Piotr Redmerski odwołany ze stanowiska prezesa PŻB

Piotr Redmerski został odwołany ze stanowiska prezesa Polskiej Żeglugi Bałtyckiej. Decyzja zapadła kilkanaście dni po skierowaniu do sądu aktu oskarżenia dotyczącego niezrealizowanej budowy promu. Okoliczności tej sprawy wymagają jednak szerszego spojrzenia, bo odpowiedzialność za kontrakt i późniejsze decyzje nie sprowadza się do jednej osoby.

Dlaczego Piotr Redmerski został odwołany z PŻB?

Piotr Redmerski został odwołany 20 lipca ze składu zarządu Polskiej Żeglugi Bałtyckiej. Do czasu wyboru nowego prezesa spółką ma kierować Artur Witkowski, członek rady nadzorczej. Może pełnić te obowiązki przez maksymalnie trzy miesiące.

PŻB poinformowała jedynie, że uchwałę podjęto „mając na względzie zapewnienie jej dalszego trwałego rozwoju”. To sformułowanie nie odpowiada jednak na najważniejsze pytanie: dlaczego człowiek, który w 2024 roku wygrał konkurs i wrócił do kierowania spółką, po niewiele ponad dwóch latach ponownie został odwołany?

Brak wyjaśnienia ma znaczenie, ponieważ decyzja zapadła kilkanaście dni po skierowaniu do sądu aktu oskarżenia dotyczącego niezrealizowanego kontraktu na budowę promu w Morskiej Stoczni Remontowej Gryfia. Prokuratura zarzuca dwóm ówczesnym członkom zarządu PŻB wyrządzenie spółce szkody przekraczającej 8,1 mln zł. O ich odpowiedzialności zdecyduje sąd.

Nie sprzeciwiał się nowym promom. Sprzeciwiał się budowie bez pieniędzy

Historię tę łatwo sprowadzić do prostego obrazu: zarząd podpisał umowę, wpłacił zaliczkę, prom nie powstał, więc ktoś musi odpowiedzieć. Problem w tym, że rzeczywisty przebieg wydarzeń był znacznie bardziej złożony.

Redmerski nie twierdził, że PŻB nie potrzebuje nowych promów. Przeciwnie, odnowienie starzejącej się floty należało do najważniejszych potrzeb polskiego armatora. Sprzeciw dotyczył sposobu realizacji programu – wyboru stoczni, która nie dysponowała odpowiednim zapleczem, oraz prowadzenia projektu bez zapewnionego finansowania.

W rozmowie opublikowanej po jego powrocie do spółki Redmerski mówił wprost, że ostrzegał przed powierzeniem budowy promu Gryfii. Jego zdaniem stocznia nie gwarantowała wykonania zamówienia, a banki nie chciały finansować inwestycji przy takim wykonawcy.

Nie była to wyłącznie ocena zainteresowanego. Najwyższa Izba Kontroli stwierdziła, że instytucje finansowe odmówiły współpracy ze względu na negatywną ocenę potencjału wybranej stoczni. NIK uznała również, że Gryfia nie miała możliwości technicznych, organizacyjnych i finansowych do samodzielnej realizacji kontraktu.

Mówiąc po polsku, Redmerski w pewnym momencie walnął pięścią w stół. Uznał, że nie można dalej udawać, iż prom powstaje, skoro nie ma pieniędzy, pełnej dokumentacji ani wykonawcy zdolnego przeprowadzić budowę. Od prezesa spółki Skarbu Państwa należy oczekiwać właśnie takiej odpowiedzialności. W praktyce taka postawa często staje się jednak źródłem problemów.

Próba odzyskania zaliczki i odwołanie dzień później

Najważniejszym fragmentem oświadczenia Redmerskiego jest chronologia wydarzeń z lutego 2021 roku.

Były już prezes twierdzi, że 10 lutego 2021 roku zarząd rozpoczął działania zmierzające do odzyskania należności od Gryfii z powodu niewywiązywania się stoczni z kontraktu. Następnego dnia rada nadzorcza odwołała zarząd, przerywając rozpoczęte czynności.

Redmerski podkreśla również, że przekazane stoczni 10 mln zł było zaliczką, która w razie niewykonania umowy powinna zostać rozliczona. Dlatego odrzuca przedstawianie całej tej kwoty jako szkody wyrządzonej PŻB przez jego zarząd.

Dokumenty NIK pokazują, że sprawy rzeczywiście nie można sprowadzić do prostego stwierdzenia, że 10 mln zł bezpowrotnie przepadło. Izba wskazywała, że cała zaliczka pozostawała do rozliczenia, ale szacowała jednocześnie, że w razie rozwiązania kontraktu PŻB mogłaby stracić około 1,4 mln zł, obejmujących wartość wykonanych prac i koszty przechowywania pierwszej sekcji promu.

Nie oznacza to automatycznie, że wszystkie decyzje zarządu były prawidłowe. Oznacza natomiast, że publiczny obraz sprawy jako prostego „wydania 10 mln zł na stępkę” jest niepełny. Spór dotyczy również tego, dlaczego nie doprowadzono do rozliczenia zaliczki i kto podejmował decyzje już po odwołaniu Redmerskiego.

Program „Batory” nie był zwykłym kontraktem

Najwyższa Izba Kontroli negatywnie oceniła realizację kontraktu przez PŻB. Wytknęła zarządowi między innymi niewłaściwy wybór wykonawcy, niedostosowanie parametrów promu do potrzeb armatora oraz kontynuowanie współpracy ze stocznią mimo problemów z finansowaniem. Według NIK umowę należało rozwiązać już na początku 2018 roku.

Tych ustaleń nie można przemilczeć. Tak samo jak nie można przesądzać o winie Redmerskiego przed zakończeniem postępowania sądowego.

Nie sposób jednak traktować tego kontraktu jak zwykłej decyzji biznesowej, podejmowanej w oderwaniu od polityki. Program „Batory” należał do flagowych projektów ówczesnego rządu, a położenie stępki przedstawiano jako początek odbudowy polskiego przemysłu stoczniowego. Tymczasem finansowania nie zapewniono, stocznia nie była gotowa do realizacji zamówienia, a projekt przez kolejne lata istniał głównie w deklaracjach.

Odwołanie można zrozumieć. Dorobku nie da się przekreślić

Skierowanie aktu oskarżenia przeciwko prezesowi państwowej spółki postawiło organy nadzorujące PŻB w sytuacji wymagającej decyzji. Była to jednak reakcja na nową sytuację prawną, a nie ocena dotychczasowego sposobu kierowania spółką.

Ostateczną uchwałę podjęła rada nadzorcza. Decyzja była reakcją na nową sytuację prawną związaną ze skierowaniem aktu oskarżenia. Nie oznacza ona jednak negatywnej oceny dotychczasowego zarządzania PŻB ani nie przesądza o winie Piotra Redmerskiego.

Nie oznacza również, że Redmerski przestał być fachowcem. Przez lata kierował Polską Żeglugą Bałtycką, zna rynek promowy, ma doświadczenie w transporcie morskim i kontakty w branży. Takich kwalifikacji nie zdobywa się w ciągu kilku miesięcy i nie można ich przekreślić jedną uchwałą rady nadzorczej.

Jego przypadek pozostaje niewygodny także z innego powodu. Oskarżony został menedżer, który wcześniej ostrzegał przed budową promu bez zapewnionego finansowania i bez wykonawcy przygotowanego do realizacji kontraktu. Jego zarząd próbował również odzyskać zaliczkę od Gryfii, lecz następnego dnia został odwołany.

O odpowiedzialności Piotra Redmerskiego rozstrzygnie sąd. PŻB ograniczyła komunikat do informacji o odwołaniu prezesa i zapewnieniu spółce „dalszego trwałego rozwoju”. Nie podano, czy bezpośrednią podstawą decyzji było skierowanie aktu oskarżenia.

Udostępnij ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *