Miliony za przejście przez Morze Czerwone. Huti podbijają koszty żeglugi

Po nocnym ataku Huti z 22 na 23 lipca na saudyjski tankowiec Encelia gwałtownie wzrosły składki od ryzyka wojennego na południowym Morzu Czerwonym. Dla armatorów oznacza to milionowe koszty pojedynczego rejsu i dalszą presję na stawki frachtowe.

Trzykrotny wzrost składek ubezpieczeniowych

Reuters podał 23 lipca, że składki ubezpieczenia od ryzyka wojennego dla statków przechodzących przez południową część Morza Czerwonego przekroczyły 1 proc. ich wartości. We wtorek wynosiły około 0,75 proc., a jeszcze tydzień wcześniej – 0,3 proc.

Źródła zajmujące się bezpieczeństwem żeglugi potwierdziły trafienie tankowca Encelia w pobliżu portu Dżizan, niedaleko granicy z Jemenem. Huti poinformowali również o uderzeniu w tankowiec Layla, ale Reuters nie zdołał niezależnie potwierdzić tego ataku.

Kilka dni wcześniej Huti ogłosili morską blokadę Arabii Saudyjskiej. Groźba objęła statki zawijające do saudyjskich portów oraz powiązane z tym państwem. Rynek ubezpieczeniowy szybko uwzględnił wzrost zagrożenia.

Milion dolarów za siedem dni

Składkę od ryzyka wojennego nalicza się dodatkowo za przejście przez niebezpieczny odcinek trasy. Jej wysokość zależy przede wszystkim od wartości statku, przebiegu rejsu oraz oceny prawdopodobieństwa ataku.

Przy stawce wynoszącej 1 proc. właściciel statku wartego 100 mln dolarów musi zapłacić milion dolarów. Reuters wskazuje, że chodzi o ochronę wykupywaną na siedem dni. Nawet niewielka zmiana stawki oznacza więc dodatkowe setki tysięcy dolarów.

Im bliżej Jemenu, tym drożej

Najwyższe stawki dotyczą części statków zawijających do portów Dżizan i Al-Szukajk na południu Arabii Saudyjskiej. W niektórych przypadkach ubezpieczenie sięga tam 3 proc. wartości statku. Dla jednostki wartej 100 mln dolarów oznacza to wydatek rzędu 3 mln dolarów.

Oba porty leżą blisko wybrzeża Jemenu. Statki płynące z nich w stronę Oceanu Indyjskiego muszą przejść przez cieśninę Bab al-Mandab.

Znacznie niżej wyceniane jest ryzyko związane z zawinięciem do położonych dalej na północ portów Dżudda i Janbu. Tam stawki wynoszą około 0,1 proc. wartości statku. Pokazuje to, że o cenie ubezpieczenia decyduje nie tylko samo przejście przez Morze Czerwone, lecz także port docelowy i odległość od Jemenu.

Nie wiadomo jednak, jak długo obecne stawki się utrzymają ani czy po kolejnych uderzeniach wzrosną jeszcze bardziej. Ubezpieczyciele oceniają bowiem każdy statek osobno, biorąc pod uwagę jego trasę, właściciela i powiązania handlowe.

Dwa chińskie supertankowce, które w tym tygodniu zabrały saudyjską ropę z Janbu, przeszły w środę przez Bab al-Mandab. Nie ujawniono jednak, ile ich armatorzy zapłacili za ochronę od ryzyka wojennego.

Armator zapłaci albo wybierze dłuższą trasę

Rosnące składki zmuszają armatorów do porównania kosztu ubezpieczenia z wydatkami na rejs wokół Przylądka Dobrej Nadziei. Dłuższa trasa oznacza większe zużycie paliwa i dodatkowe dni żeglugi, ale pozwala ominąć Bab al-Mandab.

Taniego rozwiązania nie ma. Wielomilionowa składka albo dłuższy rejs oznaczają wzrost kosztów przewozu ropy, paliw i kontenerów.

Huti nie muszą zamykać Morza Czerwonego, aby uderzyć w żeglugę. Wystarczy, że przejście tym szlakiem stanie się dla armatorów ekonomicznie nieopłacalne.

Udostępnij ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *