28 listopada do księgarń trafił zapis rozmowy, którą Juliusz Ćwieluch przeprowadził z generałem broni Mirosławem Różańskim, byłym Dowódcą Generalnym Rodzajów Sił Zbrojnych oraz fundatorem i prezesem zarządu Fundacji Bezpieczeństwa i Rozwoju STRATPOITS. Fragment książki pt. “Dlaczego przegramy Wojnę z Rosją” dotyczy stanu Marynarki Wojennej RP. Poniżej publikujemy jego przedruk.

Książkę “Dlaczego przegramy w wojnę z Rosją” można zamówić, klikając tutaj lub w poniższy baner:

[Juliusz Ćwieluch] Przepraszam, czy z tą ochroną portów my jeszcze snujemy fikcję, czy ponownie jesteśmy w realiach?

– [gen. Mirosław Różański] Bardzo bym chciał móc odpowiedzieć, że to fikcja. Niestety wróciliśmy właśnie do realiów Marynarki Wojennej. Może brzmi to brutalnie, ale wygląda na to, że porty i dno Bałtyku po prostu oddaliśmy walkowerem.

Jak to?

Generał Mirosław Różański / Fot. Fundacja Bezpieczeństwa i Rozwoju STRATPOINTS
Generał Mirosław Różański / Fot. Fundacja Bezpieczeństwa i Rozwoju STRATPOINTS

– Właściwie nie jesteśmy w stanie kontrolować, co się tam dzieje. Sporadycznie penetrujemy ten obszar za pomocą okrętów podwodnych. Ale tę aktywność należy już rozpatrywać bardziej w kategoriach wycieczkowych niż poważnych rekonesansów morskich. Nie jestem w stanie przypomnieć sobie, kiedy nasze siły podwodne były w takiej zapaści jak dziś. Tylko w tym roku opuszczono banderę na dwóch okrętach typu Kobben. Kolejne dwa są niemalże moimi równolatkami. Ja czuję się świetnie. Niestety okręty podwodne starzeją się znacznie szybciej niż ludzie.

  Jest jeszcze ORP Orzeł.

– Sam pan ujawnił w jednym z artykułów, że na okręcie wybuchł pożar. Nie znam skali zniszczeń, informacja została utajniona. Podobnie zresztą utajniono informację o tym, że doszło do pożaru. Od trzech lat jest taka moda, żeby utajniać raporty z wszelkich katastrof i wypadków. Nie informować o niepowodzeniach, ukrywać wpadki. Chyba że ze skutkiem śmiertelnym, to wtedy nie ma już wyjścia.

 – W jakiej kondycji był Orzeł, kiedy obejmował pan dowództwo?

– Zadaje pan trudne pytania. Sam chciałem się dowiedzieć, w jakiej był kondycji, ale nie bardzo miał mi kto udzielić satysfakcjonującej odpowiedzi na to pytanie, bo marynarka potraciła fachowców, którzy znali systemy tego okrętu jak własną kieszeń. W lutym 2014 roku Orzeł został skierowany do remontu. Miało to trwać dziewięć miesięcy. Przeciągnęło się o kilka kolejnych. Co zresztą było standardową sytuacją w wykonaniu Stoczni Marynarki Wojennej, która od lat jest w stanie upadłości. Niestandardowe było jednak wyjście okrętu z suchego doku. Podczas manewru doszło do kontaktu lewej burty jednostki z dokiem.

ORP Orzeł / Portal Stoczniowy
ORP Orzeł / Fot. Łukasz Pacholski.

  Kontaktu? Mówi pan, jakby się musnęli, a oni przeorali spory fragment doku.

– To prawda. Mało brakowało, a my stracilibyśmy okręt, stocznia zaś suchy dok. Ostatecznie Orzeł prosto z remontu musiał trafić na kolejny. Tylko trudno było znaleźć wykonawcę. Kiedy wreszcie udało się zakończyć część podstawowych prac, przytrafił się pożar.

  Nie ma pan wrażenia, że ta opowieść przypomina tę, którą tu sobie snujemy jako jakiś czarny, ale wymyślony scenariusz? Sam pan przed chwilą mówił, że jak jest dużo zbiegów okoliczności, to trzeba być czujnym. Czy to nie był sabotaż?

– W tej kwestii jesteśmy skazani na nasze służby.

(…)

Odpowiadając na pańskie pytanie – nie mam pewności, czy ze sprawą Orła wszystko było tylko przypadkiem. Obawiam się jednak, że okręt padł po prostu ofiarą pogłębiającej się degrengolady. Wiem jedno: powrót Orła do linii się przedłuża. Jednocześnie termin zezłomowania dwóch ostatnich kobbenów zbliża się wielkimi krokami. Moim zdaniem nie ma już szans, żeby Marynarka Wojenna  zdołała zachować kompetencje w zakresie obsługi okrętów podwodnych do czasu, aż wreszcie uda się ogłosić i rozstrzygnąć program „Orka”, czyli zakup okrętów podwodnych.

 – Macierewicz obiecywał, że w grudniu 2017 roku zostanie podpisana umowa.

– (…) Okrętów podwodnych nie kupuje się jak samochodów. Nie można pójść do fabryki i tak po prostu zamówić, bo producentów można policzyć na palcach jednej ręki, a wydolność stoczni jest ograniczona. W tempie super ekspresowym nowe okręty podwodne mogłyby dotrzeć do Polski za jakieś siedem lat.

Ile?!

– Siedem to wariant optymistyczny. Realny czas to dziewięć lat. Trzeba jeszcze wyszkolić załogi. Szkolenie podstawowe na okręcie podwodnym trwa półtora roku. Rozwiązaniem było konsorcjum z Norwegami i Niemcami, które nie tylko gwarantowało nam niższa cenę i szybsze dostawy, ale dodatkowo wypożyczenie używanego okrętu przejściowego. Ale to już przeszłość, bo Norwegowie uznali, że nie warto czekać na Polaków, bo nigdy nie doczekają się własnych okrętów.

  A co z naszymi portami, bo jakoś nam to umknęło?

– Z portami jest tak, że o zabezpieczeniu portu Marynarki Wojennej mówiło się od lat. Z czasem udało się nawet znaleźć na to pieniądze i w ramach pilotażu wprowadzono system Kryl. Sieć różnego rodzaju sensorów rozmieszczonych na dnie Bałtyku. Czujki były tak precyzyjne, że namierzały nawet bardzo mały obiekt, który przemieszczał się pod wodą. System automatycznie analizował sytuację od dna do lustra morza i sygnalizował ewentualne anomalie i zagrożenia. Miał jeszcze funkcje dodatkowe.

Tajne?

– Ponieważ już go nie używamy, to trudno mówić, że coś jest tajne Dzięki czujnikom mogliśmy mierzyć szum śrub w porcie. Każda śruba okrętowa ma inna charakterystykę i jest przypisana od konkretnej jednostki. Zupełnie jak z liniami papilarnymi. Nie ma dwóch okrętów z taką samą charakterystyką szumu śruby. System był na tyle zaawansowany, że pozwalał na tworzenie biblioteki danych. Marynarze mówili, że na podstawie charakterystyki śruby mogli określić numer burtowy okrętu i nazwisko dowódcy, jeśli mieli to uaktualnione w bazie. Sonary, które były rozłożone w zatoce, po szumach analizowały, czy to jest jednostka rybacka, bojowa, czy jakiś inny statek. System był dziełem polskich inżynierów z państwowej firmy – Centrum Techniki Morskiej.

  I?

– I już go nie ma. System funkcjonował jako praca badawczo-rozwojowa. Kiedy skończył się okres finansowania projektu, po prostu go nie wdrożono.

  Może był nieudany?

Może Cię zainteresować:

Nowa nuklearna pięść Putina przygotowywana do służby. Kniaź Władimir rozpoczął próby morskie

Nowa nuklearna pięść Putina przygotowywana do służby. Kniaź Władimir rozpoczął próby morskie

28 listopada do księgarń trafił zapis rozmowy, którą Juliusz Ćwieluch przeprowadził z generałem broni Mirosławem Różańskim, byłym Dowódcą Generalnym Rodzajów Sił Zbrojnych oraz fundatorem i prezesem zarządu Fundacji Bezpieczeństwa i Rozwoju STRATPOITS. Fragment książki pt. "Dlaczego przegramy Wojnę z Rosją" dotyczy stanu Marynarki Wojennej RP. Czytaj dalej

– Nawet najgorszy system jest lepszy od żadnego. Marynarze go chwalili. Nie generował wielkich kosztów. Był trudny do wykrycia, bo stacje hydrolokacyjne były pasywne. Miał również funkcję aktywną, kiedy zachodziła potrzeba szczegółowej identyfikacji. Stacja aktywowała się na chwilę. Ustalała współrzędne obiekty i przerywała pracę. Po zlikwidowaniu Kryla nie mamy żadnego systemu. Nie słyszałem również, żeby w najbliższej przyszłości próbowano taki system pozyskać. Dzisiaj każda jednostka może wpłynąć do naszego portu, prowadzić różnego rodzaju działania, łącznie z sabotażem, i w sposób niezauważony opuścić nasze wody.

