Miniokręt podwodny M-23 dla Marynarki Wojennej RP? Szybkie rozwiązanie czy długofalowy błąd? [POLEMIKA]
![Miniokręt M-23 dla Marynarki Wojennej RP? Czy to rozwiązanie jest słuszne? [POLEMIKA] / Portal Stoczniowy](https://portalstoczniowy.pl/wp-content/uploads/2024/09/m-23Eljat.jpg)
W swoim ciekawym, choć dość kontrowersyjnym artykule pt. „To będzie nowy miniokręt polskiej Marynarki Wojennej? My nie mamy na czym pływać, a oni kuszą ceną”, opublikowanym na portalu WNP, Łukasz Maziewski przedstawia argumenty za zakupem włoskich miniokrętów podwodnych M-23, które miałyby być uzupełnieniem dla programu Orka.
W artykule
Miniorka M-23 dla Marynarki Wojennej RP – szybkie rozwiązanie czy długofalowy błąd?
Trzeba przyznać, że wiele jego argumentów jest uzasadnionych, ale są też takie, z którymi nie można się zgodzić. Marynarka Wojenna RP faktycznie znajduje się w trudnej sytuacji, dysponując obecnie tylko jednym, przestarzałym okrętem podwodnym typu Kilo ORP Orzeł, a brak nowych jednostek podwodnych może spowodować, że Marynarka Wojenna straci zdolności operacyjne w tym obszarze, a marynarze kompetencje i doświadczenie.
Maziewski słusznie zauważa, że zakup miniokrętów mógłby szybko wypełnić tę lukę, jednocześnie pozwalając na zachowanie zdolności bojowych i szkoleniowych, a także skryte działania na Bałtyku. Ale czy to wystarczy? Czy takie rozwiązanie faktycznie jest najlepsze w długofalowej perspektywie dla Marynarki Wojennej RP? Jestem więcej niż pewien, że z punktu widzenia MW pozyskanie na okres przejściowy jednostek tzw. „gap feelers” byłoby lepszym rozwiązaniem do czasu wdrożenia do służby nowych okrętów, ale co mogłoby się z tym wiązać?
Argumenty za rozważeniem alternatywnej opcji:
Pierwszym z kluczowych argumentów, który podważa sens zakupu miniokrętów podwodnych w ramach rozwiązania pomostowego, jest to, że program Orka – przewidujący zakup pełnowymiarowych okrętów podwodnych – jest dużo bardziej strategiczny i kompleksowy, jeśli chodzi o długofalowe bezpieczeństwo Polski na Bałtyku. Przytoczony przez Maziewskiego przykład kosztów, gdzie „cztery miniorki to mniej więcej 2 miliardy złotych, a trzy pełnowymiarowe okręty to koszt znaczenie przekraczającym tę kwotę, wydaje się być kuszący na pierwszy rzut oka, ale to może się okazać krótkoterminową kalkulacją.
Fregaty Miecznik – kosztowna lekcja
Już dzisiaj mamy przykład fregat MIECZNIK, które miały kosztować na etapie wyboru oferentów 8 miliardów złotych, a ich finalny koszt wzrósł dwukrotnie – do 16 miliardów. To dowód na to, że nawet z pozoru atrakcyjne cenowo programy zbrojeniowe mogą gwałtownie zwiększać koszty w trakcie realizacji. Podobny scenariusz może dotyczyć również miniokrętów. Wzrost kosztów początkowych może sprawić, że koncepcja „oszczędności” stanie się nieopłacalna. Ponadto, zmiana koncepcji związana z zakupem mniejszych jednostek mogłaby oddalić realizację programu Orka, który jest fundamentem długofalowego rozwoju polskiej floty podwodnej, oraz wymagałaby opracowania nowych wymagań, co jeszcze bardziej opóźniłoby realizację tego kluczowego projektu.
Zdolności operacyjne miniokrętów M-23 i zagrożenia
W swoim artykule Łukasz Maziewski argumentuje, że miniokręty M-23 mogłyby stanowić zagrożenie tam, gdzie większe jednostki nie są w stanie działać. Według jego danych, M-23 to kompaktowa jednostka o długości około 20-25 metrów i wyporności do 150 ton. Maziewski zwraca uwagę, że nawet tak podstawowych informacji, jak te przedstawione podczas targów MSPO, producent nie udostępnił w pełni, co dodatkowo rodzi pytania o transparentność. Okręt został wyposażony w wyrzutnie torped kal. 533 mm, zdolne do przenoszenia dwóch torped. Na wyposażeniu tych jednostek znajdują się także minitorpedy (sześć sztuk) oraz cztery miny Murena, transportowane w specjalnym zasobniku pod kadłubem. Co istotne, M-23 ma zdolność operowania na głębokości do 300 metrów, co teoretycznie daje mu pewne możliwości w zakresie działań przybrzeżnych i defensywnych.
Jednak mimo tych cech technicznych, jego możliwości bojowe są ograniczone, zwłaszcza w kontekście pełnowymiarowych okrętów podwodnych, które mogą prowadzić bardziej złożone i długotrwałe operacje na większych akwenach. Skromne uzbrojenie i ograniczona głębokość zanurzenia sprawiają, że M-23 nie będzie w stanie dorównać jednostkom o znacznie większej autonomii operacyjnej oraz elastyczności taktycznej ani też nie zapewni zdolności w zakresie strategicznego odstraszania.
Łukasz Maziewski określił zakup miniokrętów M-23 jako „rozwiązanie pomocowe”, jednak moim zdaniem bardziej adekwatne jest tu pojęcie „rozwiązania pomostowego”. „Pomocowe” sugeruje jedynie wsparcie operacyjne, które nie zastępuje długoterminowych potrzeb. Natomiast „pomostowe” oznacza w moim rozumieniu rozwiązanie tymczasowe, mające wypełnić lukę operacyjną do czasu wdrożenia pełnowymiarowych okrętów podwodnych z programu Orka. Te jednostki, mimo swoich zalet, nie zastąpią pełnowymiarowych okrętów w zakresie strategicznych zdolności obronnych. Dlatego właśnie uważam, że „pomostowe” lepiej oddaje charakter tej opcji jako rozwiązania na czas przejściowy.
Szkolenie na małe okręty podwodne i traktowanie ich jako swoistego „gap fillera” przypomina sytuację, w której, czekając na nowoczesne F-35, szkolilibyśmy pilotów na samolocie rolniczym PZL Wilga — tylko dlatego, że jest dostępny i tańszy. Takie podejście nie zapewni odtworzenia kluczowych, deficytowych zdolności.
Mimo, że jest to ciekawa jednostka, to jednak obecny na kieleckich targach producent wyraźnie nie chciał udzielać informacji na temat swojego produktu. Brak pełnej transparentności może budzić wątpliwości co do rzeczywistych zdolności M-23, zwłaszcza w kontekście skomplikowanych operacji wojennych na Bałtyku, gdzie kluczowe są zdolności w zakresie wykorzystanie do nowoczesnych systemów kierowania walką.
Dziś, gdy MON finansuje budowę trzech wielozadaniowych fregat MIECZNIK, które okazały się dużo droższe od pierwotnych założeń, trudno przewidywać, że zakup kilku miniokrętów przyniesie realne oszczędności. A co ważniejsze, pełnowymiarowe okręty podwodne, jak te planowane w ramach programu Orka, zapewniają większe zdolności operacyjne, których Polska potrzebuje w obliczu rosnących zagrożeń w regionie, zwłaszcza ze strony Rosji.
Nieprzewidywalne koszty i długoterminowe potrzeby
Choć miniokręty podwodne mogą wydawać się teraz tańszą opcją, ich modernizacja, serwisowanie oraz dostosowanie do nowych zagrożeń może w ostatecznym rozrachunku podnieść wydatki. Marynarka Wojenna RP potrzebuje przede wszystkim trwałych, wielozadaniowych okrętów podwodnych, które będą mogły działać przez dekady, zamiast tymczasowych rozwiązań.
Pełnowymiarowe okręty podwodne, jak wynika z analiz zawartych w Planie Rozwoju Sił Zbrojnych, są kluczowe dla obronności Polski. Co więcej, nie ma w tych dokumentach ani wzmianki o miniaturyzacji jako opcji. W tym kontekście, koncepcja miniokrętów to bardziej ciekawostka, bez pokrycia w strategii obronnej kraju. To przypomina puentę starego dowcipu: „Skoro nas nie stać na kolczyki, to przekujmy teściowej uszy”.
Jak podkreśla kmdr Tomasz Witkiewicz, pełnowymiarowe okręty podwodne odgrywają fundamentalną rolę w zapewnieniu kompleksowych zdolności obronnych Marynarki Wojennej RP. Proces ich budowy jest długotrwały i może trwać 10-15 lat, począwszy od definiowania wymagań operacyjnych, przez wybór dostawcy, negocjacje kontraktów, aż po produkcję i próby morskie. W rezultacie, po dekadzie od rozpoczęcia programu, Polska mogłaby dysponować nowoczesnymi okrętami podwodnymi, które staną się filarem floty.
Witkiewicz w swoim artykule „Tata czy Mama? – Rzecz o okrętach podwodnych i fregatach” zauważa, że okręty podwodne i fregaty powinny współdziałać w ramach zintegrowanego systemu obrony. Marynarka Wojenna sama nie prowadzi operacji obronnych – wszystkie siły i środki muszą wpisywać się we wspólny wysiłek obronny jako część Sił Zbrojnych RP. Kluczowe są tu synergia i współdziałanie. Nowoczesne okręty podwodne nie tylko są kluczowe w konfliktach zbrojnych, ale także w sytuacjach kryzysowych. Mogą prowadzić operacje rozpoznawcze, stawiać miny, wspierać działania wojsk specjalnych i odstraszać przeciwnika. Ich integracja z fregatami, korwetami czy lotnictwem, które zapewniają obronę powietrzną i zdolności do rażenia, tworzy skuteczną i długotrwałą barierę obronną na Bałtyku. Współdziałanie to musi funkcjonować w pełnym zakresie, a nie być ograniczane krótką żywotnością baterii czy możliwością użycia zaledwie dwóch torped, jak to może mieć miejsce w przypadku miniokrętów podwodnych M-23.
Wnioski dotyczące pozyskania miniokrętów podwodnych M-23
Chociaż argumenty Łukasza Maziewskiego, zwłaszcza te dotyczące krótkoterminowego rozwiązania problemu braku okrętów podwodnych, są zrozumiałe, to jednak warto patrzeć na potrzeby polskiej floty w szerszym, długofalowym i trwałym kontekście. Zakup miniokrętów podwodnych może chwilowo poprawić sytuację, ale nie rozwiąże problemu strategicznego braku pełnowymiarowych jednostek. Marynarka Wojenna potrzebuje inwestycji w nowoczesne okręty podwodne, które zapewnią Polsce realne zdolności obronne i do odstraszania, nie tylko na Bałtyku przez kolejne dekady. Musimy też przy tym pamiętać o naszych zobowiązaniach sojuszniczych w NATO i UE, których z dużym prawdopodobieństw miniaturowe OP nie będą w stanie wypełnić.
Zarówno hiszpańska Navantia, niemiecki TKMs, jak i południowokoreańska Hanwha Ocean, podczas targów MSPO prowadziły rozmowy z przedstawicielami polskiego przemysłu zbrojeniowego, omawiając plany współpracy przemysłowej i technologicznej. Obydwa koncerny przewidują transfer technologii, szkolenie polskich kadr oraz rozwinięcie w Polsce zdolności serwisowych, naprawczych i remotowych (MRO) dla nowych okrętów podwodnych. Tego rodzaju działania pozwoliłyby nie tylko na pozyskanie nowoczesnych jednostek, ale również na rozwinięcie zdolności polskiego przemysłu stoczniowego i uniezależnienie się od zagranicznych dostawców.
Współpraca ta, w połączeniu z transferem technologii, jest kluczowa dla budowy pełnowymiarowych okrętów podwodnych w Polsce, które w długofalowej perspektywie lepiej odpowiadają na potrzeby Marynarki Wojennej niż zakup miniokrętów jako rozwiązania tymczasowego. To pokazuje, że Polska potrzebuje stabilnych, nowoczesnych jednostek, które będą zdolne do działania w różnych warunkach bojowych i zagwarantują bezpieczeństwo na Bałtyku przez wiele lat.
Dlatego w świetle powyższych rozważań, warto podjąć dyskusję nad długoterminową strategią rozwoju polskiej floty podwodnej. Decyzje dotyczące inwestycji w okręty podwodne muszą uwzględniać nie tylko koszty początkowe, ale także realne zdolności operacyjne, jakie te jednostki mogą zapewnić w przyszłości. Wybór pomiędzy tymczasowymi rozwiązaniami – włoskie miniokręty podwodne M-23, a pełnowymiarowymi jednostkami, które gwarantują długofalowe zdolności, wymaga głębokiej refleksji ze strony decydentów i wojskowych strategów.
Z ogromnym uznaniem podchodzę do pracy i kunsztu dziennikarskiego Łukasza Maziewskiego, które wyraźnie przejawiają się w jego artykule dotyczącym miniokrętów podwodnych M-23. Jego merytoryczne argumenty są wartościowym głosem w debacie o przyszłości Marynarki Wojennej RP. Refleksje nad krótkoterminowymi korzyściami i potrzebą zachowania zdolności operacyjnych wzbogacają dyskusję w tej dziedzinie. Mam nadzieję, że moje i Łukasza uwagi spotkają się z zainteresowaniem, a prowadzona debata przyczyni się do wypracowania rozwiązań, które wzmocnią polskie siły morskie w sposób przemyślany i trwały.
Na zakończenie pragnę serdecznie podziękować oficerom rezerwy Marynarki Wojennej RP za wsparcie, a także za podzielenie się swoją wiedzą i bogatym doświadczeniem. To właśnie dzięki ich spostrzeżeniom i cennym sugestiom powstał ten tekst, który umożliwił pełniejszą analizę przedstawionych zagadnień.
Pozostaje pytanie, czy forsowanie tego pomysłu, związanego z zakupem miniorek M-23, nie namiesza w realizacji programu Orka, co w efekcie spowoduje, że Polska będzie musiała czekać kolejne 20 lat na OOP.
Autor: Mariusz Dasiewicz

- Dlaczego potrzebujemy okrętów podwodnych? Analiza na przykładzie realnych doświadczeń
- Wizyta w Porcie Wojennym w Gdyni niemieckiego okrętu podwodnego U-34 typu 212A
- Korea Północna: Okręt podwodny US Navy przenoszący pociski nuklearne na Półwyspie Koreańskim
- Wyzwania i priorytety Marynarki Wojennej RP w porównaniu do „Royal Navy”
- Przełomowa misja autonomiczna bezzałogowca HUGIN Endurance
- Sewastopol: rosyjski okręt podwodny Rostow-na-Donu zatopiony
- Okręty podwodne – klucz do odbudowy flot
Jeden komentarz
Dodaj komentarz
Arktyka – zapomniany front rywalizacji mocarstw

Arktyka przez lata uchodziła w Europie za obszar odległy od realnej polityki, kojarzony głównie z klimatem i nauką. Ten obraz szybko się dezaktualizuje, bo region wraca do gry jako jeden z kluczowych obszarów rywalizacji mocarstw.
W artykule
Zmiany zachodzące w Arktyce – zarówno środowiskowe, jak i polityczne – sprawiły, że region ten ponownie znalazł się w centrum zainteresowania największych mocarstw. Ustępowanie pokrywy lodowej zwiększa dostępność akwenów wysokich szerokości geograficznych, otwierając nowe możliwości żeglugi, eksploatacji zasobów oraz projekcji siły militarnej.
To, że Arktyka stanie się przestrzenią rywalizacji strategicznej, nie jest odkryciem ostatnich lat. Już na początku XXI wieku Dariusz R. Bugajski zwracał uwagę, że region ten przestaje być wyłącznie obszarem badań i eksploracji, a zaczyna pełnić rolę „tortu pod lodem”, o który rywalizować będą państwa dysponujące realnymi instrumentami siły. Dziś ta diagnoza wybrzmiewa z całą mocą, a Arktyka stała się jednym z kluczowych elementów gry mocarstw.
Grenlandia jako kluczowy punkt geostrategiczny
Szczególne miejsce w tej układance zajmuje Grenlandia. Jej położenie pomiędzy Ameryką Północną a Europą czyni z niej naturalny punkt kontroli północnoatlantyckich i arktycznych kierunków komunikacyjnych. W ujęciu wojskowym wyspa ta stanowi element systemu kontroli przestrzeni pomiędzy Arktyką a północnym Atlantykiem, w tym rejonu GIUK, który od czasów zimnej wojny pozostaje jednym z kluczowych obszarów monitorowania aktywności morskiej i podwodnej.
W ostatnich latach znaczenie Grenlandii wzrosło również w kontekście rywalizacji o wpływy w Arktyce. Zainteresowanie Stanów Zjednoczonych regionem nie jest zjawiskiem nowym, jednak dopiero po 2018 roku zaczęło ono przybierać bardziej wyraźną i konsekwentną formę polityczną. Wynika to bezpośrednio z rosnącej aktywności Federacji Rosyjskiej oraz coraz śmielszych ambicji Chińskiej Republiki Ludowej, które postrzegają Arktykę jako obszar przyszłych korzyści gospodarczych i strategicznych.
W tym kontekście nie sposób pominąć niepokoju, jaki budzi obecna postawa Stanów Zjednoczonych pod rządami Donalda Trumpa. Nie chodzi o samo znaczenie Arktyki, które od lat pozostaje oczywiste, lecz o sposób, w jaki Waszyngton definiuje dziś swoje interesy wobec sojuszników. Jeśli USA chcą realnie wzmocnić swoją pozycję na Grenlandii, powinny dążyć do porozumienia z Danią, a nie stawiać ją pod polityczną presją. Na tym polega sens sojuszu, o czym pisałem już wcześniej na naszym portalu (link do tekstu).
Rosyjskie roszczenia i prawo morza
Jednym z kluczowych elementów rosyjskiej strategii arktycznej są działania podejmowane w ramach Konwencji Narodów Zjednoczonych o prawie morza, które Moskwa interpretuje w sposób umożliwiający ograniczanie swobody żeglugi na wybranych wodach Oceanu Arktycznego.
W praktyce oznacza to dążenie do rozszerzenia obszarów, na których Rosja mogłaby wykonywać prawa jurysdykcyjne związane z eksploatacją dna i podłoża morskiego. Nie są to roszczenia terytorialne w sensie suwerenności państwowej, jednak ich konsekwencje strategiczne są daleko idące. Przyjęcie rosyjskiej interpretacji oznaczałoby znaczące zbliżenie obszarów podlegających rosyjskiej jurysdykcji do stref ekonomicznych Kanady oraz północnej Grenlandii.
Działania te wpisują się w długofalową strategię Moskwy, która postrzega Arktykę jako jeden z kluczowych kierunków swojej polityki bezpieczeństwa. Region ten, obok Europy Wschodniej i obszaru Morza Bałtyckiego, stanowi dla Rosji przestrzeń rywalizacji z Zachodem oraz narzędzie budowania przewagi strategicznej.
Chiny i wymiar globalny rywalizacji
Rosyjska aktywność w Arktyce zyskuje dodatkowy wymiar dzięki współpracy z Chinami. Pekin, mimo braku bezpośredniego dostępu do regionu, konsekwentnie rozwija swoją obecność gospodarczą i naukową w obszarze arktycznym, postrzegając go jako przyszły element globalnych szlaków komunikacyjnych pomiędzy Azją a Europą.
Współpraca rosyjsko-chińska w zakresie infrastruktury, badań oraz zdolności logistycznych, w tym floty lodołamaczy, ma na celu stopniowe zwiększanie swobody operacyjnej obu państw w Arktyce. Z perspektywy Kremla oznacza to szansę na trwałe wyjście na Ocean Arktyczny jako pełnoprawny obszar projekcji interesów państwowych, a w dłuższej perspektywie także na wzmocnienie pozycji wobec państw NATO.
Znaczenie dla Europy i bezpieczeństwa transatlantyckiego
Rywalizacja w Arktyce nie pozostaje bez wpływu na bezpieczeństwo Europy. Kontrola nad arktycznymi szlakami morskimi oraz nad dostępem do północnego Atlantyku ma bezpośrednie znaczenie dla zdolności obronnych NATO i utrzymania spójności transatlantyckiej. Ewentualne osłabienie obecności Zachodu w regionie zwiększałoby presję strategiczną na Europę, zwłaszcza w sytuacji kryzysu lub konfliktu zbrojnego o charakterze pełnoskalowym.
Z tego względu Arktyka oraz Grenlandia przestają być tematem marginalnym, a stają się integralnym elementem współczesnej debaty o bezpieczeństwie międzynarodowym. Dla państw europejskich oznacza to konieczność wypracowania spójnej strategii wobec regionu, opartej na prawie międzynarodowym, współpracy sojuszniczej oraz realistycznej ocenie zagrożeń.
Arktyka jako trwały element gry mocarstw
Dzisiejszy powrót Arktyki do głównego nurtu debaty strategicznej nie jest chwilowym zjawiskiem ani efektem medialnej mody. To konsekwencja długotrwałych procesów geopolitycznych, które stopniowo zmieniały znaczenie regionu. Ci, którzy dostrzegali ten trend wcześniej, mieli rację nie dlatego, że przewidzieli przyszłość, lecz dlatego, że potrafili właściwie odczytać kierunek zmian.
Arktyka nie jest już zapomnianym obszarem na mapie świata. Stała się jednym z kluczowych frontów rywalizacji mocarstw, którego znaczenie będzie rosło wraz z dalszymi zmianami środowiskowymi, technologicznymi i politycznymi. Grenlandia natomiast pozostaje jednym z najważniejszych punktów tej układanki – cichym, lecz strategicznie niezbędnym elementem równowagi sił na północnej półkuli.











Według mnie „lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu”. Za stan MW dziś kilka osób z różnych opcji polityczny, admiralicji i sztabu generalnego. Jeżeli chodzi o wartość bojową ilość to też wartość. W spokojnych czasach doprowadziłbym Orkę do końca bez rakiet manewrujących wraz transferem technologi, pakietem logistycznym oraz udziałem w opracowaniu własnej konstrukcji miniaturowego okrętu podwodnego załogowego/drona. To że coś nie jest na tę chwilę potrzebne to nie znaczy, że jest zbędne tj. Kompaktowe OP.