Cieśnina Ormuz: USA wzywają Europę do wojny, nie do stabilizacji

Pete Hegseth wezwał Europejczyków, by „mniej mówili, organizowali mniej wystawnych konferencji i weszli na pokłady swoich okrętów”. W praktyce szef Pentagonu oczekuje od państw europejskich wysłania sił morskich w rejon cieśniny Ormuz, przekonując, że bezpieczeństwo tego szlaku jest bardziej problemem Europy niż Stanów Zjednoczonych.

Jednocześnie Hegseth zapowiedział, że USA utrzymają blokadę Iranu oraz będą zatrzymywać jednostki uznane przez Waszyngton za powiązane z irańskim handlem morskim.

Pentagon chce europejskich okrętów w cieśninie Ormuz

Słowa Pete’a Hegsetha dobrze pokazują zasadniczy problem amerykańskiego podejścia do wojny z Iranem. Z jednej strony Waszyngton przekonuje, że Stany Zjednoczone „prawie nie korzystają” z cieśniny Ormuz. Z drugiej strony domaga się od Europejczyków wysłania okrętów w rejon jednego z najważniejszych szlaków morskich świata.

Trudno pogodzić to z zasadami porządku międzynarodowego, w którym swoboda żeglugi nie powinna zależeć od arbitralnej zgody jednego państwa. Szczególnie niepokojąco brzmi zapowiedź, że nikt nie wypływa z cieśniny Ormuz bez zgody US Navy. To nie jest język stabilizacji, lecz język dominacji.

Blokada nie przywraca bezpieczeństwa

Jeżeli celem Stanów Zjednoczonych jest zapewnienie bezpieczeństwa żeglugi handlowej, to blokada i zatrzymywanie statków nie prowadzą do uspokojenia sytuacji. Mogą jedynie zwiększać niepewność wśród armatorów, ubezpieczycieli i operatorów logistycznych. Każdy kolejny komunikat o minach, zatrzymanych jednostkach lub możliwym użyciu siły oznacza wzrost ryzyka dla całego rynku morskiego.

W praktyce koszt tej polityki ponoszą nie politycy, lecz gospodarka morska. Statki wybierają inne trasy, frachty rosną, natomiast dostawy surowców i towarów stają się mniej przewidywalne. Cieśnina Ormuz nie potrzebuje kolejnych pokazów siły. Potrzebuje warunków, w których żegluga handlowa może odbywać się bez szantażu politycznego i wojennej retoryki.

Niedorzeczność amerykańskiej propozycji

Wezwanie Europejczyków do „wejścia na pokłady swoich okrętów” brzmi tym bardziej niedorzecznie w sytuacji, gdy główny ciężar konfrontacji z Iranem biorą na siebie Stany Zjednoczone i Izrael. Oczekiwanie od Europy ponoszenia kosztów eskalacji, przy jednoczesnym lekceważeniu jej inicjatyw dyplomatycznych, trudno uznać za poważną politykę sojuszniczą w ramach NATO.

Nie powinno się jednocześnie mówić o odpowiedzialności międzynarodowej i traktować partnerów jak zaplecze operacyjne dla decyzji podejmowanych w Waszyngtonie. Europa ma interes w utrzymaniu drożności cieśniny Ormuz, ale nie oznacza to zgody na udział w wojnie prowadzonej w cudzym interesie.

Powrót do normalności wymaga deeskalacji

Najprostszym sposobem na przywrócenie swobody żeglugi nie jest wysłanie kolejnych okrętów, lecz wycofanie się z logiki tej wojny. Jeżeli Waszyngton rzeczywiście chce uspokojenia sytuacji, powinien ograniczyć działania wymierzone w irański handel morski i wrócić do dyplomacji. Każdy dzień napięcia wokół cieśniny zwiększa ryzyko incydentu, który może wymknąć się spod kontroli.

Bezpieczeństwo morskie nie polega na tym, że państwo dysponujące największymi siłami morskimi jednostronnie wyznacza zasady przejścia przez szlak tak ważny dla światowej gospodarki. Jego fundamentem jest swoboda żeglugi, dzięki której statki handlowe mogą przechodzić przez akweny międzynarodowe bez groźby zatrzymania, ostrzału lub presji politycznej.

Udostępnij ten wpis
Avatar photo
Mariusz Dasiewicz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *