Gdy wojna staje się „operacją”. Tak pęka światowy porządek oparty na zasadach [część 2]

Wojna na Bliskim Wschodzie stała się czymś więcej niż konfliktem regionalnym — ujawnia bowiem kryzys prawa, wolności słowa i zachodnich deklaracji o wartościach. Przypadek Josephine Guilbeau, spór wokół Ohio Senate Bill 87 i język, który pozwala nazywać wojnę „operacją”, składają się na obraz porządku, który coraz wyraźniej zaczyna pękać.

Jeżeli w pierwszej części główne pytanie dotyczyło rozpadu zasad, które przez dekady miały odróżniać Zachód od świata rządzącego się wyłącznie siłą, to w drugiej ten problem widać jeszcze wyraźniej. Coraz częściej chodzi o to, komu wolno zadawać pytania, kto może mówić o ofiarach i gdzie kończy się dopuszczalna krytyka.

Do tych wątków nawiązywał również Drwal w podcaście na YouTube „Czy to początek końca świata? Dlaczego wszystko eskaluje właśnie teraz?”, gdzie obok geopolityki pojawił się temat Gazy, zachodniej selektywności oraz rosnącej presji wywieranej na debatę publiczną. To właśnie w tym kontekście warto spojrzeć zarówno na bunt ludzi z wnętrza systemu, jak i na coraz wyraźniejsze próby wyznaczania granic tego, co można powiedzieć publicznie bez politycznych i zawodowych konsekwencji.

Josephine Guilbeau i bunt ludzi z wnętrza systemu

Właśnie dlatego szczególne znaczenie zyskały głosy płynące nie z ulicznej agitacji, lecz z wnętrza samego amerykańskiego systemu bezpieczeństwa. Nie chodzi już tylko o sam konflikt, ale o pytanie, czy Zachód naprawdę wierzy w zasady, które sam ogłasza światu. Właśnie dlatego szczególne znaczenie zyskały głosy płynące nie z ulicznej agitacji, lecz z wnętrza samego amerykańskiego systemu bezpieczeństwa.

Jedną z takich postaci stała się Josephine Guilbeau, była oficer wywiadu armii USA i weteranka z 17-letnim stażem. W materiałach dostępnych w sieci pojawia się jako jedna z twarzy rosnącego środowiska byłych wojskowych, którzy zaczęli publicznie protestować przeciw dalszemu uzbrajaniu Izraela. To ważne, bo nie chodzi tu o ludzi stojących całkowicie poza systemem, lecz o osoby, które wcześniej same współtworzyły amerykański aparat bezpieczeństwa i dobrze wiedzą, jak wygląda wojna, język operacyjny i sposób usprawiedliwiania przemocy.

Z relacji prasowych wynika, że dla wielu takich weteranów punktem przełomowym były obrazy z Gazy publikowane w mediach społecznościowych i doniesienia o skali ofiar cywilnych. Guilbeau miała mówić wprost, że nie potrzebuje politycznych interpretacji, skoro widzi skalę zniszczeń i śmierci na własne oczy. W tym sensie jej przypadek stał się czymś więcej niż osobistym buntem. To sygnał, że pęknięcie przebiega już także przez środowiska, które jeszcze niedawno legitymizowały amerykański porządek siły.

Ohio Senate Bill, czyli jak ogranicza się debatę

W tym miejscu sprawa przestaje dotyczyć już wyłącznie samej wojny i reakcji opinii publicznej. Wchodzi na poziom prawa, instytucji i granic dopuszczalnej debaty. Dobrym przykładem jest tu Ohio Senate Bill 87, wokół którego pojawił się spór o to, czy pod hasłem walki z antysemityzmem nie tworzy się jednocześnie narzędzi mogących ograniczać krytykę Izraela. Z pisemnego stanowiska Josephine Guilbeau złożonego w Senacie Ohio wynikało, że takie rozwiązania mogą prowadzić do utożsamiania krytyki państwa z uprzedzeniem wobec ludzi.

To właśnie tu najmocniej wybrzmiewa problem, o którym była mowa wcześniej. Jeżeli wolność słowa zaczyna być zawężana nie wprost, lecz przez rozszerzające interpretacje i polityczny nacisk, to stawką nie jest już tylko spór o Bliski Wschód. Stawką staje się to, czy Zachód nadal potrafi unieść własne deklaracje o pluralizmie, prawie do sprzeciwu i uczciwej debacie publicznej. W takim ujęciu Ohio Senate Bill nie jest tylko lokalnym epizodem, ale częścią szerszego procesu, w którym niewygodne pytania coraz częściej próbuje się wypchnąć poza akceptowalne granice sporu.

Kiedy analiza zamienia się w wygodne uproszczenie

Na tym tle widać jeszcze jeden problem. W części komentarzy pojawia się dziś prosty przekaz: Iran sam chciał tej wojny. Tyle że fakty tego nie potwierdzają. To nie Iran uderzył pierwszy na USA ani na Izrael. Obecna wojna zaczęła się od ataków USA i Izraela na Iran, a dopiero później przyszły irańskie uderzenia odwetowe.

Nie ma też publicznie potwierdzonego faktu, że Iran ma już gotową broń atomową. Od ponad dwóch dekad powtarza się ta sama narracja, że Teheran jest „o krok”, że to już zaraz, że wojna atomowa wisi w powietrzu. Tymczasem nawet w relacjach opartych na faktach mowa jest raczej o programie nuklearnym, wzbogacaniu uranu i obawach przed budową broni, a nie o potwierdzonej gotowej bombie. Reuters pisał też, że nie było dowodów na rozwijanie przez Iran broni jądrowej.

Dlatego opowieść, że „Iran sam chciał wojny”, jest po prostu zbyt wygodna. Pozwala zamknąć złożony konflikt w prostym schemacie: słabszy sam sprowokował, silniejszy tylko odpowiedział. Taki skrót myślowy nie tłumaczy rzeczywistości. On po prostu usprawiedliwia przemoc silniejszego.

To nie jest 1939 rok. Ale wracają groźne mechanizmy

To nie jest 1939 rok. Dziś inaczej wyglądają państwa, wojny i media. Wraca jednak coś, co powinno budzić niepokój: obchodzenie prawa, zmienianie znaczenia słów, selektywne traktowanie ofiar i wypychanie niewygodnych pytań poza debatę.

Właśnie dlatego problemem nie jest dziś tylko sama wojna, ale także język, którym się ją przykrywa. Gdy wojna staje się „operacją”, a śmierć cywilów nie prowadzi do odpowiedzialności, zaczyna się rozkład czegoś większego niż bieżący konflikt.

I dość już tego gadania, że to tylko geopolityka, interesy i wielka gra. W realnym świecie ginie ludność cywilna, a rachunek za chore ambicje polityków i mocarstw płacą zwykli ludzie – także ty, drogi czytelniku.

Udostępnij ten wpis
Avatar photo
Mariusz Dasiewicz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *