Program Ostrosz i korwety dla Marynarki Wojennej RP. Bałtyk potrzebuje okrętów do codziennej służby

Zapowiedź programu Ostrosz uruchomiła stary mechanizm. Im dłużej trwa dyskusja, tym większy robi się przyszły okręt. Korweta zaczyna przypominać lekką fregatę, lekka fregata – mniejszego Miecznika, a na końcu znów wraca pytanie, czy Polska buduje flotę pod realne zadania na Bałtyku, czy pod katalogi dużych koncernów stoczniowych.

Ostrosz i stara choroba polskich programów okrętowych

Dziś na platformie X rozgorzała dyskusja o programie Ostrosz, przyszłych korwetach Marynarki Wojennej RP i granicy między korwetą, lekką fregatą a „małym Miecznikiem”. Szybko było widać, że nie chodzi tylko o nazwę klasy okrętu.

Jedni zwracali uwagę, że przy obecnych wymiarach Ostrosz zaczyna ocierać się o lekką fregatę. Inni pytali, po co na takim okręcie kolejne pociski przeciwokrętowe, skoro większym problemem może być ZOP, samoobrona przeciwlotnicza i zdolność do działania w rejonie zagrożenia. Pojawiły się też głosy o dronach nawodnych i podwodnych, katamaranach, większej przestrzeni zadaniowej oraz o tym, że sam kadłub bez dobrze przemyślanego przeznaczenia nie rozwiąże problemów floty.

Z szacunkiem dla uczestników tej wymiany warto jednak zejść z poziomu samych wyrzutni, radarów i tabel uzbrojenia. Trzeba zapytać prościej: czy Polska potrzebuje kolejnego coraz droższego okrętu wielozadaniowego, czy większej liczby tańszych okrętów zdolnych do codziennej służby na Bałtyku?

Program Ostrosz ma objąć cztery wielozadaniowe korwety dla Marynarki Wojennej RP. Po Defence24 Days informowano, że nowy program zastępuje wcześniejsze myślenie o Murenie jako następcy małych okrętów rakietowych typu Orkan. To ważna zmiana. Zamiast prostszych nosicieli rakiet przeciwokrętowych w debacie pojawiły się większe okręty wielozadaniowe.

I właśnie tu zaczyna się problem.

W polskich realiach program okrętowy rzadko zostaje tym, czym miał być na początku. Najpierw pojawia się potrzeba: więcej okrętów w morzu, stały patrol, dozór rejonów, ochrona gazociągów, kabli, terminali i farm wiatrowych. Potem dochodzą kolejne wymagania: mocniejsza obrona przeciwlotnicza, ZOP, pociski przeciwokrętowe, śmigłowiec, bezzałogowce, większy zapas modernizacyjny i rozbudowany system walki.

To właśnie tutaj widać największe ryzyko programu Ostrosz. Każda kolejna funkcja wygląda osobno rozsądnie: trochę więcej OPL, lepszy ZOP, większy zapas modernizacyjny, śmigłowiec, bezzałogowce, dodatkowe wyrzutnie. Problem w tym, że suma tych rozsądnych dodatków szybko robi z korwety okręt większy, droższy i trudniejszy do zbudowania.

A wtedy wracamy do punktu wyjścia: zamiast liczby kadłubów dostajemy ambitny projekt, który zaczyna przypominać fregatę.

Polska nie może być poligonem doświadczalnym

W tej dyskusji brakuje jeszcze jednego, bardzo praktycznego pytania: czy Polska może sobie dziś pozwolić na wybór okrętu, który istnieje głównie w prezentacjach, wizualizacjach i materiałach marketingowych?

Czy mamy wybierać kadłub, który nie przeszedł prób morskich, nie został sprawdzony w żadnej marynarce wojennej i dopiero u nas miałby przechodzić drogę od projektu do realnej służby?

Budowa prototypowego okrętu to nie jest szczegół techniczny, który można dopisać małym drukiem do prezentacji. To ryzyko opóźnień, zmian konstrukcyjnych, problemów z integracją systemu walki, statecznością, zasilaniem, chłodzeniem, logistyką i kosztami późniejszej eksploatacji.

Na konferencji każdy projekt wygląda dojrzale. Dopiero próby morskie pokazują, czy za wizualizacją stoi okręt gotowy do służby, czy dopiero długa lista problemów do rozwiązania.

Polska nie działa dziś w spokojnym otoczeniu bezpieczeństwa. Za wschodnią granicą trwa wojna, Rosja odbudowuje zdolności, a Bałtyk staje się jednym z najważniejszych obszarów napięcia w Europie. W takich warunkach Marynarka Wojenna RP nie powinna zamawiać okrętów jak eksperymentu rozwojowego, którego błędy będą wychodziły dopiero po podpisaniu umowy.

Dlatego przy programie Ostrosz trzeba postawić proste pytania: czy oferowany okręt już pływa? Czy został wcielony do służby w jakiejkolwiek marynarce wojennej? Czy przeszedł próby morskie? Czy znane są jego problemy wieku dziecięcego? Czy istnieje realny łańcuch dostaw, dokumentacja, zaplecze serwisowe i doświadczenie z eksploatacji?

Jeżeli odpowiedź brzmi „nie”, państwo powinno bardzo ostrożnie podchodzić do takiej oferty. Polska nie potrzebuje kolejnego programu, w którym pierwsze lata upłyną na udowadnianiu, że wybrana koncepcja w ogóle działa.

Program Ostrosz nie powinien stać się konkursem na najładniejszą wizualizację. Powinen być wyborem okrętu, który realnie zwiększy obecność Marynarki Wojennej RP na Bałtyku, a nie przerzuci na Polskę ryzyko techniczne, finansowe i organizacyjne, którego inni użytkownicy jeszcze nie zweryfikowali.

Korweta nie może być małym Miecznikiem

Marynarka Wojenna RP potrzebuje korwet. Ale nie takich, które będą próbą zbudowania mniejszej fregaty za pieniądze zbliżone do programu wyższej klasy. Jeżeli Ostrosz ma mieć sens, powinien być okrętem możliwym do zbudowania w zakładanej liczbie, tańszym w utrzymaniu i dostępnym do codziennej służby.

Na Bałtyku nie każde zadanie wymaga udziału okrętu klasy fregata. Nie każde wyjście w morze, patrol przy morskiej infrastrukturze krytycznej, rozpoznanie sytuacji czy współpraca z sojusznikami musi angażować najdroższy okręt we flocie. Fregatą można patrolować rejon farm wiatrowych. Tak samo jak pole można orać czołgiem. Tylko po co i czy na to nas stać?

Podobnie jest ze śmigłowcem. Na wizualizacji można postawić niemal wszystko. W praktyce liczy się nie tylko lądowisko, ale też hangar, obsługa, paliwo, uzbrojenie, części zamienne i realna dostępność maszyn. Sam rysunek śmigłowca na rufie nie daje jeszcze zdolności.

Wojna na Morzu Czarnym pokazała coś jeszcze. Rosja traci okręty nie dlatego, że Ukraina zbudowała własną wielką flotę, lecz dlatego, że potrafiła używać rakiet i systemów bezzałogowych w sposób, który zmusił Flotę Czarnomorską do cofnięcia się z części akwenu.

To ważna lekcja dla naszego regionu. Liczy się nie tylko klasa okrętu i liczba wyrzutni, ale także rozpoznanie, reakcja, dostępność i zdolność do działania wieloma tańszymi środkami.

Bałtyk wymaga jakości, ale wymaga też liczby i rytmu wyjść w morze. Bez tego nawet najlepsze okręty będą zbyt nieliczne, by codziennie pilnować gazociągów, kabli, portów i morskich farm wiatrowych.

Brakuje okrętów do patrolu i dozoru

W tej dyskusji trzeba wrócić do prostego pytania: czym Marynarka Wojenna RP powinna codziennie patrolować Bałtyk?

Nie chodzi o to, by patrolowiec udawał korwetę. To byłby błąd. Okręt patrolowy nie zastąpi okrętu wojennego, nie przejmie roli fregaty i nie zapewni obrony powietrznej zespołu okrętów. Może jednak zrobić coś innego: odciążyć droższe okręty od zadań, do których nie potrzeba pełnego pakietu bojowego.

Dobrze zaprojektowany patrolowiec może robić to, czego na Bałtyku potrzeba najczęściej: prowadzić dozór, kontrolować podejrzane jednostki, wspierać nurków, współpracować z bezzałogowcami, osłaniać infrastrukturę krytyczną i szybko wejść w rejon zdarzenia.

To nie są zadania efektowne. Nie wyglądają tak dobrze jak odpalenie rakiety przeciwokrętowej. Ale to właśnie one budują realną obecność każdego państwa na morzu.

W tym sensie wpis Marka Reszki o prostszych okrętach patrolowych i jednostkach z przestrzenią na moduły zadaniowe nie jest ucieczką od marynarki wojennej, lecz próbą sprowadzenia dyskusji na ziemię.

Bezzałogowce są ważne, ale same nikogo nie zatrzymają

Rosnąca rola bezzałogowców zmienia sposób myślenia o patrolowcach. Okręt tej klasy nie musi służyć wyłącznie do pokazywania bandery. Może przenosić drony nawodne, podwodne i powietrzne, obserwować akwen, sprawdzać dno, wspierać działania przeciwdywersyjne i przekazywać dane do systemu dowodzenia.

Ale trzeba zachować proporcje.

Bezzałogowiec może wykryć podejrzany statek. Może sprawdzić rejon kabla czy gazociągu. Może dać obraz sytuacji. Nie zastąpi jednak ludzi wtedy, gdy trzeba podejść do jednostki, wezwać ją do zatrzymania, wysłać grupę kontrolną albo przeprowadzić abordaż.

Do tego potrzebny jest okręt. Nie prezentacja. Nie koncepcja. Nie kolejna wizualizacja. Okręt z załogą, łodzią RHIB, łącznością, zapasem paliwa, sensownym uzbrojeniem i możliwością pozostania w rejonie dłużej niż kilka godzin.

Dlatego przyszła flota nie powinna być budowana wyłącznie wokół dużych okrętów wielozadaniowych. Powinna łączyć fregaty, korwety, okręty podwodne, okręty patrolowe, systemy bezzałogowe i zaplecze logistyczne w jeden spójny system.

Koncerny zawsze chętnie zbudują większy okręt

Z punktu widzenia przemysłu sprawa jest prosta. Większy kadłub, droższy system walki, mocniejsze radary, więcej wyrzutni i większa integracja oznaczają większy kontrakt. To naturalne. Firmy chcą sprzedawać większe i droższe okręty.

Problem zaczyna się wtedy, gdy państwo nie potrafi jasno powiedzieć, czego naprawdę potrzebuje.

Polska nie powinna budować floty pod presję folderów sprzedażowych, tylko pod własne zadania na Bałtyku. A te potrzeby nie zawsze wymagają okrętu, na którym z czasem próbuje się zmieścić wszystko: od rakiet przeciwokrętowych, przez ZOP, po śmigłowiec i pełny zestaw bezzałogowców.

Czasem bardziej potrzebny jest okręt prostszy, tańszy i gotowy do wyjścia w morze wtedy, gdy fregata powinna pozostać w gotowości do zadań wyższej kategorii.

To nie jest spór o prestiż. To jest spór o to, czy Marynarka Wojenna RP będzie miała czym realnie działać na Bałtyku każdego dnia.

Program Ostrosz powinien pozostać „rozsądny”

Program Ostrosz może być potrzebny. Cztery korwety mogą realnie wzmocnić Marynarkę Wojenną RP, jeśli będą projektowane pod konkretne zadania, a nie pod ambicje dopisywane po drodze.

Najgorszy scenariusz jest dobrze znany: z korwety robi się okręt drogi, przeciążony wymaganiami i przez to trudny do zbudowania w zakładanej liczbie. Polska już zbyt długo cierpi na chorobę dopisywania kolejnych funkcji do okrętów, które miały być prostsze, tańsze i liczniejsze.

Dlatego obok pytania o przyszłe korwety Ostrosz trzeba postawić sprawę szerzej.

Słusznie zwrócił uwagę jeden z naszych Czytelników na FB Robert Wąs: zanim zaczniemy porównywać wyrzutnie, radary i kolejne wizualizacje, trzeba zadać prostsze pytanie – jaką flotę Polska chce mieć, w zasadzie jaką flotę powinna mieć? Czy ma to być flota kilku bardzo drogich okrętów, czy flota zdolna do codziennego działania, patrolowania Bałtyku, dozoru infrastruktury krytycznej i szybkiej reakcji na zdarzenia?

W praktyce właśnie tym należy mierzyć siłę floty: nie wyłącznie liczbą wyrzutni rakietowych, lecz tym, ile okrętów może realnie wyjść w morze, jak długo są w stanie utrzymać obecność w rejonie i czy państwo ma czym zareagować, gdy sytuacja zaczyna wymykać się spod kontroli.

Bez tego nawet najlepszy projekt pozostanie tylko obietnicą zdolności, a nie realną obecnością Marynarki Wojennej RP na morzu – szczególnie dziś, gdy za wschodnią granicą trwa wojna, a Bałtyk wymaga stałego dozoru.

Udostępnij ten wpis

6 komentarzy

  1. witam wszystkich
    myślę że jeśli chcemy coś dołożyć dla naszej marynarki to:
    1.można by dokupić od Szwedów kutry SB90 w większej liczbie, dozbroić i mamy szybki okręt patrolowy
    2.jeśli już coś większego to jestem za katamaranem stealth, zaprojektowanym w kraju,koncepcja modułowa gdzie część dziobowa(mniej więcej 1/3 okrętu) obejmowałaby armatę OSU 35k,dwa zestawy wlkm 12,7mm(potwór z Tarnowa)plus rakietowy zestaw opl z pociskami Piorun NG(lub Grzmot?)a tylna,pozostała część okrętu była by modułowa… obejmowałaby transport żołnierzy, stawianie min,moduły rakiet opl Camm,pokpr NSM itp.
    3.lub jeszcze coś większego -oprzeć budowę o sprawdzony już kadłub fregaty Miecznik a w kwestii wyposażenia to już dowolność z bardzo dużym zapasem.
    Jaki by projekt nie wybrać wszystko musi być wspierane przez bezzałogowe jednostki, również powietrzne.

    • do Ambasador – przy projektowaniu okrętów na Bałtyk trzeba brać pod uwagę specyfikę tego akwenu. Inne zagrożenia są w czasie pokoju inne w czasie wojny. Modułowość może być bardzo pomocna. Z Pana koncepcji podoba mi się ten katamaran – do zadań patrolowych i dozorowych wystarczy armata 35 mm i 2 „potwory” z Tarnowa. Do tego bezzałogowe drony podwodne i latające. Na czas wojny takie uzbrojenie nie wystarczy bo na Bałtyku najprędzej coś nadleci z powietrza (rakieta lub drony), więc potrzebna jest w razie czego możliwość zamontowania modułu CAMM. Można też przewidzieć wersję ZOP ale tu już pojawiają się koszty (sonary, najlepiej napęd diesel- elektryk, torpedy zop i miejsce dla śmigłowca) Może więc patrolowce/ dozorowce oprzeć na jednym projekcie, a jako ZOP dobudować że dwa – 3 dodatkowe Mieczniki wyposażone lepiej pod kątem potrzeb zop.

  2. Zgadzam się z artykułem. Potrzebujemy zdolności a nie popisówek.

    Albo zbudujmy coś rzędu 2-3 tyś ton z wymiennymi modułami zadaniowymi (wyobrażam to sobie jako podwozie ciężarówki z wymiennymi zabudowami: gaśniczą, ZOP, OPL, bezzałogowce, moduł pod specjalsów z Formozy, czy moduł zaopatrzeniowy dla Orki czy Miecznika) albo zamówmy kolejne Mieczniki, skoro już mamy rozgrzane linie produkcyjne. Wyjdą taniej jednostkowo.

  3. Dzień dobry
    Podstawą jest podjęcie decyzji:
    – czy uruchamiamy produkcję seryjną, opracowanego i „przećwiczonego” już Ślązaka;
    – czy zaczynamy wszystko od początku koncepcją, którą wymyślili Norwegowie, czyli Vanguard.

  4. Gratuluję bardzo merytorycznego podejścia do tematu. Szczerze – dawno nie czytałem tak dobrego artykulu!!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *