Ukraińskie drony poza strefą wojny. Incydent w Konstancy rodzi pytania

Wojna na Morzu Czarnym przestała być wyłącznie sprawą Ukrainy i Rosji. Jej skutki coraz wyraźniej dotykają także państw, które formalnie nie biorą w niej udziału. Najnowszy dowód? Rumuńska Konstanca, gdzie ukraiński dron nawodny eksplodował na terenie portu.
W artykule
Czy był to pojedynczy incydent? Tego nie można dziś przesądzać. Problem polega jednak na tym, że podobne przypadki pojawiały się już wcześniej u wybrzeży Turcji i Grecji. A to oznacza, że wojna z udziałem systemów bezzałogowych zaczyna wychodzić poza obszar, który jeszcze niedawno można było uznać za bezpośrednią strefę walk.
Eksplozja ukraińskiego drona w porcie Konstanca
5 czerwca w porcie w rumuńskiej Konstancy doszło do eksplozji ukraińskiego drona nawodnego. Bezzałogowiec miał wcześniej utknąć w zaporze chroniącej akwen przed zanieczyszczeniami. Według dostępnych informacji obyło się bez ofiar oraz poważniejszych strat materialnych.
Samo zdarzenie mogłoby zostać potraktowane jako incydent techniczny, gdyby nie szerszy kontekst. Dowództwo Marynarki Wojennej Ukrainy poinformowało, że lot drona został zakłócony przez rosyjskie systemy walki radioelektronicznej. Po utracie kontroli nad bezzałogowcem strona ukraińska miała powiadomić władze Rumunii.
To ważny szczegół. Pokazuje bowiem, że zagrożeniem nie jest wyłącznie sam dron, ale także to, co dzieje się z nim po utracie łączności, zakłóceniu nawigacji albo zmianie kursu.
To już nie tylko problem Ukrainy i Rosji
Nie był to odosobniony przypadek. W pobliżu Konstancy oraz w innych miejscach przy rumuńskim wybrzeżu eksplodowały kolejne ukraińskie systemy bezzałogowe. W maju podobne drony miały dryfować także w rejonie wybrzeży Grecji i Turcji. Wtedy nie doszło do detonacji ładunków, ale same zdarzenia wystarczyły, by uruchomić pytania o bezpieczeństwo żeglugi.
Drony nawodne używane przez Ukrainę były projektowane do ataków na rosyjskie cele: okręty wojenne, jednostki pomocnicze, porty, bazy i infrastrukturę wojskową. Tymczasem po zakłóceniu ich pracy mogą znaleźć się setki kilometrów od pierwotnego celu — w pobliżu portów, torów podejściowych, kotwicowisk albo szlaków wykorzystywanych przez statki handlowe.
Dla państw takich jak Rumunia, Turcja czy Grecja nie jest to już abstrakcyjny problem wojny toczącej się „gdzieś dalej”. To realne ryzyko, które może pojawić się przy ich wybrzeżach.
Rosyjska WRE zmienia charakter zagrożenia?
Pojawia się pytanie, czy rosyjskie systemy walki radioelektronicznej jedynie zakłócają ukraińskie drony, czy potrafią już skuteczniej wpływać na ich kurs. Oficjalnego potwierdzenia takiego scenariusza nie ma. I prawdopodobnie szybko go nie będzie. W wojnie systemów bezzałogowych wiele rzeczy pozostaje w sferze niepełnych danych, domysłów i komunikatów stron konfliktu.
Nie zmienia to jednak faktu, że sam mechanizm jest niepokojący. Jeśli dron traci kontrolę, przestaje być narzędziem precyzyjnego uderzenia. Staje się pływającym ładunkiem wybuchowym, którego dalsze zachowanie trudno przewidzieć.
Wojna dronów a bezpieczeństwo żeglugi
Morze Czarne od początku rosyjskiej agresji na Ukrainę stało się jednym z najtrudniejszych akwenów dla żeglugi cywilnej. Miny morskie, ataki rakietowe, blokady portów, zakłócenia systemów nawigacyjnych i działania wojenne w pobliżu tras handlowych już wcześniej tworzyły środowisko podwyższonego ryzyka.
Drony nawodne dodają do tego kolejny element. Są trudne do wykrycia, stosunkowo małe, mogą poruszać się nocą i wykorzystywać warunki hydrometeorologiczne. Problem zaczyna się wtedy, gdy takie środki walki trafiają poza obszar, w którym miały działać.
Dla armatorów, portów i służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo żeglugi oznacza to konieczność zmiany myślenia. Nie wystarczy już śledzić ruchu okrętów wojennych i komunikatów o zagrożeniu minowym. Coraz większe znaczenie będzie miało monitorowanie niewielkich, trudnych do identyfikacji obiektów nawodnych.
Tego tematu nie da się zbyć jako incydentu
Ukraińskie uderzenia na Kronsztad, obiekty Floty Bałtyckiej i rosyjską infrastrukturę paliwową opisywaliśmy już szerzej w poprzednich tekstach. W tym przypadku ważniejsze jest jednak coś innego: skutki wojny systemów bezzałogowych zaczynają być odczuwalne także w państwach NATO i na akwenach wykorzystywanych przez żeglugę cywilną.
To powinno zainteresować nie tylko wojskowych. Także administracje morskie, operatorów portów, ubezpieczycieli, armatorów i służby odpowiedzialne za bezpieczeństwo infrastruktury przybrzeżnej.
Bo jeżeli dziś dron eksploduje w zaporze portowej, a jutro zostanie wykryty przy wejściu do portu albo w pobliżu statku handlowego, problem przestanie być techniczną ciekawostką z wojny na Morzu Czarnym. Stanie się elementem codziennego ryzyka żeglugi.
Morze Czarne pokazuje przyszłość wojny na morzu
Incydent w Konstancy nie przesądza jeszcze o trwałej zmianie sytuacji na Morzu Czarnym. Pokazuje jednak kierunek, którego nie można lekceważyć. Systemy bezzałogowe coraz mocniej wpływają na bezpieczeństwo portów, żeglugi i infrastruktury morskiej.
Nie zmienia to podstawowego faktu, że Moskwa ponosi odpowiedzialność za rozpętanie tej wojny. Coraz wyraźniej widać jednak, że skutki działań z użyciem systemów bezzałogowych mogą wykraczać poza strefę walk i dotykać państw oraz uczestników żeglugi, którzy nie biorą bezpośredniego udziału w konflikcie.
Z tym problemem państwa regionu będą musiały zmierzyć się szybciej, niż chciałyby to przyznać.









