Dywizjon na Oksywiu gotowy na przyjęcie nowych okrętów podwodnych [WYWIAD]

Okręty podwodne od wielu miesięcy są w centrum debaty o bezpieczeństwie państwa. Ale czy naprawdę słyszymy głos tych, którzy najlepiej rozumieją, dlaczego są dziś tak potrzebne Marynarce Wojennej? Dwa tygodnie temu redakcja Portalu Stoczniowego odwiedziła Dywizjon Okrętów Podwodnych na Oksywiu.
W artykule
W rozmowie z komandorem Łukaszem Szmiglem poruszyliśmy nie tylko temat nowego symulatora wykorzystywanego w szkoleniu sił ZOP, lecz także realną kondycję dywizjonu, wyzwania kadrowe, perspektywy modernizacji oraz strategiczne znaczenie komponentu podwodnego dla Sił Zbrojnych RP.
Mówi się coraz częściej o konieczności pozyskania nowych okrętów podwodnych. Ale rzadko słucha się tych, którzy naprawdę wiedzą, co to znaczy. To właśnie ich głos – ludzi od lat odpowiedzialnych za utrzymanie gotowości operacyjnej – powinien być punktem wyjścia dla decyzji, które są na ostatniej prostej.
Symulator AUV – nowy sprzęt w Dywizjonie Okrętów Podwodnych
W ostatnich miesiącach do Dywizjonu Okrętów Podwodnych trafił nowy element wyposażenia – symulator AUV okrętu podwodnego. Jest to urządzenie, które symuluje obecność OP w środowisku morskim i tym samym pozwala na prowadzenie pełnowartościowych ćwiczeń z siłami ZOP – nawodnymi, podwodnymi oraz lotniczymi.

Sprzęt, choć niewielki gabarytowo, posiada istotny potencjał szkoleniowy. Może nie tylko odtwarzać klasyczne sygnatury dźwiękowe, lecz także generować charakterystyki akustyczne i magnetyczne dowolnego okrętu podwodnego – dokładnie takie, jakie dana jednostka wytwarza w warunkach rzeczywistych. Umożliwia to tworzenie złożonych scenariuszy szkoleniowych i testowanie reakcji załóg w realistycznym środowisku morskim. Urządzenie pozwala nie tylko symulować obecność OP na akwenie, lecz również zasymulować przeprowadzenie ataku torpedowego poprzez wytwarzanie charakterystycznych dla torpedy sygnatur akustycznych.
Czytaj więcej: Okręty podwodne w 2027 roku. Jest oferta, o której nikt nie mówi. Dlaczego?
Symulator na co dzień przechowywany jest w magazynach Komendy Portu Wojennego. Obsługują go marynarze z Dywizjonu Okrętów Podwodnych oraz żołnierze służący w Komendzie Portu. W jego wykorzystanie zaangażowane są także okręty flotylli, które dysponują zdolnością zwodowania i transportu urządzenia w rejon przyszłych ćwiczeń.
Do jednostki trafił pod koniec minionego roku i obecnie znajduje się w fazie wdrażania. Nie został jeszcze w pełni przyjęty ani zaadaptowany do użytku w strukturach Marynarki Wojennej RP. W Dywizjonie Okrętów Podwodnych zakończono już czynności związane z badaniami techniczno-operacyjnymi, prowadzonymi zgodnie z metodyką wprowadzania nowego sprzętu wojskowego do Sił Zbrojnych RP. Opracowano protokół końcowy, który jest obecnie poddawany końcowej weryfikacji dokumentacyjnej. Oczekujemy na posiedzenie komisji odpowiedzialnej za formalną akceptację dokumentu oraz ewentualne wniesienie uwag i poprawek. Wszystko wskazuje na to, że już podczas jesiennych ćwiczeń Marynarki Wojennej RP nowy symulator AUV zostanie wykorzystany w pełnym zakresie.
Sprzęt został już przetestowany w warunkach morskich – w ramach prowadzonych badań odbyły się ćwiczenia z udziałem jednostek nawodnych oraz lotnictwa ZOP. Sprawdzano m.in. generowane przez urządzenie pola akustyczne oraz jego detekcyjność. Obecnie trwają prace dokumentacyjne – opracowano instrukcję użycia, a końcowy protokół oczekuje na zatwierdzenie przez komisję. Pełne wdrożenie symulatora do użytku operacyjnego powinno nastąpić jeszcze przed końcem wakacji.
Ważną funkcją nowego symulatora jest również jego zastosowanie w szkoleniu załóg okrętów podwodnych. Dzięki możliwości nadania AUV dowolnej sygnatury dźwiękowej, możliwe jest zasymulowanie obecności „wrogiej” jednostki i prowadzenie treningu z zakresu poszukiwania okrętów podwodnych – bez konieczności udziału rzeczywistego sojuszniczego okrętu.
Czytaj też: Polska może należeć do liderów europejskiego przemysłu stoczniowego
Jak podkreśla dowódca Dywizjonu Okrętów Podwodnych, nie należy traktować tego rozwiązania jako substytutu wynikającego z braku realnych jednostek. – To nie jest coś „w zamian”. To jest dodatkowe narzędzie, które oszczędza czas i środki, jednocześnie zwiększając jakość szkolenia – zaznacza komandor Łukasz Szmigiel.
Kadrowe wyzwania Dywizjonu. Brak okrętów, ale nie brak zaangażowania
Pomimo braku decyzji o pozyskaniu nowych okrętów podwodnych, Dywizjon Okrętów Podwodnych konsekwentnie utrzymuje gotowość operacyjną i prowadzi działania szkoleniowe, ukierunkowane na przyszłe wdrożenie platform nowego typu. Sytuacja kadrowa formacji jest jednak wymagająca.
W ostatnich latach znacząca liczba doświadczonych podoficerów i oficerów odeszła z dywizjonu w sposób naturalny – najczęściej po uzyskaniu uprawnień emerytalnych lub decydując się na rozwój zawodowy w innych strukturach. Część z nich kontynuowała służbę w siłach specjalnych, gdzie obowiązują zbliżone kryteria zdrowotne. Brak nowoczesnych okrętów oraz ograniczone perspektywy operacyjne w kraju sprawiały, że wielu żołnierzy – szukając dalszego rozwoju i stabilności – wybierało formacje, które obecnie prowadzą intensywne działania i oferują atrakcyjniejsze warunki finansowe.

Mimo to jednostka prowadzi ciągły nabór, w tym przygotowania do przyszłych załóg okrętów nowego typu oraz ewentualnych jednostek pomostowych („gap filler”). Jak podkreśla kmdr Szmigiel – „ORP Orzeł nadal pozostaje w służbie i to właśnie na jego pokład są rotacyjnie kierowani najlepsi marynarze z zespołów przygotowawczych. To gwarantuje im zdobycie realnego doświadczenia w warunkach operacyjnych.”
Wyrwa pokoleniowa i brak systemowego wsparcia
Dywizjon tworzy obecnie dwie struktury szkoleniowe, które mają stanowić fundament przyszłych załóg nowych okrętów podwodnych pozyskanych w ramach programu Orka. Problemem jest jednak luka pokoleniowa wynikająca z wieloletniego braku decyzji o zakupie okrętów podwodnych. Jak zauważa dowódca – Nie mamy zbudowanego systemu, który w sposób ciągły zapewniałby dopływ wyszkolonej kadry. Przez brak ciągłości decyzji jesteśmy dziś w sytuacji odbudowywania od podstaw tego, co powinno funkcjonować nieprzerwanie.
Czytaj również: Czy unijne rozporządzenie SAFE okaże się szansą dla modernizacji MW RP?
Równolegle trwają przygotowania do uruchomienia kursu szkoleniowego z wykorzystaniem symulatora okrętu podwodnego znajdującego się na wyposażeniu Akademii Marynarki Wojennej. Jak podkreślają przedstawiciele dywizjonu, będzie to istotne uzupełnienie systemu szkoleniowego – pozwalające szkolić przyszłe załogi okrętów podwodnych także w warunkach stacjonarnych.
W obecnych realiach Dywizjon nie tylko szkoli własny personel, lecz także wspiera Akademię Marynarki Wojennej – dzieląc się wiedzą oraz doświadczeniem wyniesionym ze służby na okrętach podwodnych. – Naszym celem jest, aby szkolenie przyszłych załóg nowego typu OP odbywało się w możliwie najlepszych warunkach – nawet jeśli dziś musimy to realizować bez jednostek pływających – podkreśla komandor Łukasz Szmigiel.
Mieczniki, Orka i strategiczne decyzje. Czy coś kosztem czegoś?
W debacie publicznej od lat pojawia się pytanie, czy realizacja programu Miecznik, czyli budowy trzech wielozadaniowych fregat, nie odbywa się kosztem programu Orka – zakupu nowych okrętów podwodnych. Kmdr Łukasz Szmigiel zwraca jednak uwagę, że Marynarka Wojenna RP konsekwentnie i od lat stoi na stanowisku, że potrzebuje zarówno fregat, jak i okrętów podwodnych, by prawidłowo funkcjonować jako formacja. – Miecznik jest niezbędny. Orka również. To nie są programy, które powinny być rozpatrywane w opozycji do siebie – podkreśla dowódca Dywizjonu Okrętów Podwodnych.

Tymczasem przez wiele lat w przestrzeni medialnej próbowano narzucić narrację, że Polska może realizować zadania morskie wyłącznie z powietrza lub z lądu, rezygnując z komponentu podwodnego. Zdaniem Szmigla było to podejście tendencyjne i szkodliwe, które doprowadziło do opóźnienia decyzji strategicznych i stworzenia wrażenia, że okręty podwodne nie są już potrzebne.
Czas nie jest sprzymierzeńcem. Stocznia, terminy, koszty
Dowódca wskazuje również na ryzyka związane z opóźnieniem decyzji o rozpoczęciu programu Orka. Rosnące tempo zamówień w stoczniach zagranicznych może spowodować, że nawet w przypadku podjęcia decyzji w najbliższych miesiącach, terminy realizacji przesuną się istotnie w czasie. – Czas nie działa na naszą korzyść. Ceny rosną nieliniowo, moce produkcyjne się kurczą, a deklarowane daty dostaw stają się coraz bardziej odległe – tłumaczy Szmigiel.
Co więcej, opóźnienia generują nie tylko koszt finansowy, ale także strategiczny. Kraj, który dziesięć lat temu za określoną kwotę mógłby pozyskać pełnowartościowe zdolności podwodne, dziś – za te same środki – może liczyć już tylko na część zakładanych rozwiązań.
Nie pytamy, czy są potrzebne. Okręty podwodne to gwarancja bezpieczeństwa
Kmdr Szmigiel wskazał także na rosnącą rolę okrętów podwodnych w polityce obronnej państw. Zwraca uwagę, że kraje posiadające tradycję ich eksploatacji nie kwestionują potrzeby ich utrzymania, lecz modernizują i zwiększają swoje floty. Z kolei państwa, które dotąd ich nie posiadały, coraz częściej dążą do ich pozyskania.
Czytaj także: Dobro Sił Zbrojnych? A co ja z tego będę miał?
Przykładem może być doświadczenie oficera Dywizjonu Okrętów Podwodnych, który uczestniczył w ćwiczeniach BALTOPS na pokładzie szwedzkiego okrętu podwodnego napędzanego silnikiem Stirlinga. Tego typu jednostki, wyposażone w napęd niezależny od powietrza (AIP), są w stanie przez dwa tygodnie pozostawać w zanurzeniu, zachowując skrytość operacyjną i znacząco utrudniając przeciwnikowi wykrycie ich pozycji. Na akwenie tak złożonym jak Bałtyk – nasyconym wrakami, charakteryzującym się trudną hydrologią i intensywnym ruchem – daje to ogromną przewagę.
– Nie zadajemy sobie pytania, czy potrzebujemy okrętów podwodnych. Wiemy, że są one absolutnie konieczne – nie tylko dla Marynarki Wojennej, lecz dla bezpieczeństwa państwa jako całości – podsumowuje kmdr Szmigiel.
ORP Orzeł – utrzymać okręt, mimo trudności
Obecnie jedyny okręt podwodny pozostający w służbie – ORP Orzeł – przechodzi prace związane z modernizacją i bieżącym utrzymaniem zdolności operacyjnych. Jak wyjaśnia kmdr Szmigiel, działania te obejmują m.in. modyfikację systemu sprężonego powietrza, co wiąże się z wymianą wyeksploatowanych sprężarek. Dotychczasowy sprzęt pochodził z Federacji Rosyjskiej, przez co jego dalsza obsługa stała się niemożliwa. Zastąpią go nowe zestawy dostarczane przez firmę z Turcji. Umowa została zawarta, a przetarg wygrała Stocznia Nauta, która realizuje prace we współpracy z PGZ Stocznią Wojenną.
Transparentność kontra bezpieczeństwo operacyjne
Dowódca Dywizjonu zaznacza, że w Polsce – w przeciwieństwie do wielu państw NATO – brakuje mechanizmów regulujących zakres jawności w informowaniu o stanie sprzętu wojskowego. Jawne przetargi czy niekontrolowane wycieki informacji dotyczących logistyki i remontów sprawiają, że z pozoru neutralne dane mogą zostać użyte przeciwko interesowi państwa. – Zachód o takich rzeczach po prostu nie mówi. Tam obowiązuje zasada – im ciszej, tym lepiej. U nas natomiast wiele spraw, nawet banalnych, zostaje rozdmuchanych, co niepotrzebnie osłabia wizerunek Marynarki Wojennej.
Trwające szkolenia zagraniczne mimo ograniczeń
Mimo trudności związanych z ograniczonymi możliwościami szkoleniowymi w kraju, Dywizjon nie rezygnuje z podnoszenia kwalifikacji swoich kadr. Obecnie realizowane są programy szkoleniowe we współpracy z partnerami z Korei Południowej, Niemiec i Włoch. Dwóch oficerów niedawno ukończyło kursy o profilu okrętów podwodnych, a kolejni są w trakcie szkolenia.
Czytaj więcej: Program Orka na liście priorytetów – unijne środki w zasięgu ręki
Dodatkowo, przedstawiciele dywizjonu uczestniczą w strukturach roboczych NATO, w grupach zrzeszających użytkowników okrętów podwodnych. Dzięki temu jednostka pozostaje na bieżąco z procedurami, nowościami sprzętowymi i zmianami doktrynalnymi, które są wdrażane przez sojuszników. – Naszym celem jest utrzymanie kompetencji i zdolności nawet wtedy, gdy brakuje nowoczesnej platformy. Gdy nadejdzie decyzja o jej pozyskaniu – będziemy gotowi – zapewnia dowódca.
Nie ma co zadawać pytań – bezpieczeństwo Polski zależy od okrętów podwodnych
Nie zadajemy sobie pytania, czy Polska potrzebuje okrętów podwodnych. Doskonale wiemy, że są one konieczne. To nie jest już moment na rozważania. Bezpieczeństwo Rzeczypospolitej Polskiej jest nierozerwalnie związane z obecnością okrętów podwodnych w strukturze Marynarki Wojennej. One po prostu muszą być.
kmdr Łukasz Szmigiel
Dodaje, że nadszedł moment, w którym nie można dłużej odkładać strategicznych decyzji. – To najwyższy czas. Czas decyzji. Jeśli nie teraz, później może być za późno.
Wskazuje przy tym na wnioski, jakie płyną z trwającej wojny w Ukrainie: – Ukraina zadała rosyjskiej flocie wojennej mierzalne straty na Morzu Czarnym, wykorzystując do tego drony morskie. Nie dlatego, że drony są skuteczniejsze – lecz dlatego, że niczym innym nie dysponowali. Proszę sobie wyobrazić, co by się działo, gdyby mieli również klasyczne okręty, w tym okręty podwodne.
Dziś już nikt w debacie publicznej nie zadaje pytania, czy okręty podwodne są Polsce potrzebne. Pytanie brzmi tylko: kiedy wreszcie zapadną decyzje, które pozwolą tę oczywistość przekuć w rzeczywistość.
Dziękuję za rozmowę.
Mariusz Dasiewicz

Setna rocznica nadania praw miejskich dla Gdyni

Jutro mija dokładnie sto lat od nadania Gdynia praw miejskich. Decyzja Rady Ministrów z 10 lutego 1926 roku nie była administracyjnym domknięciem istniejącej rzeczywistości, lecz aktem założycielskim miasta budowanego od podstaw. W jednej chwili niewielka nadmorska osada została wpisana w państwowy projekt tworzenia nowoczesnej Polski morskiej.
W artykule
Najpierw port, potem miasto
Warto przy tym podkreślić, że port w Gdyni jest starszy niż samo miasto. Już w 1922 roku Sejm przyjął ustawę o budowie portu przy Gdyni jako portu użyteczności publicznej, co w praktyce oznaczało decyzję o stworzeniu przyszłego portu handlowego państwa polskiego. Wiosną 1923 roku odbyło się jego uroczyste otwarcie – w basenie portowym, obok kutrów rybackich, cumowały już torpedowce i kanonierki Marynarki Wojennej.

Fot. Port w Gdyni w okresie międzywojennym / Narodowe Archiwum Cyfrowe Rozpoczęcie prac portowych uruchomiło gwałtowne przemiany gospodarcze: ceny gruntów rosły w błyskawicznym tempie, a część lokalnych rodzin, w tym m.in. Skwierczowie, w ciągu kilku lat awansowała do grona znaczących właścicieli kapitału. Równolegle wieś przeobrażała się także dzięki rozwojowi funkcji letniskowej i rekreacyjnej, silnie pobudzonej uruchomieniem w 1921 roku nowej linii kolejowej, prowadzącej z pominięciem Gdańska.
Port jako punkt wyjścia
O wyborze Gdyni zadecydowały warunki naturalne i chłodna kalkulacja. Jak wskazywał projektant portu Tadeusz Wenda, była to jedyna lokalizacja na środkowym wybrzeżu, która realnie nadawała się do budowy dużego portu morskiego. Ujście Wisły pozostawało niestabilne, Hel był podatny na zamulanie, inne miejsca nie spełniały wymogów technicznych. W Gdyni decyzja inżynierska spotkała się z polityczną determinacją.
Port uruchomił proces, który szybko wykroczył poza samą infrastrukturę. W ślad za nabrzeżami powstawały linie kolejowe, zaplecze magazynowe i przemysłowe. Miasto zaczęło przyciągać ludzi z całego kraju – inżynierów, robotników, urzędników i przedsiębiorców. Gdynia stała się przestrzenią awansu i symbolem nowoczesnego myślenia o gospodarce.
Fenomen Gdyni – mit oparty na działaniu
Gdynia zajmuje w polskiej historii miejsce szczególne. Często bywa określana mianem mitu II Rzeczypospolitej, lecz nie jest to mit romantyczny, lecz mit skuteczności. Jak zauważał prof. Bolesław Polkowski, był to jeden z nielicznych przypadków, gdy planowanie państwowe przełożyło się na szybki i trwały rezultat. Gdynia nie była dekoracją ani hasłem – była narzędziem.
To podejście odróżniało ją od innych ośrodków nadmorskich. Nie pełniła roli letniska ani portu regionalnego. Od początku projektowano ją jako element większego systemu: magistrali węglowej, handlu zagranicznego oraz zaplecza dla floty handlowej i wojennej. W tym sensie stała się materialnym dowodem dojrzałości polskiej myśli morskiej.
Miasto zaplanowane
Nadanie praw miejskich w 1926 roku miało znaczenie znacznie szersze niż formalne. Oznaczało wejście Gdyni w nową fazę – jako pełnoprawnego ośrodka miejskiego. Już pierwsze plany urbanistyczne przewidywały szerokie arterie, reprezentacyjne przestrzenie publiczne i czytelną oś prowadzącą ku morzu. Historyczna ulica Starowiejska została włączona w nowoczesny układ miasta, zachowując ciągłość, ale zmieniając funkcję.

Fot. Gdynia na początku lat 20. XX wieku / Narodowe Archiwum Cyfrowe Dzięki temu Gdynia bardzo szybko uzyskała wyrazisty charakter architektoniczny i funkcjonalny. Była miastem nowym, lecz nie improwizowanym – podporządkowanym portowi, komunikacji i gospodarce.
Sto lat później
Rok 2026 został ogłoszony przez Senat RP Rokiem Miasta Gdyni. Obchody jubileuszu rozłożono na dwanaście miesięcy, łącząc refleksję nad historią z bogatym programem wydarzeń kulturalnych i społecznych. Symbolicznym początkiem pozostaje 10 lutego – data decyzji sprzed stu lat, która przesądziła o losach miasta.
Sto lat po nadaniu praw miejskich Gdynia pozostaje wierna swoim fundamentom. Port wciąż wyznacza jej tożsamość, a morskość nie jest dodatkiem, lecz osią rozwoju miasta. To dlatego fenomen Gdyni nie traci aktualności – wyrósł z działania, które miało sens w 1926 roku i zachowało go do dziś.
Jutrzejsze obchody będą centralnym punktem jubileuszu. 10 lutego na fasadzie Urzędu Miasta zaprezentowane zostanie widowisko historyczne zrealizowane w technologii 3D Video Projection Mapping. Multimedialny spektakl opowie o stuletniej drodze Gdyni – od kaszubskiej wioski po tętniącą życiem metropolię nad Bałtykiem.
Wieczorem ulicą 10 Lutego przejdzie specjalnie przygotowana parada, która zakończy się koncertem na Skwerze Kościuszki. Na scenie wystąpią m.in. Natalia Kukulska, Margaret, Natalia Szroeder, Andrzej Piaseczny, Tomasz Organek, Michał Szpak oraz Natalia Muianga.












