US Navy: 17. okręt podwodny typu Virginia odebrany przez marynarkę [WIDEO]

Specjalizująca się w produkcji okrętowej dla marynarki wojennej stocznia General Dynamics Elektric Boat w Groton przekazała amerykańskiej marynarce US Navy 17. Okręt podwodny klasy Virginia. Jednostka wejdzie do służby jako USS South Dakota.
Budowa jednostki rozpoczęła się w 2013 roku. Jej formalne wejście do służby w marynarce wojennej Stanów Zjednoczonych zaplanowano na początek przyszłego roku. USS South Dakota będzie siódmym okrętem podwodnym klasy Virginia trzeciej serii (Block III).
Okręty klasy Virginia zamawiane przez US Navy w ramach trzeciej serii zostały przeprojektowane, dzięki czemu jednostki te posiadają większe możliwości operacyjne, także w zakresie wystrzeliwania pocisków manewrujących Tomahawk. W tym przypadku modyfikacja konstrukcyjna polega na zamianie 12 pojedynczych wyrzutni pionowego startu przez dwie duże wyrzutnie (Virginia Payload Tubes), przy czym każda z nich może odpalić sześć pocisków Tomahawk.
https://www.youtube.com/watch?v=JtCHuo95f5Q&t=98s
Zobacz też: Novatek i Rosatom zbudują flotę lodołamaczy zasilanych skroplonym gazem.
USS South Dakota to przedostatni okręt z trzeciej serii okrętów podwodnych klasy Virginia. Kolejny, który ma wejść do służby pod nazwą USS Dalaware jest od kwietnia 2016 roku budowany przez stocznię Newport News Shipbuilding, należącą do koncernu Huntington Ingalls Industries.
Ciekawostka: okręt będzie trzecią jednostką, która w historii amerykańskiej floty otrzyma nazwę South Dakota. Pierwszym okrętem, który otrzymał tę nazwę, był krążownik pancerny klasy Pensylwania. Jednostka operowała na Pacyfiku do momentu przystąpienia Stanów Zjednoczonych do I wojny światowej, a następnie realizował misje na Atlantyku: okręt eskortował jednostki, które przewoziły do Europy amerykańskich żołnierzy. Drugi okręt, który otrzymał nazwę South Dakota, był pierwszą jednostką z serii pancernych krążowników i podczas II wojny światowej realizował misje patrolowe i eskortowe na Pacyfiku i Atlantyku.
Zobacz też: Stany Zjednoczone: astronomiczne kontrakty na budowę 10 niszczycieli.
Obecnie marynarka wojenna USA dysponuje 16 okrętami podwodnymi typu Virginia. Pierwszy z nich – zbudowany przez General Dynamics Eletric Boat – powstał w latach 1999-2004 i wszedł do służby w US Navy w 2005 roku. Najmłodsza jednostka tej klasy – USS Colorado – rozpoczęła służbę we wrześniu ubiegłego roku. W sumie Stany Zjednoczone planują zbudowanie 28 takich okrętów.
Okręty podwodne klasy Virginia są wyposażone w napęd jądrowy. Jednostki mierzą po 111,9 m długości oraz 10,3 m szerokości. Wyporność w zanurzeniu wynosi 7,8 tys. ton. Załogę okrętu stanowi 134 ludzi. W zanurzeniu jednostka osiąga prędkość ponad 25 węzłów. Okręty uzbrojone są w klasyczne torpedy oraz pociski manewrujące Tomahawk.
Podpis: am
-
Jak naprawdę wygląda życie na okręcie podwodnym? [część 1]
![Jak naprawdę wygląda życie na okręcie podwodnym? [część 1]](https://portalstoczniowy.pl/wp-content/uploads/2026/01/Danel-Poplawski.png)
Czym w praktyce jest służba na okręcie podwodnym i kto naprawdę odnajduje się w tym świecie? W czasach, gdy bezpieczeństwo morskie ponownie zyskuje strategiczne znaczenie, pytanie o ludzi – a nie tylko o same jednostki – staje się kluczowe.
W artykule
W pierwszej części rozmowy z kmdr ppor. rez. Danielem Popławskim, byłym podwodnikiem, zaglądamy do wnętrza okrętu i codzienności służby pod wodą. Rozmawiamy o pierwszym wejściu na jednostkę, ciasnej przestrzeni, konieczności opanowania całego okrętu jako jednego organizmu, a także o warunkach życia, spania i pełnienia służby w zamkniętej „stalowej puszce”.
Pełna rozmowa pierwszej części z kmdr ppor. rez. Danielem Popławskim – z licznymi przykładami, anegdotami i szczegółami, których nie da się oddać w tekście – dostępna jest w naszym materiale wideo na YouTube.
Za kilka lat nowe okręty podwodne wejdą do służby. Załogę trzeba pozyskać i wyszkolić
Tymczasem właśnie tam w najbliższych latach pojawi się zupełnie nowe pokolenie – okrętów i ludzi, którzy będą na nich służyć. Kim trzeba być, by zejść pod wodę na wiele tygodni, wziąć odpowiedzialność za jednostkę i załogę, a jednocześnie znaleźć w tym satysfakcję? O tym, jak wygląda ta droga od środka, rozmawiam z kmdr ppor. rez. Danielem Popławskim, byłym podwodnikiem, który zna ten świat z perspektywy codziennej służby.
Zapraszam do wywiadu, w którym postaram się poprowadzić czytelnika przez codzienność służby na okręcie podwodnym – od pierwszego wejścia na jednostkę, przez rutynę pod wodą, aż po momenty wymagające pełnej koncentracji i odpowiedzialności.
Pierwsze wrażenie? Ciasnota i setki zaworów
Wejście na okręt podwodny nie przypomina żadnej innej jednostki pływającej. Pierwsze wrażenie to zamknięta przestrzeń, gęsto upakowane instalacje oraz dziesiątki zaworów, rur i mechanizmów. Nowych podwodniaków najbardziej zaskakuje świadomość, że od tej chwili ich zadaniem będzie opanowanie całego okrętu jako jednego organizmu, a nie wyłącznie własnego stanowiska.
Proces przejścia „z lądu pod wodę” jest długi. Pełne opanowanie okrętu trwa lata i wymaga systematycznej nauki, praktyki oraz pracy zespołowej. To nie jest służba dla osób przypadkowych.
Gdzie się śpi, je i pełni służbę
Życie pod wodą to logistyka w najczystszej postaci. Na okręcie podwodnym nie ma pustych przestrzeni – każda wolna objętość ma swoje zadanie. Na okręcie typu KILO warunki do spania były stosunkowo komfortowe, ponieważ koje były stałe, a nie rotacyjne („ciepła koja”), co w świecie podwodników stanowi raczej wyjątek.
Większość załogi śpi w wieloosobowych pomieszczeniach na kojach piętrowych, natomiast jedyną w pełni wydzieloną kajutą dysponuje dowódca okrętu. Powietrze jest filtrowane i regenerowane, woda racjonowana, a energia traktowana jak zasób krytyczny. Komfort nigdy nie jest celem samym w sobie – liczy się zdolność do długotrwałego działania.
Jedzenie pod wodą. Kambuz, kalorie i morale załogi
Na okręcie, na którym służyłem, kuchnia składała się z trzech kucharzy, którzy gotowali dla około 60-osobowej załogi. Proszę sobie wyobrazić skalę zadania: w praktyce około 61 osób, trzy osoby w kambuzie, a do przygotowania co najmniej trzy posiłki dziennie.
kmdr ppor. Daniel Popławski
Sama przestrzeń robocza była skrajnie ograniczona, według Daniela mogła mieć około 1,5 m², więc praca odbywała się dosłownie ramię w ramię. Sprzęt musiał być przystosowany do specyfiki służby na morzu: np. patelnia zamontowana jest w zawieszeniu kardana, odpornym na przechyły. Z czasem pojawiły się też udogodnienia, bo po jednym z remontów zamontowano piec konwekcyjno-parowy. Żywność trzymano w zamrażarkach, lecz przy dłuższych wyjściach zapasy „wchodziły” w każdą wolną przestrzeń, podobnie jak w klasycznych obrazach z Das Boot, gdzie jedzenie potrafi „żyć” w przedziałach, gdy miejsca brakuje
Wysoka kaloryczność posiłków nie była kaprysem. Popławski podkreślał, że na jednego marynarza potrafiło przypadać nawet około 6000 kcal dziennie, bo służba w zamkniętej jednostce obciąża organizm inaczej niż praca na lądzie, a warunki powietrza – mimo wentylacji i filtracji – pozostają specyficzne dla „stalowej puszki” pod wodą. Co istotne, nie funkcjonowało to jak sztywno wydzielana racja, w której na każdego przypada z góry ustalona porcja. Posiłki bywały podawane w formule zbliżonej do szwedzkiego stołu, dopóki pozwalały na to zapasy. Paradoks okrętu podwodnego polegał na tym, że jedzenia bywało dużo, ruchu było niewiele, więc po kilku dobach część załogi sama zaczynała ograniczać porcje.
To jednak dopiero początek. W drugiej części rozmowy przechodzimy dalej – do rutyny wacht, momentów największego napięcia, zanurzeń i wynurzeń oraz odpowiedzialności, która zaczyna się tam, gdzie kończy się margines błędu.
Kim jest dziś Daniel Popławski?
Po zakończeniu służby wojskowej pracuje jako menadżer w sektorze defence, pozostając blisko spraw morskich i bezpieczeństwa. Doświadczenie z okrętów podwodnych traktuje jako fundament – zawodowy i życiowy.









