USA strąciły pocisk przeciwokrętowy Huti

W odpowiedzi na zagrożenie ze strony rebeliantów Huti, USA skutecznie strąciły pocisk przeciwokrętowy wystrzelony w kierunku niszczyciela rakietowego USS Laboon (DDG-58). Incydent miał miejsce 14 stycznia nad wodami Al-Hudajdy i stanowi kolejny przejaw napięć w regionie, podkreślając jednocześnie zdolności obronne USA.
Szczegóły dotyczące typu myśliwca oraz przynależności okrętu wojennego pozostają tajne, co dodaje sprawie nutę tajemniczości. Zdarzenie to nie spowodowało żadnych uszkodzeń ani ofiar, jednak stanowi kolejny rozdział w eskalującym konflikcie w regionie.
W wyniku szybkiej i skutecznej reakcji obronnej amerykańskiego myśliwca, który zestrzelił pocisk przeciwokrętowy wystrzelony przez Huti, niszczyciel USS Laboon uniknął bezpośredniego trafienia. Dzięki temu, mimo potencjalnie niebezpiecznej sytuacji, nie odnotowano żadnych uszkodzeń zarówno w strukturze okrętu, jak i w jego systemach operacyjnych.
Ponadto, co najważniejsze, załoga niszczyciela wyszła z tego incydentu bez szwanku, nie odnotowano żadnych obrażeń wśród personelu. To zdarzenie podkreśla wysoką gotowość i efektywność sił zbrojnych USA w zakresie obrony swoich jednostek przed zagrożeniami, jednocześnie świadcząc o skomplikowanej sytuacji bezpieczeństwa w regionie.
Atak na USS Laboon miał miejsce dwa dni po operacjach przeprowadzonych przez USA i Wielką Brytanię przeciwko celom Huti w Jemenie, obejmujących ataki na systemy radarowe, zakłady produkcyjne oraz składy amunicji.
Huti zapowiedzieli odwet za te ataki. Minister spraw zagranicznych Jemenu, Hisham Sharaf Abdullah, przekazał ONZ list protestacyjny przeciwko działaniom amerykańsko-brytyjskim.
Rzecznik Huti, Mohammed Abdulsalam, w serwisie społecznościowym X nazwał te ataki „rażącym naruszeniem suwerenności narodowej”. Podkreślił, że działania Ameryki przeciwko Jemenowi nie powstrzymają ich sił zbrojnych od realizacji zobowiązań religijnych, humanitarnych i moralnych wobec narodu palestyńskiego, w tym kontynuacji ataków na statki wroga zmierzające do portów okupowanej Palestyny, dopóki nie ustanie agresja i oblężenie Strefy Gazy.
Autor: Mariusz Dasiewicz/US Navy

ORP Orzeł. Okręt, który nie zniknął z naszej pamięci

2 lutego 1939 roku w holenderskiej stoczni De Schelde we Vlissingen podniesiono polską banderę na jednym z najnowocześniejszych wówczas okrętów podwodnych świata. ORP Orzeł od pierwszego dnia był czymś więcej niż tylko nową jednostką w naszej flocie. Był symbolem ambicji państwa morskiego, wysiłku społecznego oraz wiary w to, że Polska potrafi budować własną siłę także na morzu.
W artykule
ORP Orzeł zbudowany wspólnym wysiłkiem
ORP Orzeł był jednostką wyjątkową już na etapie budowy. Jego budowę w znacznej części sfinansowano ze środków pochodzących z wieloletniej zbiórki społecznej. To nie była wyłącznie inwestycja wojskowa – był to projekt narodowy, w który zaangażowały się tysiące obywateli. Okręt i jego bliźniaczy ORP Sęp należały do ścisłej światowej czołówki konwencjonalnych okrętów podwodnych końca lat trzydziestych.
Dowództwo nad ORP Orzeł objął kmdr ppor. Henryk Kłoczkowski. Załoga, starannie dobrana i intensywnie szkolona, miała obsługiwać jednostkę zaprojektowaną z myślą o długotrwałych działaniach bojowych oraz dużej samodzielności na morzu.
Gdynia i manifestacja morska II RP
10 lutego 1939 roku ORP Orzeł wszedł do Gdyni. Jego pojawienie się w kraju zbiegło się z obchodami rocznicy Zaślubin Polski z morzem i stało się kulminacyjnym punktem uroczystości. Na Nabrzeżu Pomorskim zgromadziły się dziesiątki tysięcy ludzi. Widok nowoczesnego okrętu pod polską banderą był czytelnym sygnałem, że Polska traktuje dostęp do morza jako element swojej suwerenności.
Wojna i narodziny legendy
Wrzesień 1939 roku brutalnie przerwał ten krótki czas dumy i demonstracji siły. Losy ORP Orzeł w czasie wojny szybko wymknęły się schematom. Internowanie w Tallinie, brawurowa ucieczka z estońskiego portu, przedarcie się bez map do Wielkiej Brytanii oraz późniejsza służba u boku Royal Navy sprawiły, że okręt niemal natychmiast obrosł legendą.
Załoga Orła walczyła w wyjątkowo trudnych warunkach, z dala od kraju, często bez pełnego zaplecza logistycznego. Była to wojna prowadzona w ciszy, pod powierzchnią morza, gdzie margines błędu bywał mniejszy niż grubość stalowego poszycia.
Ostatni patrol i cisza, która trwa do dziś
W 1940 roku ORP Orzeł nie powrócił z patrolu bojowego. Do dziś nie udało się jednoznacznie ustalić okoliczności jego zaginięcia. Brak pewnych danych sprawił, że ostatni rozdział historii okrętu wciąż pozostaje otwarty.
Co istotne, ta historia nie zakończyła się wraz z wojną. Do dziś w Polsce są ludzie, którzy próbują odnaleźć wrak Orła. Organizowane są kolejne ekspedycje badawcze, analizowane archiwa i relacje, a także zawężane rejony morza, w których okręt mógł przebywać pod wodą po raz ostatni. Jak dotąd nikomu się to nie udało. Orzeł wciąż pozostaje jednym z największych morskich znaków zapytania w historii II wojny światowej.
Okręt podwodny, który nadal jest obecny
ORP Orzeł nie istnieje już jako jednostka bojowa, lecz wciąż funkcjonuje w zbiorowej pamięci. Jest symbolem odwagi, profesjonalizmu oraz ceny, jaką przyszło zapłacić za służbę pod biało-czerwoną banderą. Każda kolejna rocznica podniesienia bandery przypomina, że historia polskiej Marynarki Wojennej nie składa się wyłącznie z dat i parametrów technicznych, lecz przede wszystkim z ludzi i decyzji podejmowanych w sytuacjach granicznych.
Dopóki wrak Orła nie zostanie odnaleziony, ta historia pozostanie niezamknięta. Być może właśnie dlatego wciąż tak silnie działa na wyobraźnię i nadal potrafi przyciągać uwagę kolejne pokolenia.










