ORP Orzeł – pierwszy w PRL film przywracający honor żołnierzom Września

Ostatecznie to nie „Orzeł”, a filmy Wajdy i Munka wniosły coś nowego do arsenału myśli o minionej wojnie – napisał krytyk w „Żołnierzu Wolności”. 7 lutego 1959 r. wszedł na ekrany film ORP „Orzeł”, opowiadający historię polskiego okrętu podwodnego we wrześniu 1939 r.
Fabułą filmu jest brawurowa ucieczka ORP „Orzeł” z internowania w Tallinie, i przedarcie się przez cieśniny duńskie do Wielkiej Brytanii. Nie było wcześniej w peerelowskich filmach tak jednoznacznej prezentacji bohaterstwa polskich żołnierzy broniących „sanacyjnej Polski”. Recenzujący wówczas film na łamach „Żołnierza Wolności” Stanisław Janicki – przez wiele lat autor kultowej audycji telewizyjnej „W starym kinie” – docenił rzemiosło reżysera Leonarda Buczkowskiego, lecz przestrzegł przed przypisywaniem „Orłu” nadmiernej roli intelektualnej. „Ostatecznie to nie +Orzeł+, a filmy Wajdy i Munka wniosły coś nowego do arsenału myśli o minionej wojnie” – ocenił w lutym 1959 r. Janicki.
W tymże 1959 r. jesienią na ekrany weszła „Lotna” Andrzeja Wajdy, zrealizowana na podstawie powieści Wojciecha Żukrowskiego pod tym samym tytułem, ukazująca m.in. bezsensowną – historycznie nieprawadziwą – szarżę polskich ułanów na niemieckie czołgi.
Reżyserem i współautorem scenariusza „Orła” był Leonard Buczkowski, twórca m.in. „Gwiaździstej eskadry”, „Zakazanych piosenek” i „Skarbu”; drugim autorem scenariusza – lotnik i popularny pisarz Janusz Meissner; konsultantem z ramienia Marynarki Wojennej był komandor Bolesław Romanowski, podczas wojny dowódca m.in. ORP „Jastrząb”, ORP „Sokół” i ORP „Dzik”.
Premierę filmu w gdańskim kinie Leningrad „Głos Wybrzeża” zapowiedział reklamą – zaproszeniem do kin – na pierwszej stronie sobotniego wydania, wykupioną przez zespół „Kadr”, własną zapowiedzią, podkreślającą udział w filmie aktora gdańskiego Teatru Wybrzeże Tadeusza Gwiazdowskiego – w roli bosmana Bryta – i przypomnieniem epopei ORP „Orzeł” pióra Franciszka Walickiego, patetycznie zatytułowanym „Póki my żyjemy”. Sprawozdania z samej premiery w kolejnych numerach „Głosu Wybrzeża” nie opublikowano, choć z kolei „Żołnierz Wolności” w informacji o premierze odnotował obecność na niej pozostałego przy życiu członka załogi „Orła”, mata Feliksa Prządaka, który z powodu choroby nie wziął udziału w ostatnim tragicznie zakończonym patrolu.
Krytycy „Ekranu” Konrad Eberhardt i Mieczysław Walasek zauważyli, że film, wyreżyserowany przez Leonarda Buczkowskiego, wchodzi na ekrany kin, w momencie gdy „tłumy warszawiaków stały cierpliwie w kolejce kilometrowej długości, aby obejrzeć insygnia królów polskich i inne bezcenne pamiątki rewindykowane z Kanady”. „W tym samym czasie przy kompletach widowni idzie w teatrze Dejmka w Łodzi tragedia Felińskiego +Barbara Radziwiłłówna+, sztuka, w której każdym niemal zdaniu mówi się o potędze Polski, wielkości jej dziejów, wspaniałości polskiego oręża. Pomiędzy tymi, odległymi zdawałoby się zjawiskami istnieje jednak wspólna więź” – napisali.
12 lat później, w 1971 r., w miesięczniku „Kino” krytyk Jerzy Peltz nazwał „Orła” „jednym z najpiękniejszych filmów Leonarda Buczkowskiego, szczytowym osiągnięciem wojenno–przygodowego nurtu w jego twórczości”. Przypomniał, że zamysł realizacji filmu o bohaterskiej załodze polskiego okrętu podwodnego – który przełamał w 1939 r. niemiecką blokadę na Bałtyku i dotarł poprzez cieśniny duńskie do Anglii – narodził się wkrótce po klęsce wrześniowej, gdy Buczkowski przebywał na Węgrzech.
„Reżyser wspominał, że już wtedy rozważał z napotkanym tam Józefem Lejtesem wstępny zarys scenariusza. Minęło jednak wiele lat, zanim projekt ten doczekał się urzeczywistnienia – i to w aurze niezbyt sprzyjającej tego rodzaju przedsięwzięciom. W owym okresie krytycznej rozprawy z mitami narodowymi chętniej bohaterów odbrązawiano, niż ich kreowano – i dlatego ten film o polskiej szarży na Bałtyku, szarży w dodatku zwycięskiej, przeprowadzonej mądrze i logicznie, był na tle naszej ówczesnej kinematografii wydarzeniem dość niecodziennym” – podkreślił krytyk.
„+Orzeł+ łączył w sobie doskonałość ekranowej formy z treścią pasjonującą, opowiedzianą w sposób prosty i atrakcyjny. Było to tym trudniejsze, że większość akcji toczyła się we wnętrzu okrętu podwodnego: film przedstawiał studium ludzi zamkniętych, skazanych na samych siebie w warunkach całkowitej izolacji od świata zewnętrznego. […] Buczkowski pokazywał prawdziwych ludzi w prawdziwych sytuacjach, dzięki czemu dzieje polskiego okrętu i jego załogi nabierały waloru psychologicznej wiarygodności” – podsumował Peltz.
W maju 2012 r. „Orzeł” znalazł się na trzecim miejscu listy „Top 15 Najlepsze filmy o łodziach podwodnych. Koszmar podwodnej wojny” opublikowanej na portalu WP, wyprzedzając m.in. takie produkcje jak „Polowanie na Czerwony Październik” i „Żółtą łódź podwodną”. Z zestawienia wynika ponadto, iż film Buczkowskiego był jedną z pierwszych fabuł rozgrywających się na pokładzie okrętu podwodnego, o prawie rok wyprzedzając „Ostatni brzeg” Stanleya Kramera.
Filmowego „Orła” w filmie zagrał bliźniaczy ORP „Sęp” – który internowany w Szwecji 17 września 1939 r. przetrwał wojnę na jeziorze niedaleko Sztokholmu. Pozostający w cieniu legendy „młodszego brata” okręt dorobił się własnych mitów – istniały ponoć plany porwania Sępa, ale Szwedzi, znający historię ucieczki „Orła” z Tallina i obawiający się o swoją neutralność, dokładnie rozbroili polskie okręty (poza „Sępem” internowane były jeszcze ORP „Żbik” i ORP „Ryś”). Oponować mieli również Brytyjczycy – argumentując, że gdyby ucieczka się powiodła, mogłaby stać się pretekstem do napaści Niemiec na Szwecję.
26 października 1945 r. ORP „Sęp” powrócił do służby. Trzynaście lat później na jego pokładzie pojawili się m.in.: Wieńczysław Gliński, Jan Machulski, Bronisław Pawlik, Aleksander Sewruk i Jerzy Nowak występujący w filmie Buczkowskiego. W rolach marynarzy wystąpili m.in. – niewymienieni w czołówce filmu – Roman Wilhelmi, Henryk Bista, Henryk Boukołowski i Stanisław Bareja – jako kucharz okrętowy. W 50-osobowej obsadzie filmu nie ma ani jednej kobiety.
Podczas realizacji powstawały kolejne legendy – podobno główny mechanik „Sępa” Stanisław Wielebski podsunął pomysł, by szwenkier Zdzisław Parylak siadł na krzesełku zamontowanym na szczycie najwyższego masztu, cztery metry nad kioskiem okrętu. Kamera miała pozostać nad wodą, filmując moment, w którym ogromny kadłub znika w morzu. Operator Seweryn Kruszyński nie chciał się na to zgodzić, bo bał się o sprzęt. W końcu miano ustalić, że jeśli szwenkier zamoczy choćby nogawkę, to załoga stawia skrzynkę wódki. Jeśli pozostanie suchy – wódkę fundują filmowcy. Wódkę wypito, a scena przeszła do historii polskiego kina.
Okręt Rzeczypospolitej Polskiej (ORP) „Orzeł” został zwodowany w holenderskiej stoczni De Schelde we Vlissingen 15 stycznia 1938 r. – jego matką chrzestną była generałowa Jadwiga Sosnkowska. Budowę w dużej mierze pokryto ze składek społeczeństwa – 8,2 mln zł przy ogólnym koszcie wynoszącym ok. 10 mln zł.
2 lutego 1938 r. został włączony do polskiej Marynarki Wojennej (MW); równo 80 lat temu 7 lutego zacumował w porcie po raz pierwszy w porcie wojennym w Gdyni, 10 lutego odbyło się oficjalne powitanie okrętu, z udziałem dowódcy MW admirała Józefa Unruga i gen. Kazimierza Sosnkowskiego.
Rano 1 września 1939 r. wypłynął na Bałtyk, by zabezpieczać polskie wybrzeże przed ewentualnym desantem niemieckim. 15 września zawinął do Tallina, by wysadzić chorego dowódcę komandora Henryka Kłoczkowskiego. W wyniku nacisków niemieckich jednostka została internowana, zabrano z niej dziennik pokładowy, mapy i część uzbrojenia.
W nocy z 17 na 18 września – po ataku sowieckim na Polskę – załoga porwała okręt z estońskiego portu i kierując się mapami narysowanymi z pamięci, popłynęli w kierunku Anglii. Po trwającym prawie miesiąc rejsie, ściganemu przez niemiecką flotę i bombardowanemu przez niemieckie samoloty, okrętowi udało się 14 października 1939 r. dotrzeć do bazy Rosyth w Wielkiej Brytanii.
„Orzeł” został przydzielony do Drugiej Flotylli Okrętów Podwodnych w Rosyth. Zimą wychodził wielokrotnie na patrole i służbę konwojową. 8 kwietnia 1940 r. zatopił niemiecki transportowiec wojskowy „Rio de Janeiro”, przewożący żołnierzy i sprzęt wojskowy, czym przyczynił się do zdemaskowania przygotowywanej przez Hitlera inwazji na Norwegię.
Wieczorem 23 maja 1940 r. ORP „Orzeł” wypłynął w kolejny patrol na Morze Północne. Z tej misji już nie wrócił.
Autor: Paweł Tomczyk/PAP

-
Jak naprawdę wygląda życie na okręcie podwodnym? [część 1]
![Jak naprawdę wygląda życie na okręcie podwodnym? [część 1]](https://portalstoczniowy.pl/wp-content/uploads/2026/01/Danel-Poplawski.png)
Czym w praktyce jest służba na okręcie podwodnym i kto naprawdę odnajduje się w tym świecie? W czasach, gdy bezpieczeństwo morskie ponownie zyskuje strategiczne znaczenie, pytanie o ludzi – a nie tylko o same jednostki – staje się kluczowe.
W artykule
W pierwszej części rozmowy z kmdr ppor. rez. Danielem Popławskim, byłym podwodnikiem, zaglądamy do wnętrza okrętu i codzienności służby pod wodą. Rozmawiamy o pierwszym wejściu na jednostkę, ciasnej przestrzeni, konieczności opanowania całego okrętu jako jednego organizmu, a także o warunkach życia, spania i pełnienia służby w zamkniętej „stalowej puszce”.
Pełna rozmowa pierwszej części z kmdr ppor. rez. Danielem Popławskim – z licznymi przykładami, anegdotami i szczegółami, których nie da się oddać w tekście – dostępna jest w naszym materiale wideo na YouTube.
Za kilka lat nowe okręty podwodne wejdą do służby. Załogę trzeba pozyskać i wyszkolić
Tymczasem właśnie tam w najbliższych latach pojawi się zupełnie nowe pokolenie – okrętów i ludzi, którzy będą na nich służyć. Kim trzeba być, by zejść pod wodę na wiele tygodni, wziąć odpowiedzialność za jednostkę i załogę, a jednocześnie znaleźć w tym satysfakcję? O tym, jak wygląda ta droga od środka, rozmawiam z kmdr ppor. rez. Danielem Popławskim, byłym podwodnikiem, który zna ten świat z perspektywy codziennej służby.
Zapraszam do wywiadu, w którym postaram się poprowadzić czytelnika przez codzienność służby na okręcie podwodnym – od pierwszego wejścia na jednostkę, przez rutynę pod wodą, aż po momenty wymagające pełnej koncentracji i odpowiedzialności.
Pierwsze wrażenie? Ciasnota i setki zaworów
Wejście na okręt podwodny nie przypomina żadnej innej jednostki pływającej. Pierwsze wrażenie to zamknięta przestrzeń, gęsto upakowane instalacje oraz dziesiątki zaworów, rur i mechanizmów. Nowych podwodniaków najbardziej zaskakuje świadomość, że od tej chwili ich zadaniem będzie opanowanie całego okrętu jako jednego organizmu, a nie wyłącznie własnego stanowiska.
Proces przejścia „z lądu pod wodę” jest długi. Pełne opanowanie okrętu trwa lata i wymaga systematycznej nauki, praktyki oraz pracy zespołowej. To nie jest służba dla osób przypadkowych.
Gdzie się śpi, je i pełni służbę
Życie pod wodą to logistyka w najczystszej postaci. Na okręcie podwodnym nie ma pustych przestrzeni – każda wolna objętość ma swoje zadanie. Na okręcie typu KILO warunki do spania były stosunkowo komfortowe, ponieważ koje były stałe, a nie rotacyjne („ciepła koja”), co w świecie podwodników stanowi raczej wyjątek.
Większość załogi śpi w wieloosobowych pomieszczeniach na kojach piętrowych, natomiast jedyną w pełni wydzieloną kajutą dysponuje dowódca okrętu. Powietrze jest filtrowane i regenerowane, woda racjonowana, a energia traktowana jak zasób krytyczny. Komfort nigdy nie jest celem samym w sobie – liczy się zdolność do długotrwałego działania.
Jedzenie pod wodą. Kambuz, kalorie i morale załogi
Na okręcie, na którym służyłem, kuchnia składała się z trzech kucharzy, którzy gotowali dla około 60-osobowej załogi. Proszę sobie wyobrazić skalę zadania: w praktyce około 61 osób, trzy osoby w kambuzie, a do przygotowania co najmniej trzy posiłki dziennie.
kmdr ppor. Daniel Popławski
Sama przestrzeń robocza była skrajnie ograniczona, według Daniela mogła mieć około 1,5 m², więc praca odbywała się dosłownie ramię w ramię. Sprzęt musiał być przystosowany do specyfiki służby na morzu: np. patelnia zamontowana jest w zawieszeniu kardana, odpornym na przechyły. Z czasem pojawiły się też udogodnienia, bo po jednym z remontów zamontowano piec konwekcyjno-parowy. Żywność trzymano w zamrażarkach, lecz przy dłuższych wyjściach zapasy „wchodziły” w każdą wolną przestrzeń, podobnie jak w klasycznych obrazach z Das Boot, gdzie jedzenie potrafi „żyć” w przedziałach, gdy miejsca brakuje
Wysoka kaloryczność posiłków nie była kaprysem. Popławski podkreślał, że na jednego marynarza potrafiło przypadać nawet około 6000 kcal dziennie, bo służba w zamkniętej jednostce obciąża organizm inaczej niż praca na lądzie, a warunki powietrza – mimo wentylacji i filtracji – pozostają specyficzne dla „stalowej puszki” pod wodą. Co istotne, nie funkcjonowało to jak sztywno wydzielana racja, w której na każdego przypada z góry ustalona porcja. Posiłki bywały podawane w formule zbliżonej do szwedzkiego stołu, dopóki pozwalały na to zapasy. Paradoks okrętu podwodnego polegał na tym, że jedzenia bywało dużo, ruchu było niewiele, więc po kilku dobach część załogi sama zaczynała ograniczać porcje.
To jednak dopiero początek. W drugiej części rozmowy przechodzimy dalej – do rutyny wacht, momentów największego napięcia, zanurzeń i wynurzeń oraz odpowiedzialności, która zaczyna się tam, gdzie kończy się margines błędu.
Kim jest dziś Daniel Popławski?
Po zakończeniu służby wojskowej pracuje jako menadżer w sektorze defence, pozostając blisko spraw morskich i bezpieczeństwa. Doświadczenie z okrętów podwodnych traktuje jako fundament – zawodowy i życiowy.









