Lotniskowiec na Bałtyku. Argument o „za duże na Bałtyk” właśnie się zdezaktualizował

Francuski zespół lotniskowcowy z FS Charles De Gaulle po zakończeniu działań na Atlantyku wszedł na Morze Bałtyckie i o dziwo, „zmieścił się”. W skład okrętów wchodzą jednostki osłony oraz okręt podwodny. Zespół ma uczestniczyć w ćwiczeniach i działaniach sojuszniczych związanych z bezpieczeństwem regionu.
W artykule
„Za duże na Bałtyk”?
Wejście tak dużej jednostki na Bałtyk przypomniało debatę, która kilka lat temu toczyła się w Polsce. Przed uruchomieniem programu Miecznik część ekspertów przekonywała, że fregaty są „za duże na Bałtyk”. Akwen ten określano jako zbyt ciasny i zbyt płytki, a jego znaczenie operacyjne – jako ograniczone.
Portal Stoczniowy od początku stał na stanowisku, że problemem nie jest wielkość jednostki, lecz brak zdolności. Na naszych łamach pisali oficerowie marynarki wojennej – osoby, którzy znają Bałtyk z pokładu i z wachty, a nie z teoretycznych analiz. Wówczas wskazywali jasno: jeśli państwo chce bronić swoich interesów naszego państw od strony morza, musi mieć narzędzia adekwatne do zagrożeń.
Dziś widać wyraźnie, po inwazji Rosji na Ukrainę, że Sojusz operuje na Bałtyku pełnym spektrum. To nie jest zmiana geograficzna. To zmiana skali myślenia. Wnioski z takich scenariuszy powinny być punktem wyjścia przy wyborze okrętów – a nie refleksją pojawiającą się dopiero po.
Zespół kilku państw, nie symboliczna obecność
Ale wracając do bieżących wydarzeń – w skład francuskiej grupy lotniskowcowej wchodzą m.in. włoski niszczyciel ITS Andrea Doria oraz francuska fregata nowej generacji FS Amiral Ronarch, która dołączyła do zespołu jeszcze w trakcie prób morskich. W składzie znajdują się również fregaty typu FREMM, okręt podwodny o napędzie jądrowym oraz jednostki wsparcia logistycznego.
Na pokładzie lotniskowca stacjonują samoloty Rafale M, maszyny wczesnego ostrzegania E-2C Hawkeye i śmigłowce pokładowe. To nie jest kurtuazyjne zawinięcie ani pokaz flagi. To pełnowartościowa grupa uderzeniowa zdolna do działania w wymagającym środowisku Morza Bałtyckiego.
Francuski zespół ma uczestniczyć w manewrach NATO, w tym w działaniach związanych z obroną morskiej infrastruktury krytycznej. W realiach Bałtyku to jeden z kluczowych elementów bezpieczeństwa.
Zanim jednak rozpoczęła się zasadnicza część manewrów, doszło do korekty harmonogramu. Wejście do Malmö nastąpiło wcześniej, niż pierwotnie planowano, ze względu na prognozowane załamanie pogody. Wokół jednostki wyznaczono strefy gotowości, umożliwiające szybkie wdrożenie dodatkowych środków bezpieczeństwa. Szwedzkie władze podkreśliły przy tym, że ryzyko incydentu oceniane jest jako bardzo niskie.
To pierwsza wizyta takiego lotniskowca na szwedzkich wodach. W kolejnych dniach grupa weźmie udział w misji NATO Baltic Sentry oraz w ćwiczeniach Steadfast Dart, Neptune Strike i Cold Response. Nie jest to więc epizod o charakterze protokolarnym, lecz element szerszych działań wzmacniających północną flankę Sojuszu.
Programy fregat w państwach Bałtyckich. Region zwiększa skalę, nie ją ogranicza
Bałtyk nie stał się oceanem. Nadal jest akwenem ograniczonym przestrzennie i nasyconym środkami rażenia. Państwa, które traktują go poważnie, nie zmniejszają jednak okrętów. Zwiększają ich odporność, wzmacniają obronę powietrzną i budują zdolności do działania w ramach zespołów sojuszniczych.
Wystarczy spojrzeć na programy realizowane w naszym regionie. Niemcy wprowadzają do służby fregaty typu F125 i budują kolejne jednostki typu F126. Dania od lat utrzymuje w linii fregaty typu Iver Huitfeldt z rozbudowanymi systemami obrony powietrznej. Szwecja przygotowuje się do budowy nowych fregat w ramach programu LULEÅ – następcy korwet typu Visby. Finlandia realizuje program Pohjanmaa, którego efektem będą cztery duże korwety o parametrach zbliżonych do mniejszych fregat. Natomiast Polska buduje wielozadaniowe fregaty Miecznik.
To nie jest wyścig o długość kadłuba. To konsekwentna odpowiedź na realne zagrożenia w naszym regionie – przede wszystkim w zakresie obrony powietrznej i zwalczania okrętów podwodnych.
Skoro więc państwa regionu budują okręty o rosnących możliwościach bojowych, a na Bałtyk może wejść cała grupa lotniskowcowa z lotniskowcem o napędzie jądrowym, teza o okrętach „za dużych Bałtyk” brzmi dziś jak echo dawnej debaty. Nie geografia się zmieniła. Zmieniło się natomiast rozumienie bezpieczeństwa.
Dlatego warto patrzeć na te okręty na Bałtyku nie z perspektywy sensacji, lecz analizy. To realny sprawdzian tego, jak dziś wygląda morska projekcja siły w naszym regionie. I to właśnie do takich scenariuszy powinno się dopasowywać przyszłe zdolności Marynarki Wojennej RP.
Mariusz Dasiewicz – dziennikarz i wydawca Portalu Stoczniowego. Zajmuje się tematyką Marynarki Wojennej RP oraz przemysłu stoczniowego. W swoich tekstach koncentruje się na programach modernizacyjnych marynarek wojennych oraz zagadnieniach związanych z rozwojem bezpieczeństwa morskiego Polski. Stawia na analizę opartą na faktach i przejrzystość procesu decyzyjnego.










Witam!
Odnosząc się do opinii zawartych w artykule proponuję zmianę spojrzenia, zamiast „za duże, za małe”, na pytanie: czy osłona lotniskowca ochroni go przed atakiem „cichego” okrętu podwodnego operującego na Bałtyku?
Oczywiście z punktu widzenia działań nawodnych wejście zespołu lotniskowca zmienia dotychczasowy rachunek sił – NATO kontra Federacja Rosyjska. Morze Bałtyckie jest jednak akwenem bardzo trudnym dla działań ZOP takiego zespołu, a zarazem świetnym do jego atakowania przez okręty podwodne…
Wystarczy wspomnieć fakt „zatopienia” podczas ćwiczeń z 2005 roku amerykańskiego lotniskowca USS Ronald Reagan przez szwedzki konwencjonalny OP A-19 Gotland. Działo się to na wodach oceanicznych, a nie na bardzo wymagającym Bałtyku. Szwedzki okręt przedarł się przez osłonę lotniskowca, zrobił sporo zdjęć, a był dodatkowo wyposażony w urządzenia zwiększające sygnaturę akustyczną, by był możliwy do wykrycia…
Pozdrawiam, życząc dobrych przemyśleń.
Panie Marku,
Dziękuję za bardzo rzeczowy komentarz. Zgadzam się, że w warunkach Morza Bałtyckiego kluczowym zagadnieniem nie jest sama wielkość okrętu, lecz jej podatność na działania okrętów podwodnych i skuteczność osłony ZOP. Bałtyk rzeczywiście pozostaje akwenem wymagającym pod względem propagacji akustycznej, warstwowości wód i ograniczonej przestrzeni manewru.
Przywołany przez Pana przykład ćwiczeń z 2005 roku z udziałem USS Ronald Reagan i szwedzkiego okrętu typu Gotland jest znanym i często cytowanym w studium przypadku. Pokazuje on, że nawet duże grupy lotniskowcowe nie są „nietykalne”, a okręty podwodne – zwłaszcza konwencjonalne – stanowią realne zagrożenie.
Jednocześnie warto pamiętać, że ćwiczenia prowadzone są w warunkach kontrolowanych, a współczesne zdolności ZOP – szczególnie w zakresie aktywnych sonarów niskiej częstotliwości, działań wielostatycznych oraz integracji lotnictwa morskiego – są dziś jakościowo inne niż dwie dekady temu. Ten proces zmian szczegółowo opisywał na łamach Portalu Stoczniowego Kamil Sadowski w analizie poświęconej zdolnościom ZOP fregat programu Miecznik https://portalstoczniowy.pl/fregaty-wielozadaniowe-miecznik-mozliwosci-marynarka-wojenna-rp-zwalczanie-okretow-podwodnych-zop/. Rozwój sonarów typu CAPTAS, sieciowej detekcji akustycznej oraz współdziałania z lotnictwem morskim istotnie zmienia rachunek ryzyka – także na wymagającym akwenie jakim jest nasz Bałtyk.
Moja teza nie dotyczyła bezpieczeństwa lotniskowca jako takiego, lecz argumentu „za duży na Bałtyk”. Problemem przez lata nie była wielkość platformy, lecz brak odpowiednich zdolności – przede wszystkim w zakresie obrony powietrznej i ZOP.
To właśnie w tym kontekście program Miecznik ma znaczenie fundamentalne.
Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za merytoryczną polemikę.
Mariusz Dasiewicz
Problemem nie jest wielkość kadłuba, a możliwość łatwego wykrycia/znalezienia lotniskowca na dość małym akwenie Morza Bałtyckiego. I możliwość jego zniszczenia za pomocą np. rakiet wystrzelonych z lądu.
Ech, ale fikołki retoryczne. Grupa lotniskowcowa weszła na Bałtyk wziąć udział w ćwiczeniach i stąd ma płynąć wniosek, że lotniskowce są adekwatne na Bałtyk, a tym samym fregaty też są adekwatne. Idąc tym tropem, niszczyciele i krążowniki, skoro są mniejsze od lotniskowców, też powinny być adekwatne na Bałtyk… Nie, to tak nie działa.
Bardzo fajnie, że przypłynęli. Niech ćwiczą także i na Bałtyku tak na wszelki wypadek, ponadto jest to ładny sygnał od sojuszników. Natomiast dopóki samoloty mogą operować z baz lądowych, których NATO ma w okolicy bez liku, to lotniskowce nie mają na tym akwenie dużej racji bytu. Bardzo wiele złego musiałoby się wydarzyć, żeby sojuszniczy lotniskowiec miał realną potrzebę przepłynąć Sund; choć i z takimi scenariuszami należy się liczyć, więc niech ćwiczą.
Potrzeby posiadania fregat przez Marynarkę Wojenną nie kwestionuję. Tylko że wizyta Francuzów (ani Włochów z ich niszczycielem) nie jest tutaj solidnym argumentem. Podobnie wątpliwe jest przywołanie największych fregat niemieckich lub duńskich — ci mają pod opieką także Morze Północne. Z kolei Szwedzi i Finowie budują okręty trochę mniejsze od Wichra i et consortes, choć większe niż dotychczas posiadali.
Niesłuszne jest też przywołanie dyskusji sprzed ponad dekady, bo od tamtej pory zmieniły się realia. Nie chodzi tylko o sytuację międzynarodową: Wtedy na dnie Bałtyku leżały co najwyżej kable energetyczne i telekomunikacyjne, zaś gazociągu do Danii i dalej Norwegii czy morskich farm wiatrowych nie było jeszcze w planach.
Przy całej sympatii dla naszych fregat, argumentacja się kupy nie trzyma.
A u nas narazie dużo krzyku i zapewnień jeżeli chodzi o okręty podwodne.
Jak to miało być przemyślane i wybrane to co najlepsze dla nad a straszne dla przeciwnika.
A z informacj które się przedostają wynika że jeszcze nic się praktycznie nie zaczęło A już jakieś oszczędności i rezygnacja z możliwości posiadania na okrętach podwidnych pocisków manewrujących.
Chyba to one stanowią siłę i postrach dla przeciwnika a nie torpedy które są standardowym wyposażeniem.
sorry ale autor nie rozumie co znaczy za duze ja bałtyk. obecnie jest pokoj i nie chodzi tylko o techniczne sprawy typu głębokość zanurzenie ale o sens operowania. jesli ktos ba pytanie tego ze lotniskowiec wpłynął na baltyk pisze ze termin sie zdeatkualizowal to znaczy ze nie nie rozumiał tego zdania.
sorry ale autor nie rozumie co znaczy za duze ja bałtyk. obecnie jest pokoj i nie chodzi tylko o techniczne sprawy typu głębokość zanurzenie ale o sens operowania. jesli ktos ba pytanie tego ze lotniskowiec wpłynął na baltyk pisze ze termin sie zdeatkualizowal to znaczy ze nie nie rozumiał tego zdania. amen
Tragiczny artykow.Zero wiedzy o tym co robia Chińczyka w aspekcie zwalczania lotniskowcow oraz to co aktualnie robia Ukraińcy na morzu Czarnym które jest większe od naszego.
Jakie konkretne możliwości operacyjne prezentują duże okręty morskie ponad to, co można osiągnąć kombinacją małych jednostek nawodnych, tradycyjnych jednostek podwodnych typu hunter killer, oraz środków rażenia stacjonujących na lądzie? Lotniskowce nie są 'za duże na bałtyk’ ze względów fizycznego rozmiaru, tylko dlatego, że lotnictwo z baz lądowych już w tym momencie jest w stanie wykonać wszystkie zadania ochrony akwenu nad Bałtykiem, które miałyby zostać powierzone specjalistycznym, i drogim w utrzymaniu okrętom. Niemcy, Dania, Francja budują duże jednostki ze względu na operacje na morzu północnym, arktycznym i atlantyku, gdzie trudno postawić baterię pocisków przeciwokrętowych na brzegu z pokryciem całej szerokości akwenu. Jeżeli MW w Polsce nie ma ambicji operowania poza cieśninami duńskimi, to duże okręty nawodne są całkowicie zbędnym wydatkiem, którego rolę mogą przejąć Grippeny z RBS15 i kilka baterii tychże na ciężarówkach