(…)

  Jak to jest, że okrętów podwodnych, które są w planie modernizacji, nie udało się kupić, a mało brakowało, a prezydent Duda z wizyty oprócz opalenizny przywiózłby jeszcze umowę na zakup fregat typu Adelaide?

– Mówiłem już panu, że kiedy nie ma żadnych dokumentów strategicznych, to nie tylko można nic nie robić, ale również robić, co się chce.

  Kupno adelaid miało sens?

– Dowódca nie może znać się na wszystkim. W wielu kwestiach musi opierać się na mądrości swoich podwładnych. W rozmowach z marynarzami jakiegoś specjalnego entuzjazmu nie było widać.

(…)

  Wróćmy do okrętów typu Adelaide. Na świecie jest wiele państw, które chętnie kupiłyby te okręty.

– Odwrócę pana tok myślenia. Na świecie jest niewiele państw, które mogą kupić te okręty. I jak widać, jeszcze mniej, które chciałyby je kupić. W pewnym momencie rząd Australii rozważał nawet, żeby wzorem dwóch pierwszych fregat typu Adelaide również pozostałe trzy zatopić u brzegów i uczynić z nich atrakcję turystyczną dla nurków.

  Czemu niewiele państw mogłoby kupić te okręty? Ja sprzedaję, ty kupujesz.

– Tak to pan może sprzedać samochód. My mówimy o okręcie, którego sercem są systemy obronne, których nie można ot, tak sprzedać pierwszemu lepszemu państwu, bo objęte są klauzulami. Część tych systemów jest zresztą produkcji amerykańskiej i bez zgody USA Australia nikomu nie może ich sprzedać. Z kolei bez uzbrojenia same okręty mają mniej więcej wartość złomu. Najmłodszy z oferowanych nam okrętów miał dwadzieścia cztery lata. Najstarszy trzydzieści cztery.

Fregaty Adelajda / Portal Stoczniowy

  Turcy ciągle wzmacniają swoją flotę. Są w NATO, oni mogą kupić.

– No właśnie: wzmacniają, a adelaidy dla nich nie byłyby wzmocnieniem. Turcy, tak jak my, przejęli od Amerykanów fregaty typu Olivier Hazard Perry. Następnie je na glanc wyremontowali. Zamontowali systemy rozpoznania duże lepsze, niż są na adelaidach.

  Australia w remont swoich fregat włożyła miliard dolarów. Nas nigdy nie byłoby na to stać. Może trzeba było brać, póki chcieli sprzedać.

– Proszę pana, prawdziwych kosztów utrzymania i remontu naszych fregat OHP właściwie nigdy nie policzono. I może lepiej, bo chyba nikt w państwie nie jest gotowy na tę wiedzę. Z pewnością nie podatnik. Sam tylko remont podstawowy jednej z nich pochłonął 125 mln zł. Kolejne miliony poszły z budżetu Inspektoratu Wsparcia. Osiągnięta w ten sposób wartość bojowa jest żenująco niska. Po raz pierwszy od szesnastu lat, czyli od momentu przejęcia tych fregat, odbyło się strzelanie pociskiem SM-1. Nawet zamontowane na pokładzie działo 76-mm nie działało. Te okręty były właściwie bezbronne. Miały być zresztą rozwiązaniem tymczasowym. Okrętem pomostowym, do czasu aż w polskich stoczniach zbudowane i zwodowane zostaną nowoczesne korwety. Minęło siedemnaście lat i korwet nie ma. Prowizoryczne rozwiązanie trwa w najlepsze.

  Może rządzący wiedzą, że polskie stocznie żadnych okrętów nie wyprodukują. Adelaidy nie są jakimś wielkim rarytasem, ale w tych pieniądzach na więc nas po prostu nie stać.

Może Cię zainteresować:

Flota Czarnomorska: dwa nowe okręty z rakietami manewrującymi w przyszłym roku?

Flota Czarnomorska: dwa nowe okręty z rakietami manewrującymi w przyszłym roku?

