspektywy ekonomicznej oznacza to jedno – każdy kryzys w rejonie Ormuzu zwiększa znaczenie alternatywnych źródeł dostaw. W tym układzie szczególnie korzystną pozycję zajmują Stany Zjednoczone, które dzięki rosnącej produkcji gazu i rozbudowie infrastruktury eksportowej coraz śmielej próbują przejmować część rynku dotychczas należącego do producentów z tego regionu.

Dlatego konflikt na Bliskim Wschodzie ma znaczenie znacznie szersze niż tylko militarne. W tle toczy się bowiem rywalizacja o kontrolę nad jednym z najważniejszych rynków surowcowych świata. Jest to zapewne tylko jeden z wielu możliwych scenariuszy rozwoju tej sytuacji, choć z perspektywy ekonomicznej wydaje się on wyjątkowo prawdopodobny.

Udostępnij ten wpis
Avatar photo
Mariusz Dasiewicz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *