Nie bitwa flot, lecz walka o swobodę działania. Irańskie siły morskie vs US Navy

Od ponad tygodnia US Navy prowadzi na morzu uderzenia przeciwko irańskim siłom morskim, a Teheran ponosi w tych starciach dotkliwe straty. Starcia te są jednak tylko fragmentem znacznie szerszej rywalizacji o kontrolę nad jednym z najważniejszych szlaków żeglugowych świata.

Warto jednak przyjrzeć się temu, dlaczego przez lata Iran nie budował sił morskich zdolnych do stoczenia klasycznej bitwy z amerykańską flotą. Zamiast tego rozwijał środki, które mają utrudnić działania silniejszemu przeciwnikowi w Zatoce Perskiej i Cieśninie Ormuz.

Gdy przewaga przeciwnika na morzu jest zbyt duża

W konfrontacji z amerykańską flotą Iran od samego początku znajdował się w niekorzystnej sytuacji. Potencjał US Navy, oparty na grupach lotniskowcowych, nowoczesnych systemach rozpoznania i rozbudowanej osłonie przeciwlotniczej, wielokrotnie przewyższa możliwości irańskich sił morskich. Zamiast próbować rywalizować z przeciwnikiem w bezpośrednim starciu na morzu, Iran buduje zdolności pozwalające utrudnić operowanie silniejszej flocie. Nie ulega wątpliwości, że konwencjonalna flota Iranu nie jest w stanie rywalizować z siłą ognia US Navy w bezpośrednim starciu.

W praktyce oznacza to rozwijanie działań asymetrycznych – opartych na licznych małych jednostkach, rakietach przeciwokrętowych, minach morskich oraz systemach rozpoznania. Celem takiej strategii nie jest zniszczenie amerykańskiej floty, lecz ograniczenie jej swobody działania i podniesienie kosztów prowadzenia operacji w jednym z najważniejszych akwenów świata. 

Małe jednostki – fragment szerszej układanki

W publicznej dyskusji często pojawia się obraz irańskich działań na morzu sprowadzony do jednego elementu – małych, szybkich łodzi operujących w Zatoce Perskiej. W rzeczywistości jest to jedynie fragment znacznie szerszego systemu działań, który Iran rozwija od wielu lat. Samymi łodziami nie da się zatrzymać dużej floty oceanicznej, jednak to one są jednym z narzędzi utrudniających przeciwnikowi prowadzenie operacji w pobliżu irańskiego wybrzeża.

Znacznie ważniejsze jest to, że jednostki te działają w powiązaniu z innymi środkami walki. W skład tego systemu wchodzą między innymi nadbrzeżne wyrzutnie pocisków przeciwokrętowych, miny morskie, okręty podwodne przeznaczone do działań na wodach przybrzeżnych oraz rozbudowany system rozpoznania. Coraz większą rolę odgrywają także bezzałogowe statki powietrzne i nawodne, które mogą prowadzić obserwację akwenu, wskazywać cele dla rakiet przeciwokrętowych lub wykonywać uderzenia na jednostki przeciwnika.

Dopiero takie połączenie różnych narzędzi – od dronów rozpoznawczych po rakiety i miny morskie – pozwala stworzyć środowisko, w którym nawet znacznie silniejszy przeciwnik musi operować ostrożniej i angażować większe siły do ochrony własnych okrętów.

Lotniskowiec i zespół okrętów

W debacie o działaniach na morzu często pojawia się uproszczony obraz pojedynku „małe jednostki kontra lotniskowiec”. W rzeczywistości taki schemat niewiele ma wspólnego z realiami współczesnej wojny morskiej. Lotniskowiec nie operuje samodzielnie. Stanowi centrum znacznie większego ugrupowania, jakim jest lotniskowcowa grupa uderzeniowa. W jej skład wchodzą okręty eskorty zapewniające obronę przeciwlotniczą zespołu, zdolności zwalczania okrętów podwodnych (ZOP) oraz ochronę przed zagrożeniami nawodnymi, a także lotnictwo pokładowe i rozbudowany system rozpoznania.

Z tego właśnie powodu przeciwnikiem irańskich sił na morzu nie jest pojedynczy okręt, lecz cały zespół bojowy zdolny do prowadzenia działań na dużym obszarze akwenu. W takim układzie celem Iranu nie jest zniszczenie lotniskowca w spektakularnym starciu. Znacznie bardziej realnym założeniem pozostaje związanie sił amerykańskich, zmuszenie ich do większej ostrożności oraz angażowanie dodatkowych środków do osłony zespołu okrętów operujących w rejonie Zatoki Perskiej i Cieśniny Ormuz.

Cieśnina Ormuz – presja na świat i paradoks Iranu

W przypadku Zatoki Perskiej działania na morzu mają znaczenie znacznie szersze niż tylko militarne. Cieśnina Ormuz pozostaje jednym z najważniejszych wąskich gardeł światowej żeglugi. Szacuje się, że przez ten akwen przechodzi około jedna piąta światowego handlu ropą naftową, a także znacząca część transportu skroplonego gazu ziemnego. Dlatego każda destabilizacja sytuacji w tym rejonie natychmiast odbija się na rynkach energii i handlu morskim. Jak już wielokrotnie pisaliśmy na naszym portalu, od ponad tygodnia ruch tankowców w Cieśninie Ormuz został w praktyce niemal całkowicie ograniczony.

I w tym właśnie widać sens irańskiej strategii morskiej. Dla Teheranu zatopienie amerykańskiego lotniskowca wcale nie jest kluczowym celem. Irańczycy doskonale wiedzą, z kim mają do czynienia na morzu. Wystarczy stworzyć wrażenie zagrożenia dla żeglugi w rejonie Cieśniny Ormuz. Kilka incydentów na morzu, wzrost kosztów ubezpieczenia statków czy decyzje armatorów o omijaniu regionu mogą bardzo szybko przełożyć się na ceny ropy, koszty transportu i stabilność wielu gospodarek.

Warto jednak zwrócić uwagę na jeszcze jeden element obecnej operacji przeciwko Iranowi. W ostatnich dniach uderzenia koncentrowały się nie tylko na celach wojskowych, lecz także na instalacjach związanych z magazynowaniem i przetwarzaniem ropy naftowej. Tym samym dla USA celem nie jest zniszczenie samej infrastruktury wydobywczej, lecz ograniczenie możliwości magazynowania i rafinacji surowca. Może to prowadzić do sytuacji, w której Iran będzie zmuszony w większym stopniu polegać na eksporcie morskim i współpracy energetycznej z państwami regionu. Powstaje w ten sposób paradoks strategiczny – Teheran od lat traktuje Cieśninę Ormuz jako narzędzie presji na światowe rynki energii, jednocześnie sam może stać się coraz bardziej zależny od drożności tego szlaku.

Iran nie musi wygrać bitwy, żeby osiągnąć zamierzony efekt

W realiach współczesnej wojny morskiej Iran nie jest w stanie pokonać Stanów Zjednoczonych w klasycznej konfrontacji na morzu. Różnica potencjałów między US Navy a irańskimi siłami morskimi jest zbyt duża, aby taki scenariusz traktować poważnie. Teheran doskonale zdaje sobie z tego sprawę, dlatego jego strategia nie polega na próbie rozstrzygnięcia wojny w jednej bitwie.

W działaniach asymetrycznych nie trzeba jednak wygrać starcia militarnego, aby osiągnąć realny efekt polityczny i gospodarczy. Wystarczy podnieść poziom zagrożenia w rejonie Zatoki Perskiej i Cieśniny Ormuz, aby odczuły to rynki energii i transportu morskiego. Zakłócenia żeglugi w tym akwenie mogą przez wiele tygodni uderzać nie tylko w działania US Navy, lecz także w gospodarki wielu państw uzależnionych od dostaw surowców transportowanych tą drogą. W tym sensie Iran nie musi wygrać wojny na morzu, aby wywołać skutki odczuwalne daleko poza regionem Zatoki Perskiej.

W mediach coraz częściej pojawiają się scenariusze zakładające, że napięcie w regionie Bliskiego Wschodu może utrzymywać się nawet do jesieni. O tym, czy tak się stanie, przekonamy się w najbliższych tygodniach – a pierwsze skutki tego kryzysu już dziś odczuwamy w swoich portfelach.

Udostępnij ten wpis
Avatar photo
Mariusz Dasiewicz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *