Prezes PGNiG: Baltic Pipe popłynie gaz wydobywany na szelfie norweskim przez PGNiG i innych producentów [WYWIAD] 

Gazociągiem Baltic Pipe popłynie gaz z własnego wydobycia i od innych producentów, dzisiejsze ceny gazu dla odbiorców wynikają wyłącznie z sytuacji rynkowej – mówi PAP prezes PGNiG Paweł Majewski. Jak dodaje, dla PGNiG najważniejsze jest bezpieczeństwo energetyczne Polski.

PAP: PGNiG powiększyło ostatnio stan posiadania koncesji w Norwegii. Jakim wolumenem będzie dysponowało od początku 2023 r., kiedy Duńczycy dokończą Baltic Pipe i gazociąg ruszy z pełną mocą?

Prezes PGNiG Paweł Majewski: Dla PGNiG najważniejsze jest zapewnienie Polsce bezpieczeństwa energetycznego. Sukcesywnie uniezależniamy się od dostaw rosyjskiego gazu. Taka strategia jest wspierana przez nadzorujące nas Ministerstwo Aktywów Państwowych kierowane przez Wicepremiera i Ministra Aktywów Państwowych Jacka Sasina.

Dzięki jasno określonym priorytetom rządu odsetek rosyjskiego gazu w całym imporcie sięga dziś 60 proc., a jeszcze w 2015 r. było to aż 90 proc. Nasze bezpieczeństwo energetyczne dodatkowo umocni uruchomienie pod koniec bieżącego roku gazociągu Baltic Pipe. Umożliwi on przesyłanie do Polski gazu bezpośrednio ze złóż zlokalizowanych w Norwegii. Zakontraktowaliśmy większość z wynoszącej 10 mld metrów sześciennych przepustowości Baltic Pipe – poprzez rurociągi w Danii – jest połączony z norweskim systemem przesyłowym Gassled.

Dostawy gazu do Baltic Pipe będą zabezpieczone przez PGNiG w postaci miksu własnej produkcji ze złóż w Norwegii oraz gazu zakontraktowanego od producentów na Norweskim Szelfie Kontynentalnym. Przypomnę, że już w kwietniu 2019 r. norweski minister ropy naftowej i energii Kjell-Borge Freiberg mówił, iż Baltic Pipe zapewni bezpośredni dostęp do gazu z szelfu norweskiego do nowych rynków w Europie. Uruchomienie tego gazociągu wraz z innymi działaniami zapewni Polsce pełną dywersyfikację i uniezależnienie od paliwa gazowego ze wschodu. Cały czas budujemy elastyczny i zdywersyfikowany portfel dostaw. Posiadamy przecież kontrakty długoterminowe na LNG z Kataru oraz USA.

Warto podkreślić, że już teraz mamy bardzo istotny wsad do gazociągu Baltic Pipe. To nasze własne wydobycie na Norweskim Szelfie Kontynentalnym. Dzięki bardzo korzystnej, również pod względem finansowym, ubiegłorocznej transakcji nabycia wszystkich norweskich aktywów koncernu INEOS, w tym roku zrealizujemy z nawiązką nasz strategiczny cel, jakim jest wydobycie własne w Norwegii na poziomie 2,5 mld m sześc. gazu rocznie. W kolejnych latach ma ono rosnąć, nawet do 4 mld m sześc. rocznie ok. 2027 r.

Dysponujemy złożami, których horyzont produkcji sięga 2045 r. Cały czas analizujemy też rynek pod kątem kolejnych akwizycji, ale także rozwijamy się organicznie. Mamy przygotowane plany zagospodarowania dwóch dużych złóż: Tommeliten Alpha i King Lear, które dadzą nam ok. 0,8 mld m sześc. gazu rocznie. Dzięki naszemu przygotowaniu i ciężkiej pracy pozyskaliśmy w tym miesiącu cztery nowe koncesje w ramach corocznej rundy koncesyjnej. Tym samym liczba koncesji w Norwegii, w których udziały posiada Grupa PGNiG, zwiększyła się do 62. Dzięki sprawnym decyzjom menadżerskim, w ciągu roku podwoiliśmy ich liczbę.

Część wsadu do Baltic Pipe będziemy w stanie zabezpieczyć w ramach kontraktów o różnej długości dostosowując ich warunki do bieżącej sytuacji na rynku, ale nie ma mowy o kupowaniu rosyjskiego gazu do Baltic Pipe.

PAP: Czy PGNiG podejmuje jakieś działania prawne mające na celu dalsze opóźnienie uruchomienia Nord Stream 2?

P.M.: Od początku sprzeciwialiśmy się tej inwestycji jako zagrażającej bezpieczeństwu energetycznemu Polski, regionu i całemu wspólnemu rynkowi energetycznemu UE. Mówię tu o rynku opartym na zasadach: przejrzystości, konkurencyjności i braku dyskryminacji jego uczestników. To, że dzisiaj Gazprom, a w zasadzie Rosja, wywiera nacisk na szybkie uruchomienie gazociągu szantażując Europę, w kontekście bezpieczeństwa i to nie tylko energetycznego, pokazuje, że nasze obawy i zastrzeżenia wobec Nord Stream 2 były i są uzasadnione.

W tej chwili głównym polem naszego działania jest toczący się w Niemczech proces certyfikacji operatora Nord Stream 2. PGNiG bierze w nim aktywny udział. W listopadzie niemiecka Federalna Agencja ds. Sieci (BNetzA) wstrzymała proces certyfikacji zgadzając się z PGNiG, że nie jest zgodne z prawem to, że w roli operatora chce wystąpić podmiot, który nie jest zarejestrowany w UE. Naszym zdaniem, nawet gdyby Gazprom zarejestrował spółkę operatorską w UE, nadal nie ma podstaw, aby takiego operatora certyfikować zgodnie ze zgłoszonym wnioskiem, to znaczy według modelu pozwalającego Gazpromowi na zachowanie pełnej kontroli nad operatorem gazociągu.

Tu dochodzimy do istoty działań prowadzonych wobec Nord Stream 2 przez PGNiG i polski rząd. Jeżeli ten gazociąg miałby ruszyć, to tylko wtedy, jeżeli zostanie zagwarantowana pełna zgodność jego działania z przepisami prawa unijnego – III pakietu energetycznego. W przeciwnym wypadku Nord Stream 2 będzie mógł być łatwo użyty jako narzędzie manipulowania rynkiem oraz dzielenia jego uczestników na lepszych i gorszych. Co, biorąc pod uwagę, jak już teraz zachowują się Rosjanie, po prostu jest kwestią bezpieczeństwa nas wszystkich w UE.

PAP: W jaki sposób Gazprom manipuluje cenami w Europie?

P.M.: Gazprom zmniejszył dostawy gazu do Unii Europejskiej, a jednocześnie opróżnił kontrolowane przez siebie magazyny gazu w Europie Zachodniej i nie odtworzył zapasów przed sezonem grzewczym. Sztucznie ograniczając podaż, przy stałym popycie, spowodował wzrost cen. W ten sposób brutalnie demonstruje swoją siłę, pokazując w jakim stopniu Europa jest uzależniona od rosyjskiego gazu. Rosjanie, zamiast zaoferować na rynkowych zasadach dodatkowe ilości paliwa, stawiają warunki całej UE. Po pierwsze – zapewniają, że nie mogą przesłać więcej paliwa dopóki nie ruszy Nord Stream 2, co jest zwykłą manipulacją, skoro inne istniejące gazociągi na trasie Rosja-Europa są w większości niewykorzystywane. Liczą na to, że Niemcy okażą słabość i ulegną rosyjskiej presji. Tym bardziej, że ostatnie sondaże opinii publicznej w Niemczech, przeprowadzone w warunkach rosnących cen energii, wskazują na wzrost liczby zwolenników ukończenia tego projektu.

Drugie rozwiązanie to promowane przez Kreml kontrakty długoterminowe, oparte w dodatku na indeksach związanych z rynkiem ropy naftowej. Gazprom chce dostarczać gaz tylko na podstawie takich kontraktów i to robi właśnie w tej chwili – dostarcza gaz tylko na mocy już zawartych umów – co daje mu podstawę do twierdzenia, że przecież „wywiązuje się z zobowiązań” – albo „zachęca” do podpisania nowych. Zaprzestał natomiast dostarczania gazu na giełdy europejskie oraz odbudowywania zapasów utrzymywanych dotychczas w magazynach w Europie. Kontrakty długoterminowe są w oczywistym interesie Moskwy – cementują uzależnienie Europy od rosyjskiego gazu i pozwalają nie zwracać uwagi na konkurencję. Moskwa wprost mówi, że zasady, na których zorganizowany jest europejski rynek gazu – liberalizacja i konkurencja – są dla wszystkich, ale nie dla Rosji i należy wrócić do tego, co było kiedyś. Te wprost godzące w nasz interes narodowy propozycje znajdują niestety gorących zwolenników także w Polsce.

PAP: Czy dzisiejsza sytuacja wysokich cen, zwłaszcza dla biznesowych klientów PGNiG nie jest efektem polityki zakupowej spółki?

P.M.: Ceny gazu dla odbiorców biznesowych są pochodną sytuacji na europejskim rynku gazu. PGNiG Obrót Detaliczny kupuje paliwo na Towarowej Giełdzie Energii, na której notowania są odwzorowaniem tego, co dzieje się na giełdach zachodnioeuropejskich, przede wszystkim niemieckiej. Między bajki można włożyć opowieści jakoby były one spowodowane stratami spółki na transakcjach zabezpieczających. Te transakcje stosujemy właśnie po to, żeby nie generować strat na działalności handlowej. Robi tak cała branża.

Wykorzystywanie tematu transakcji zabezpieczających do powielania fałszywych informacji nt. PGNiG, uderza nie tylko w spółkę, która dba o bezpieczeństwo energetyczne Polski, ale w połączeniu z postulatami zawarcia nowej długoterminowej umowy z Gazpromem, wpisuje się w retorykę Kremla i godzi w polską rację stanu. Wszyscy komentatorzy, którzy w blasku fleszy opowiadają o złym zarządzaniu spółką ewidentnie nie mają o tym po prostu pojęcia. Jakość zarządzania firmą ocenia się m.in. przez obiektywne mierniki jak na przykład wyniki finansowe, ale na pewno nie przez domniemania na podstawie wyjętych z kontekstu danych. Apeluję o niepowielanie niesprawdzonych informacji. Nieprawdziwe, zmanipulowane informacje, sugerujące rzekome błędy w zarządzaniu spółką, szkodzą PGNiG i wpisują się w rosyjską strategię dezinformacji. Każda osoba celowo rozpowszechniająca nieprawdziwe informacje powinna mieć świadomość odpowiedzialności za swoje słowa. Jesteśmy zdeterminowani, żeby bronić interesów i dobrego imienia firmy, która służy Polakom.

O poziomie cen dla klientów decyduje sytuacja na rynku. Kiedy ceny w styczniu spadły i względnie się ustabilizowały, PGNiG Obrót Detaliczny podjęło decyzję o wprowadzeniu obniżki cennika biznesowego o 25 procent do końca lutego. Ale cennik nie jest kształtowany w oparciu o cenę z danego dnia czy nawet tygodnia lub dwóch. PGNiG Obrót Detaliczny kupuje gaz w perspektywie długoterminowej, co jest związane z koniecznością zapewnienia nieprzerwanych dostaw paliwa dla bardzo dużej liczby klientów, nie tylko biznesowych. Tym bardziej, że mamy ostatnio do czynienia z ogromnymi, nienotowanymi wcześniej wahaniami cen na rynku hurtowym. W dodatku nadal utrzymują się czynniki, które były impulsem do gwałtownego wzrostu cen w poprzednich miesiącach. Dlatego decyzje o ewentualnej obniżce muszą być poprzedzone sumienną obserwacją i analizą rynku.

PAP: Czy faktyczne zachodzi konieczność udzielenia pomocy spółce i interwencji ze strony państwa?

P.M.: Ustawa (o ochronie odbiorców gazu – PAP) jest przygotowywana z myślą o całym rynku i wszystkich jego uczestnikach. Ze społecznego punktu widzenia w tym momencie najważniejsza jest ochrona polskich gospodarstw domowych i innych odbiorców wrażliwych, takich jak szpitale, przedszkola czy DPS-y. Projekt ustawy przewiduje, że wszyscy oni będą objęci taryfą dla gospodarstw domowych, a taryfa zostanie zamrożona. Dla PGNiG i innych dostawców gazu oznacza to konieczność sprzedaży paliwa poniżej kosztów jego pozyskania na rynku hurtowym. Ta różnica będzie wyrównywana rekompensatami. Trzeba jasno powiedzieć, że beneficjentami tego mechanizmu są gospodarstwa domowe, spółdzielnie mieszkaniowe, wspólnoty, szkoły, żłobki itp. Na wypadek gwałtownego pogorszenia się sytuacji rynkowej państwo zarezerwowało sobie możliwość udzielania sprzedawcom gazu pożyczki, ale jest to pomoc zwrotna udzielana na zasadach rynkowych, więc nie można uznać, że PGNiG otrzyma jakąś korzyść, która da mu przewagę na rynku.

Podobnie jest z gwarancjami Skarbu Państwa, które mają być wykorzystywane jedynie na potrzeby związane z bezpieczeństwem energetycznym. PGNiG jest spółką strategiczną, która ma gwarantować ciągłość dostaw gazu na rynek krajowy. Z kolei PGNiG Obrót Detaliczny pełni rolę sprzedawcy z urzędu, czyli przejmuje klientów firm, sprzedających gaz do odbiorców, które z różnych powodów zaprzestały działalności. Ostatni taki przypadek miał miejsce w tym roku. Dzięki istnieniu sprzedawcy z urzędu upadłość dostawcy nie oznacza, że w środku zimy zabraknie komuś gazu.

W naszej ocenie te specjalne zadania PGNiG uzasadniają korzystanie przez państwo z dodatkowych narzędzi w postaci gwarancji. Tylko trzeba pamiętać, czym są gwarancje. Gwarancje służą ułatwieniu dostępu do finansowania. W ostatnim czasie PGNiG zwiększyło swoją linię kredytową w kilku bankach, żeby mieć kapitał na potrzeby handlu gazem w warunkach bardzo wysokich cen. Jeżeli zaistnieje taka potrzeba, to możemy sięgać po kolejne kredyty, które mogłyby być w razie konieczności gwarantowane przez Skarb Państwa. Podobne rozwiązania są wprowadzane także w innych krajach, bo kryzys gazowy nie dotyczy tylko Polski, boryka się z nim cała Europa.

Źródło: PAP

.pl/category/offshore-energetyka/
Udostępnij ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • GRA CIENI – Operacja „Północny Korsarz” – Analiza Operacyjna

    GRA CIENI – Operacja „Północny Korsarz” – Analiza Operacyjna

    Rosja pali „legendę”, chroniąc okrętem podwodnym pusty tankowiec. To nie walka o ropę, ale o to, co (lub kto) jest na pokładzie tankowca Marinera. USA mają okno dla SOF do 10 stycznia. Potem cel zniknie w rosyjskiej strefie A2/AD.

    Co to oznacza?

    Fasada pościgu i anomalie operacyjne

    Większość doniesień dotyczących pościgu za tankowcem Marinera, znanym wcześniej jako Bella 1, zatrzymuje się na powierzchni wydarzeń: mówi się o naruszaniu sankcji, flocie cieni oraz prawnym chaosie wywołanym nagłą zmianą bandery na rosyjską.

    Z mojej perspektywy ta mechanika incydentu wydaje się prosta – statek opuścił Iran bez ładunku, przemierzył Atlantyk w kierunku Wenezueli, został namierzony przez Amerykanów jeszcze przed wejściem do portu, a długi pościg zakończył się przemalowaniem nazwy i formalnym wciągnięciem jednostki do rosyjskiego rejestru państwowego.

    W chwili pisania tej analizy Marinera, już pod rosyjską banderą i w asyście okrętów WMF, przemieszcza się na północ przez korytarz atlantycki między Szkocją a Islandią. Ten obraz odpowiada na pytanie „co” się dzieje, ale milczy na temat tego, dlaczego zachowanie obu stron tak drastycznie odbiega od rutyny zarówno shadow fleet, jak i standardowego egzekwowania sankcji.

    Kiedy procedura staje się sygnałem alarmowym

    Gdyby Marinera była tylko kolejnym ogniwem łańcucha naftowego, wiele elementów tej układanki wyglądałoby inaczej.

    Przede wszystkim transport ropy z Iranu do Wenezueli nie ma sensu ekonomicznego, gdyż oba kraje objęte są sankcjami i borykają się z problemem upłynnienia własnego surowca, a przerzucanie go przez ocean nie rozwiązuje żadnego z tych problemów. 

    Jeszcze istotniejsza jest jednak sekwencja zdarzeń. W standardowym modelu egzekwowania blokad służby obserwują, dokumentują i czekają, aż naruszenie stanie się faktem dokonanym – ładunek trafi do ładowni, a transakcja zostanie odnotowana.

    W tym przypadku USA podjęły pościg przed załadunkiem, przed wejściem do portu i przed zaistnieniem przestępstwa w klasycznym rozumieniu. Amerykanie ruszyli w pościg za pustym kadłubem, który w teorii mógłby podjąć legalny fracht w dowolnym innym porcie. 

    Pusty kadłub nie jest przestępstwem, podobnie jak sam profil statku pasujący do floty cieni. Naruszeniem są ładunek i transakcja. Gdy aparat państwa o potencjale USA łamie tę rutynę i działa prewencyjnie, zanim elementy układanki zdążą się ułożyć, zazwyczaj oznacza to reakcję nie na handel, ale na misję, której za wszelką cenę nie można dopuścić do realizacji.

    Utrata widoczności w zamian za przerwanie misji

    W praktyce morskiej Stanów Zjednoczonych takie działania prewencyjne są wyjątkiem, wymagającym przedstawienia decydentom czegoś więcej niż tylko „złej reputacji” armatora.

    Decyzja o pościgu za Marinerą, podjęta mimo braku ładunku, niesie za sobą konkretny koszt operacyjny. Wejście do gry „zbyt wczesne” oznacza bezpowrotną utratę potencjalnych danych wywiadowczych: trasy, portu docelowego, kontaktów na lądzie oraz całej sieci pośredników. Służby zazwyczaj chronią tę widoczność jak najdłużej, by budować na niej kolejne sprawy.

    Jeżeli w Waszyngtonie zaakceptowano utratę tej potencjalnej wiedzy w zamian za przerwanie rejsu, to znak, że jego cel uznano za groźniejszy niż koszty polityczne i utrata informacji o siatce przemytniczej. Lub tą wiedze posiadły.

    Asymetria kosztów i koniec gry w zaprzeczalność

    Tutaj ujawnia się podwójna asymetria kosztów. Flota cieni działa na prostym rachunku, tj. kadłub jest jednorazowy, ładunek nie. Stare, niedoubezpieczone tankowce są wpisane w model biznesowy jako zasoby, które można poświęcić – jeśli jednostka wpada, po cichu znika z rejestru. Nie angażuje się MSZ, nie wysyła okrętów, nie robi się z tego sprawy państwowej.

    Tymczasem USA akceptują ryzyko dyplomatyczne i napięcie z Rosją, by ścigać pusty VLCC, a Moskwa akceptuje przypisanie odpowiedzialności, wysyła eskortę z okrętem podwodnym włącznie i zamienia aktywo o profilu „deniable” w pełnoprawny statek państwowy. Żadne poważne państwo nie eskaluje sytuacji dla ochrony złomowego kadłuba. Taka wymiana ciosów jest racjonalna tylko wtedy, gdy stawką nie jest ropa, lecz wynik misji – coś lub ktoś na pokładzie, czego utrata byłaby strategicznie nieakceptowalna.

    Najmocniejszym sygnałem, że nie mamy do czynienia z „kolejnym statkiem floty cieni”, jest decyzja Moskwy o porzuceniu logiki tej floty. Flota Cieni żyje z rozmycia odpowiedzialności: wygodne bandery, firmy-wydmuszki, brak bezpośredniego łącza statek–państwo. Z chwilą, gdy Bella 1 oficjalnie staje się Marinerą w rosyjskim rejestrze, a na jej burcie pojawia się rosyjska bandera, Kreml niszczy możliwość wiarygodnego zaprzeczania.

    Statek przestaje być anonimowym ogniwem, staje się aktywem państwowym, a Rosja podnosi stawkę sporu z poziomu „egzekwowanie sankcji” na poziom „spór o suwerenność bandery”. Takich działań nie podejmuje się dla ropy. Robi się to, gdy przejęcie statku oznaczałoby nie tylko dochodzenie w sprawie ładunku, ale realne ryzyko zatrzymania ludzi, sprzętu lub zdolności, których państwo nie może stracić.

    Flota cieni jako wektor sił specjalnych

    Moja hipoteza, która spaja te anomalie, przesuwa punkt ciężkości z surowców na personel wysokiej wartości i zdolności ISR.

    VLCC (tankowce) zapewnia dużą przestrzeń wewnętrzną, zasilanie i naturalne maskowanie dla modułowych pakietów rozpoznania, zestawów SIGINT/ELINT czy mobilnych węzłów dowodzenia – bez konieczności modyfikowania sylwetki statku. 

    Wykorzystanie Marinery jako platformy dla sił specjalnych (SSO) wpisuje się w obserwowany od lat schemat działań hybrydowych Federacji Rosyjskiej, który wcześniej analizowałem przy okazji operacji na Bałtyku i zagrożenia dla Gotlandii (operacja „Koń Morski”). 

    Wzorce z Bałtyku i Morza Czarnego pokazują, że Rosja traktuje cywilne jednostki jako podwójnego przeznaczenia: od maskowania kontenerów ze sprzętem rozpoznawczym, po wsparcie logistyczne dla grup dywersyjnych. 

    Jeśli Marinera miała dostarczyć do Wenezueli personel wysokiej wartości – na przykład doradców ds. walki elektronicznej, systemów OPL czy operatorów dronów – to incydent ten jest pierwszą próbą przeniesienia bałtyckiego modelu „floty cieni jako wektora SSO” na teatr atlantycki. 

    To tłumaczy determinację USA w dążeniu do przerwania misji za wszelką cenę – nie chodzi o ropę, lecz o zablokowanie instalacji rosyjskiego „ucha i oka” w pobliżu amerykańskiej strefy wpływów.

    Marinera jako przynęta operacyjna

    Analiza operacyjna wskazuje jednak na jeszcze jeden, szerszy wymiar roli Marinery, gdyż w innym moim scenariuszu operacyjnym może ona działać jako taktyczna przynęta (decoy), absorbująca uwagę i zasoby amerykańskiej blokady w kluczowym momencie. 

    Równolegle z pościgiem za tankowcem Marinera, z wenezuelskich portów wyszło co najmniej kilkanaście innych tankowców objętych sankcjami, przewożących miliony baryłek ropy. W tej masowej ucieczce Marinera – pusty statek, ale z największym rozgłosem medialnym, rosyjską eskortą i okrętem podwodnym – skupia na sobie nieproporcjonalnie dużą część zasobów USA: od samolotów P-8 Poseidon, przez okręty USCG, aż po aparat dyplomatyczny. 

    W tym czasie jednostki z realnym ładunkiem mają znacznie większą szansę na przełamanie blokady, wykorzystując efekt saturacji. To klasyczna gra na przeciążenie systemu: „hałaśliwy” cel wiąże siły, podczas gdy właściwy ładunek przemyka w cieniu. To znana mi dobrze rosyjska metoda operacyjna. 

    Okno decyzji – ucieczka pod parasol Floty Północnej

    Decyzja o nagłej zmianie kursu na północ również odbiega od logiki handlowej. Zwrot w stronę Islandii i Grenlandii jest nielogiczny dla frachtowca, ale sensowny dla platformy operacyjnej, której celem staje się przerwanie misji i odzyskanie zasobów pod osłoną własnej floty. 

    Taki manewr wyprowadza statek w strefę, gdzie rosyjska marynarka ma przewagę, a warunki geograficzne utrudniają działania przeciwnika. W tym kontekście rozmieszczenie w Wielkiej Brytanii samolotów wsparcia sił specjalnych i sygnały o maszynach „lecących na północ” nabierają nowego znaczenia. Nie jest to już tylko demonstracja siły, lecz przygotowanie wariantu, w którym w krótkim oknie czasowym trzeba uniemożliwić dotarcie wrażliwych zasobów do rosyjskiej strefy obrony powietrznej.

    Z operacyjnego punktu widzenia sytuacja wokół Marinery jest dynamiczna i ograniczona czasowo. Przy obecnej prędkości i kursie, statek dotrze do strefy pełnej osłony rosyjskiej Floty Północnej w rejonie Morza Norweskiego i Barentsa po 12–13 stycznia. 

    Wówczas znajdzie się w zasięgu gęstej rosyjskiej osłony antydostępowej (A2/AD), co uczyni jakikolwiek abordaż politycznie i militarnie niewykonalnym. Jeśli USA zdecydują się na operację kinetyczną, najbardziej prawdopodobne okno to 8–10 stycznia 2026 r. 

    Przemawiają za tym prognozy pogody wskazujące na krótkotrwałą poprawę warunków nad Atlantykiem, wciąż relatywnie duży dystans od rosyjskich baz oraz sygnały OSINT sugerujące gotowość sił specjalnych. Brak działania do 10 stycznia drastycznie obniża prawdopodobieństwo wariantu siłowego.

    Po 13 stycznia pozostanie jedynie scenariusz pościgu do portu i działań w sferze prawno-sankcyjnej, co będzie równoznaczne z utratą dostępu do tego, co faktycznie znajduje się na pokładzie.

    Wnioski Operacyjne 

    To gra o stawkę wyższą niż ropa

    Opisanie sprawy Marinery wyłącznie jako epizodu wojny z flotą cieni dobrze tłumaczy mechanikę incydentu, ale nie wyjaśnia zachowania państw. Analiza wskazuje na skomplikowaną grę na trzech poziomach.

    Po pierwsze, wczesna interwencja USA i rosyjska eskalacja sugerują, że stawką jest personel wysokiej wartości lub zdolności wywiadowcze, których utrata jest nieakceptowalna.

    Po drugie, Marinera służy jako taktyczna przynęta, wiążąc amerykańskie zasoby i umożliwiając masową ucieczkę tankowców z realnym ładunkiem ropy. Po trzecie, incydent ten testuje granice determinacji USA oraz skuteczność rosyjskiej strategii „reflagowania i eskorty” jako nowej metody omijania blokad.

    W tym ujęciu Marinera staje się nie symbolem walki z omijaniem sankcji, lecz testem tego, jak daleko państwa są gotowe się posunąć, gdy stawką nie jest surowiec, lecz ludzie i aktywa operacyjne w globalnej rozgrywce, które trzeba bezwzględnie chronić chronić lub wykorzystać politycznie.

    Pozdrawiam i dziękuję.