Katastrofa galeona Vasa. Zatonął po przepłynięciu zaledwie 1300 metrów

10 sierpnia 1628 roku nabrzeża Sztokholmu wypełnili mieszkańcy, którzy chcieli zobaczyć dziewiczy rejs Vasy, jednego z najpotężniej uzbrojonych okrętów wojennych tamtej epoki. Szwedzki galeon miał być symbolem siły królestwa na Bałtyku i mógł wkrótce zostać skierowany przeciwko Rzeczypospolitej. Nikt nie przypuszczał, że jego pierwszy rejs zakończy się po zaledwie 1300 metrach.

Tego dnia nabrzeża Sztokholmu wypełnili mieszkańcy, którzy chcieli zobaczyć pierwsze wyjście nowego okrętu królewskiej floty. Na wodzie pojawiły się również mniejsze łodzie z obserwatorami, a na pokładzie Vasy, oprócz załogi, znajdowali się jej bliscy, w tym kobiety i dzieci, którzy mieli zejść na ląd w Vaxholm, zanim okręt wyszedłby dalej w morze.

Nikt z obserwujących nie przypuszczał, że pierwszy rejs potrwa około 20 minut.

Okręt, który miał pokazać siłę Szwecji

Vasa był szwedzkim królewskim galeonem, który jak na pierwszą połowę XVII wieku imponował zarówno rozmiarami, jak i uzbrojeniem. Miał około 69 metrów długości wraz z bukszprytem, blisko 12 metrów szerokości. Uzbrojenie galeonu Vasa stanowiły 64 działa różnych wagomiarów, w tym 48 dział 24-funtowych rozmieszczonych na dwóch pokładach artyleryjskich. Okręt był również bogato zdobiony, a jego reprezentacyjny charakter miał podkreślać potęgę króla Gustawa II Adolfa i szwedzkiej floty.

Budowę rozpoczęto w 1626 roku, kiedy Szwecja prowadziła intensywne działania na Bałtyku i potrzebowała okrętów o dużej sile ognia. Salwa burtowa Vasy mogła ważyć około 250 kilogramów, co według Muzeum Vasa czyniło go wówczas najpotężniej uzbrojonym okrętem na Bałtyku, a być może również na świecie.

Za tym rozmachem stał jednak bardzo konkretny cel. Szwecja prowadziła wówczas wojnę z Rzecząpospolitą Obojga Narodów, a po dotarciu do bazy floty na wyspie Älvsnabben Vasa miał oczekiwać na dalsze rozkazy, które mogły skierować go do sił prowadzących blokadę Gdańska albo w rejon Stralsundu.

Okręt zbudowany z myślą o wojnie z Rzecząpospolitą nigdy jednak nie dotarł nawet na otwarty Bałtyk.

Było wiadomo, że Vasa ma problem

Jeszcze przed pierwszym rejsem pojawiły się sygnały, że z nowym galeonem jest coś nie tak. Podczas próby stateczności trzydziestu ludzi biegało z jednej burty na drugą, aby sprawdzić zachowanie konstrukcji. Po kilku przejściach Vasa zaczął kołysać się tak mocno, że próbę przerwano w obawie przed przewróceniem okrętu.

Problem tkwił w samej konstrukcji. Vasa był wysoki, miał dwa pokłady działowe i dużą masę skupioną w górnej części kadłuba, podczas gdy znajdujący się na dnie balast nie wystarczał, aby zapewnić odpowiednią stateczność. W XVII wieku budowniczowie okrętów nie dysponowali jeszcze metodami pozwalającymi dokładnie obliczyć stateczność projektowanej konstrukcji, dlatego przy jej kształtowaniu polegali przede wszystkim na doświadczeniu i intuicji.

Mimo niepokojącego wyniku próby okręt przygotowano do pierwszego rejsu.

1300 metrów i koniec dziewiczego rejsu

Po południu 10 sierpnia wszystko zaczęło się zgodnie z planem. Vasa opuścił miejsce postoju i ruszył przez sztokholmski port, mając otwarte furty działowe, a po postawieniu części żagli oddał uroczysty salut. Na nabrzeżach wciąż stali mieszkańcy obserwujący dziewiczy rejs okrętu, który miał wkrótce dołączyć do szwedzkiej floty. 

Spokój nie trwał jednak długo. Pierwszy silniejszy podmuch wiatru przechylił Vasę na lewą burtę, choć okręt zdołał jeszcze powrócić do pionu. Kolejny okazał się znacznie groźniejszy, ponieważ przechył był na tyle duży, że przez otwarte furty dolnego pokładu działowego do wnętrza kadłuba zaczęła wdzierać się woda. 

Na oczach ludzi stojących na nabrzeżach okręt, który jeszcze chwilę wcześniej miał być pokazem siły szwedzkiej floty, zaczął znikać pod powierzchnią. Po przepłynięciu niespełna 1300 metrów Vasa zatonął na głębokości około 32 metrów, a spośród załogi i gości znajdujących się na pokładzie około 30 osób straciło życie. 

Kto odpowiadał za katastrofę

Po zatonięciu rozpoczęto dochodzenie, podczas którego przesłuchiwano dowódcę, członków załogi i osoby związane z budową okrętu. Szukano błędów popełnionych podczas rejsu, sprawdzano rozmieszczenie uzbrojenia i zachowanie załogi, jednak szybko stało się jasne, że głównym problemem była niewystarczająca stateczność samego kadłuba.

Ostatecznie nikogo nie uznano za winnego. Główny budowniczy Henrik Hybertsson nie żył już od ponad roku, a projekt okrętu powstawał przy udziale wielu osób i pod presją królewskich oczekiwań. Wrak pozostawiono więc na dnie, choć w kolejnych dekadach udało się wydobyć znaczną część jego cennych dział.

Z czasem Vasa zniknął nie tylko pod wodą, lecz również z pamięci mieszkańców Sztokholmu.

Po 333 latach Vasa wrócił na powierzchnię

Wrak odnalazł w 1956 roku szwedzki badacz Anders Franzén, który przez lata poszukiwał zatopionego okrętu. Jego odkrycie rozpoczęło przygotowania do niezwykle trudnej operacji wydobycia drewnianego kadłuba, który spędził pod wodą ponad trzy stulecia.

24 kwietnia 1961 roku Vasa po 333 latach ponownie pojawił się nad powierzchnią. Stan zachowania okrętu okazał się wyjątkowy, do czego przyczyniły się warunki panujące w wodach Bałtyku, a około 98 proc. konstrukcji prezentowanej obecnie w muzeum stanowią oryginalne elementy.

Dzisiaj Vasa stoi w specjalnie zbudowanym muzeum w Sztokholmie i jest jednym z najlepiej zachowanych XVII wiecznych okrętów wojennych na świecie.

Historia potoczyła się więc zupełnie inaczej, niż zakładał Gustaw II Adolf. Okręt, który miał walczyć o szwedzkie wpływy na Bałtyku i mógł zostać skierowany przeciwko Rzeczypospolitej, nie stoczył żadnej bitwy i nie dotarł nawet do morza. Przetrwał jednak niemal cztery stulecia, dzięki czemu dziś możemy zobaczyć niemal w całości okręt wojenny z czasów, gdy Szwecja i Rzeczpospolita walczyły o panowanie nad Bałtykiem.

Udostępnij ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *