Kolejny etap rozwoju sił przeciwminowych Marynarki Wojennej 

15 marca MON ogłosił zamiar zakupu kolejnych trzech niszczycieli min typu Kormoran II. Tym samym spełniają się założenia programu modernizacji Marynarki Wojennej w jednym z jego obszarów.

O budowie w polskim konsorcjum stoczniowym (PGZ Stocznia Wojenna/Remontowa Shipbuilding/Ośrodek Badawczo-Rozwojowy Centrum Techniki Morskiej) niszczycieli min napisano już wystarczająco dużo, aby powtarzać te same treści. Podobnie jak i o samych okrętach projektu 258 które są nową jakością nie tylko w polskim okrętownictwie i Marynarce Wojennej a również w siłach przeciwminowych NATO.

Nigdy w Polsce nie budowano bowiem tak dużej jednostki wojennej ze stali amagnetycznej. Nigdy też (a właściwie na pewno po II wojnie światowej) polska flota nie dysponowała okrętem najnowocześniejszym w swej klasie w świecie. Polski wybór technologii okrętów zbudowanych z amagnetycznej stali, pozwolił nam na dołączenie do elitarnego klubu użytkowników takich jednostek, a mianowicie do flot Niemiec (10 okrętów typu 332 Frankenthal – wcielonych w latach 1993-98), Turcji (6 okrętów typu A będących wariantem typu 332 – wcielonych w latach 2005-9) oraz ZEA i Indonezji (również używających okrętów rodziny 332, ZEA dwóch przejętych od Niemiec a Indonezja 2 budowanych w Niemczech na podstawie typu 332). Dokonany wybór, mający zwolenników i przeciwników, jest już poza dyskusją, niemniej jednak doprowadził do sytuacji, w której Polska dysponuje obecnie najnowocześniejszym rozwiązaniem w tej kategorii.

Przeprowadzony proces budowy i dopuszczenia do służby jednostki prototypowej ORP Kormoran, spowodował wzrost kosztów programu, jednak pozwolił też na dopracowanie koncepcji nowatorskiego okrętu i zamówienie dwóch seryjnych jednostek (ORP Albatros i ORP Mewa), różniących się wyraźnie od prototypu. Osiągnięte stadium budowy seryjnej, czego potwierdzeniem jest fakt, że obie wymienione jednostki znajdują się obecnie w fazie prób stoczniowych i morskich, pozwala właśnie dziś na „skonsumowanie” osiągniętego sukcesu zbrojeniowego.

W obecnej sytuacji, gdy budowę Ratownika ostatecznie odłożono (być może, w co Autor mocno wierzy do czasu określenia kształtu i harmonogramu pozyskania – w znacznej mierze definiujących architekturę Ratownika – okrętów podwodnych), a realizacja budowy Mieczników nie wkroczyła jeszcze w fazę przemysłową, zlecenie budowy trzech bardzo potrzebnych niszczycieli min jest krokiem jak najbardziej racjonalnym. 

Zamówienie drugiej serii Kormoranów, pozwoli konsorcjum na utrzymanie wysoko wykwalifikowanej kadry, da kolejny impuls do rozwoju polskich komponentów wyposażenia okrętów takich jak SCOT czy AM-35, zwiększy wiarygodność producentów okrętów na rynkach międzynarodowych i na koniec pozwoli na doprowadzenie tego segmentu zdolności MW do stanu pożądanego w Planie Modernizacji Technicznej.

Nowe Kormorany wsparte zmodernizowanymi trałowcami typu 207 w standardzie przybrzeżnego/pomocniczego niszczyciela min i tradycyjnymi trałowcami typu 207, pozwolą na osiągniecie pożądanego zestawu jednostek wsparcia bojowego w tej kategorii.

Wypada mieć tylko nadzieję, że te nowoczesne siły przeciwminowe będą miały okazje nie tylko do oczyszczania polskich wód z pozostałości po wojnach światowych, ale również do efektywnego wsparcia przyszłościowych okrętów bojowych głównych klas.

Autor: Tomasz Witkiewicz

Udostępnij ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Jak naprawdę wygląda życie na okręcie podwodnym? [część 1]

    Jak naprawdę wygląda życie na okręcie podwodnym? [część 1]

    Czym w praktyce jest służba na okręcie podwodnym i kto naprawdę odnajduje się w tym świecie? W czasach, gdy bezpieczeństwo morskie ponownie zyskuje strategiczne znaczenie, pytanie o ludzi – a nie tylko o same jednostki – staje się kluczowe.

    W pierwszej części rozmowy z kmdr ppor. rez. Danielem Popławskim, byłym podwodnikiem, zaglądamy do wnętrza okrętu i codzienności służby pod wodą. Rozmawiamy o pierwszym wejściu na jednostkę, ciasnej przestrzeni, konieczności opanowania całego okrętu jako jednego organizmu, a także o warunkach życia, spania i pełnienia służby w zamkniętej „stalowej puszce”.

    Pełna rozmowa pierwszej części z kmdr ppor. rez. Danielem Popławskim – z licznymi przykładami, anegdotami i szczegółami, których nie da się oddać w tekście – dostępna jest w naszym materiale wideo na YouTube.

    Za kilka lat nowe okręty podwodne wejdą do służby. Załogę trzeba pozyskać i wyszkolić

    Tymczasem właśnie tam w najbliższych latach pojawi się zupełnie nowe pokolenie – okrętów i ludzi, którzy będą na nich służyć. Kim trzeba być, by zejść pod wodę na wiele tygodni, wziąć odpowiedzialność za jednostkę i załogę, a jednocześnie znaleźć w tym satysfakcję? O tym, jak wygląda ta droga od środka, rozmawiam z kmdr ppor. rez. Danielem Popławskim, byłym podwodnikiem, który zna ten świat z perspektywy codziennej służby.

    Zapraszam do wywiadu, w którym postaram się poprowadzić czytelnika przez codzienność służby na okręcie podwodnym – od pierwszego wejścia na jednostkę, przez rutynę pod wodą, aż po momenty wymagające pełnej koncentracji i odpowiedzialności.

    Pierwsze wrażenie? Ciasnota i setki zaworów

    Wejście na okręt podwodny nie przypomina żadnej innej jednostki pływającej. Pierwsze wrażenie to zamknięta przestrzeń, gęsto upakowane instalacje oraz dziesiątki zaworów, rur i mechanizmów. Nowych podwodniaków najbardziej zaskakuje świadomość, że od tej chwili ich zadaniem będzie opanowanie całego okrętu jako jednego organizmu, a nie wyłącznie własnego stanowiska.

    Proces przejścia „z lądu pod wodę” jest długi. Pełne opanowanie okrętu trwa lata i wymaga systematycznej nauki, praktyki oraz pracy zespołowej. To nie jest służba dla osób przypadkowych.

    Gdzie się śpi, je i pełni służbę

    Życie pod wodą to logistyka w najczystszej postaci. Na okręcie podwodnym nie ma pustych przestrzeni – każda wolna objętość ma swoje zadanie. Na okręcie typu KILO warunki do spania były stosunkowo komfortowe, ponieważ koje były stałe, a nie rotacyjne („ciepła koja”), co w świecie podwodników stanowi raczej wyjątek.

    Większość załogi śpi w wieloosobowych pomieszczeniach na kojach piętrowych, natomiast jedyną w pełni wydzieloną kajutą dysponuje dowódca okrętu. Powietrze jest filtrowane i regenerowane, woda racjonowana, a energia traktowana jak zasób krytyczny. Komfort nigdy nie jest celem samym w sobie – liczy się zdolność do długotrwałego działania.

    Jedzenie pod wodą. Kambuz, kalorie i morale załogi

    Na okręcie, na którym służyłem, kuchnia składała się z trzech kucharzy, którzy gotowali dla około 60-osobowej załogi. Proszę sobie wyobrazić skalę zadania: w praktyce około 61 osób, trzy osoby w kambuzie, a do przygotowania co najmniej trzy posiłki dziennie.

    kmdr ppor. Daniel Popławski

    Sama przestrzeń robocza była skrajnie ograniczona, według Daniela mogła mieć około 1,5 m², więc praca odbywała się dosłownie ramię w ramię. Sprzęt musiał być przystosowany do specyfiki służby na morzu: np. patelnia zamontowana jest w zawieszeniu kardana, odpornym na przechyły. Z czasem pojawiły się też udogodnienia, bo po jednym z remontów zamontowano piec konwekcyjno-parowy. Żywność trzymano w zamrażarkach, lecz przy dłuższych wyjściach zapasy „wchodziły” w każdą wolną przestrzeń, podobnie jak w klasycznych obrazach z Das Boot, gdzie jedzenie potrafi „żyć” w przedziałach, gdy miejsca brakuje

    Wysoka kaloryczność posiłków nie była kaprysem. Popławski podkreślał, że na jednego marynarza potrafiło przypadać nawet około 6000 kcal dziennie, bo służba w zamkniętej jednostce obciąża organizm inaczej niż praca na lądzie, a warunki powietrza – mimo wentylacji i filtracji – pozostają specyficzne dla „stalowej puszki” pod wodą. Co istotne, nie funkcjonowało to jak sztywno wydzielana racja, w której na każdego przypada z góry ustalona porcja. Posiłki bywały podawane w formule zbliżonej do szwedzkiego stołu, dopóki pozwalały na to zapasy. Paradoks okrętu podwodnego polegał na tym, że jedzenia bywało dużo, ruchu było niewiele, więc po kilku dobach część załogi sama zaczynała ograniczać porcje.

    To jednak dopiero początek. W drugiej części rozmowy przechodzimy dalej – do rutyny wacht, momentów największego napięcia, zanurzeń i wynurzeń oraz odpowiedzialności, która zaczyna się tam, gdzie kończy się margines błędu.

    Kim jest dziś Daniel Popławski?

    Po zakończeniu służby wojskowej pracuje jako menadżer w sektorze defence, pozostając blisko spraw morskich i bezpieczeństwa. Doświadczenie z okrętów podwodnych traktuje jako fundament – zawodowy i życiowy.