Okręty podwodne A26 dla Polski z problemami? Program Orka wszedł w trudny etap

Polska nadal negocjuje ze Szwecją zakup nowych okrętów podwodnych w ramach programu Orka, ale dziś stawką nie jest już sam wybór partnera. Prawdziwy spór dotyczy tego, czy MON podpisze umowę na okręty bez pocisków manewrujących i czy zaakceptuje harmonogram obciążony problemami szwedzkiego programu A26.
W artykule
Jak poinformował na sejmowej komisji obrony wiceminister obrony Stanisław Wziątek, jeśli końcowa oferta okaże się niesatysfakcjonująca, Polska przejdzie do rozmów z innymi oferentami. To już nie brzmi jak rutynowa formułka. Raczej jak sygnał, że po miesiącach politycznych deklaracji ktoś wreszcie zaczął zadawać najważniejsze pytania: o termin dostaw, rozwiązanie pomostowe, zakres uzbrojenia i o to, jak państwo ma się zabezpieczyć, jeśli wykonawca nie dowiezie programu zgodnie z umową. Przy programie Orka nie wystarczy dziś opowieść o parametrach. Liczy się to, czy ta oferta wytrzyma zderzenie z harmonogramem, kosztami i realiami przekazania nowych okrę†ów naszej MW RP.
Spór nie dotyczy tylko samego okrętu, lecz także uzbrojenia
Najmocniej podczas posiedzenia sejmowej komisji obrony wybrzmiał wątek pocisków manewrujących. Posłowie PiS przekonywali, że zakup okrętów podwodnych bez takiego uzbrojenia osłabi potencjał odstraszania i w praktyce podważy sens całego programu. Marynarka Wojenna odpowiadała ustami wiceadm. Jarosława Ziemiańskiego, że na rynku nie ma dziś konwencjonalnego okrętu podwodnego z pociskami manewrującymi, który można byłoby po prostu kupić „z półki”, bez skomplikowanego procesu integracji. Tyle że ten argument nie zamyka sprawy. Problem polega bowiem nie tylko na samej trudności integracji, ale również na tym, że Polska wskazała jako preferowaną ofertę rozwiązanie, które już na starcie nie dawało takiego potencjału, podczas gdy konkurencyjne propozycje były w tym zakresie znacznie bliższe pierwotnym oczekiwaniom.
I tu właśnie zaczyna się problem polityczny, ale też wojskowy. Nie chodzi już wyłącznie o techniczne ryzyko związane z integracją nowego uzbrojenia z przyszłym okrętem, lecz o coś znacznie poważniejszego: o wejście w negocjacje na warunkach, które od początku oznaczają odejście od jednej z najgłośniej podnoszonych ambicji programu Orka. Skoro przez lata budowano przekaz, że nowe okręty podwodne mają zapewnić Polsce także zdolność rażenia celów lądowych, to trudno uznać za drobiazg sytuację, w której wybrana ścieżka prowadzi dziś do jednostek pozbawionych właśnie tego atutu. W tej perspektywie pytanie nie dotyczy już tylko tego, co ewentualnie będzie można dołożyć później, ale tego, czy państwo nie godzi się właśnie na bardzo drogi kompromis w sprawie zdolności przedstawianych wcześniej jako jeden z fundamentów całego programu.
Dlatego coraz częściej wraca pytanie, czy Polska nie zmierza w stronę zakupu okrętu, który będzie nowoczesny, lecz od początku ograniczony w wymiarze politycznym i operacyjnym. W programie tej skali byłby to nie tyle kompromis, ile świadome obniżenie własnych ambicji. A na taki luksus państwo frontowe po prostu nie powinno sobie pozwolić.
Największy cień pada dziś na harmonogram
Drugim problemem jest kalendarz. Według informacji FMV, po aktualizacji kontraktu szwedzkie okręty HMS Blekinge i HMS Skåne mają zostać dostarczone odpowiednio w 2031 i 2033 roku. To bardzo ważne, bo właśnie na tej konstrukcji opiera się oferta dla Polski. Jeśli więc program dla własnej marynarki ma tak duży poślizg, to naturalnie rośnie pytanie, na ile wiarygodne są deklaracje o dostarczeniu pierwszej jednostki dla Polski około 2030 roku.
Nie chodzi o to, by z góry przekreślać projekt A26. Problemem nie jest sam okręt który dzisiaj jest tylko na papierze, a nie w służbie. Problem polega na tym, że Polska po latach zwłoki nie powinna już kupować samej obietnicy. W tej sprawie nie wystarczy dobra prezentacja i przekonanie, że „jakoś to będzie”. Okręt trzeba zbudować, przeprowadzić próby w morzu i przekazać w terminie. A właśnie z terminami Saab ma dziś największy kłopot.
MON zostawia sobie furtkę, ale czasu jest coraz mniej
Dlatego słowa wiceministra Wziątka o możliwości przejścia do innych ofert trzeba czytać poważnie. Resort obrony pokazuje w ten sposób, że nie chce być zakładnikiem jednego partnera, nawet jeśli to właśnie Szwecja została wcześniej wskazana jako kierunek preferowany. To także forma nacisku na końcowy etap rozmów. Im bliżej końca czerwca, tym mniej będzie miejsca na polityczne uprzejmości, a więcej na twarde warunki kontraktu.
Z perspektywy politycznej sprawa staje się niewygodna. Jeżeli rozmowy ze Szwedami zaczną się przeciągać albo zakończą się fiaskiem, wróci pytanie, czy wybór partnera nie został ogłoszony zbyt wcześnie. Jeżeli natomiast MON podpisze umowę na okręty bez pocisków manewrujących i z harmonogramem budzącym wątpliwości, opozycja dostanie gotowy argument do ataku, gdy zacznie się przedwyborcza walka.
To już nie jest etap deklaracji
W praktyce program Orka wszedł właśnie w najtrudniejszą fazę. Nie tę medialną, ale tę realną, w której polityczny wybór trzeba zamienić w umowę możliwą do wykonania. Dziś nie liczy się już to, kto wygrał etap deklaracji, lecz kto potrafi dostarczyć Polsce okręty podwodne w terminie, z właściwym uzbrojeniem i bez nadmiernego ryzyka. Marynarka Wojenna RP nie ma już czasu na kolejne poślizgi i problemy, zwłaszcza takie, których można było w większym stopniu uniknąć, wybierając ofertę opartą na dojrzalszym programie. Jeśli Saab tego nie pokaże, temat powrotu do ofert konkurencji przestanie być tylko negocjacyjnym straszakiem.










wziatek to z zawodu polityk czyli nie zna się na niczym i nic nie potrafi. powierzanie takim i podobnym dyletantom tak odpowiedzialnego zadania zakrawa na kpinę. premier Tusk będzie odpowiedzialny za nieuchronne fiasko.