28 listopada do księgarń trafił zapis rozmowy, którą Juliusz Ćwieluch przeprowadził z generałem broni Mirosławem Różańskim, byłym Dowódcą Generalnym Rodzajów Sił Zbrojnych oraz fundatorem i prezesem zarządu Fundacji Bezpieczeństwa i Rozwoju STRATPOITS. Fragment książki pt. "Dlaczego przegramy Wojnę z Rosją" dotyczy stanu Marynarki Wojennej RP. Czytaj dalej

– Postawiona przez pana teza może być więcej niż prawdopodobna. Nikt tego nie powie głośno, bo skończy jak kontradmirał Mordel, ale Polska Marynarka Wojenna na dziś istnieje już tylko na papierze. Wartość bojową przedstawiają tylko orkany.

  A ich radary mają zasięg mniejszy niż rakiety, które na nich zamontowaliśmy.

– Skoro ziemia jest okrągła, to trudno, żeby radar sięgał poza jej krzywiznę. Nie mamy rozpoznania satelitarnego, więc nie może wyglądać to inaczej.

  Mamy samolot dalekiego rozpoznania Bryza. Tylko że bez bezpośredniego łącza, więc tak jakbyśmy go nie mieli.

– Miałem nadzieję, że nie poruszy pan tej kwestii. Za 10 mln zł można by dokonać pełnej integracji bryzy z systemami rozpoznania i walki, którymi dysponuje Polska Marynarka Wojenna. Poruszałem ten wątek, ale fundusze się znalazły. Po czym okazało się, że dokładnie taką kwotą dofinansowano zakup zabytkowej broni. Wielka grupa rekonstrukcyjna, a nie armia. Taki jest pomysł na to wszystko. No i trochę starzyzny z demobilu, żeby ładnie wyglądało w wiadomościach, że jednak się starają.

(…)

Okręty rakietowe Orkan / Portal Stoczniowy

  Jak orkany, to najlepsze, co ma marynarka, to chyba można spokojnie zlikwidować ten rodzaj sił zbrojnych. Przecież te okręty zbudowano na bazie nieodebranych przez NRD kadłubów. Do maszynowni wstawiono trzy silniki diesla M520 po 56 cylindrów każdy. Nie licząc kilku drobnych usprawnień, silnik tego typu pamiętają jeszcze czas II wojny światowej.

– Do takich mieliśmy dostęp, kiedy je budowaliśmy.

  Na dodatek po którejś z kolejnych modernizacji okazało się, że okręty mają permanentny przechył. Żeby go zlikwidować, balast zalano betonem. Dopiero po wykonaniu zadania uświadomiono sobie, że te silniki nie uciągną aż tak ciężkiego okręty. Wtedy wymyślono, żeby okręty zaczęły wychodzić w morze z połową paliwa. Czy mam mówić dalej?

Może Cię zainteresować:

Marynarka wojenna Niemiec: miliardy euro na nowe okręty w przyszłym roku

Marynarka wojenna Niemiec: miliardy euro na nowe okręty w przyszłym roku

28 listopada do księgarń trafił zapis rozmowy, którą Juliusz Ćwieluch przeprowadził z generałem broni Mirosławem Różańskim, byłym Dowódcą Generalnym Rodzajów Sił Zbrojnych oraz fundatorem i prezesem zarządu Fundacji Bezpieczeństwa i Rozwoju STRATPOITS. Fragment książki pt. "Dlaczego przegramy Wojnę z Rosją" dotyczy stanu Marynarki Wojennej RP. Czytaj dalej

– Mnie nie musi pan oszczędzać, bo ja to wszystko wiem. Proszę się ewentualnie ulitować nad nerwami czytelników. Co mam panu powiedzieć? Powtórzę to samo, co już mówiłem na początku: Jest bardzo źle. Mamy wspaniałych żołnierzy i trochę nowoczesnego sprzętu. Co z tego, skoro nawet stado lwów dowodzone przez barana musi przegrać ze stadem baranów dowodzonych przez lwa.

  Czy pan dalej upiera się, żeby budować coś w polskich stoczniach?

– Tak. Uważam, że mamy potencjał i potrafimy. Tylko trzeba z tego procesu całkowicie wyeliminować polityczne układy. Nie stawiać z góry warunku, że budować mają tylko stocznie państwowe. Czego brakuje tym prywatnym? Mamy świetnie funkcjonujące prywatne zakłady z polskim kapitałem i z polską myślą techniczną. W jednej z nich zamówiliśmy niszczyciele min typu Kormoran II. Marynarze nie mogą się nachwalić.

Juliusz Ćwieluch, Mirosław Różański, “Dlaczego przegramy wojnę z Rosą”, Znak Horyzont, Kraków 2018, s. 201-215.