Stocznia Tsuneishi zwodowała zbiornikowiec produktowy klasy LR1

Japońska grupa stoczniowa Tsuneishi Shipbuilding Co., Ltd. z Hiroszimy, zwodowała w swoim zakładzie w chińskim Zhoushan na wyspie Xiushan, prototypowy zbiornikowiec produktowy klasy LR1 (Long Range, dalekiego zasięgu). Będzie on przeznaczony do przewozu produktów naftowych, w tym benzyn, czy paliw lotniczych.

Jednostka cechuje się kilkoma innowacjami, w tym powiększonymi w stosunku do podobnych statków tej klasy zbiornikami ładunkowymi, a także proporcjami kadłuba. Zwiększono jego szerokość, co przy pozostałych parametrach gabarytowo-masowych pozwoliło utrzymać zanurzenie jednostki o nośności 77 000 DWT na poziomie zbiornikowców wielkości 50 000 DWT i umożliwi jej cumowanie w terminalach o ograniczonej głębokości. Jednostka ma 228 m długości, 38 m szerokości i 19,3 m zanurzenia przy pełnym załadunku. Pojemność brutto wynosi 46 100 jednostek, zaś objętość zbiorników ładunkowych 92 000 m3. Prędkość eksploatacyjna 14,5 węzła.

Zobacz też: Zmarnowany przetarg na naprawę sensorów okrętu ORP Orzeł

Ponadto statek wyposażono w dwa rozwiązania służące oszczędności energii, opracowane i produkowane przez Tsuneishi Shipbuilding, zaś kadłub i układ pomieszczeń optymalizowano pod kątem wydajności napędu. Ma to umożliwić zbiornikowcowi osiągnięcie wysokiej oszczędności energii, oprócz wysokiej efektywności paliwowej, dzięki czemu uzyskano wyższy poziom wydajności ekologicznej i ekonomicznej. Chodzi tu o systemy MT-FAST i TOP-GR. Pierwszy (MTI and Tsuneishi Falcate Attachable Stator) to energooszczędna instalacja, która może zwiększyć wydajność napędu o około 4% dzięki zamontowaniu wielu sierpowatych płetw na kadłubie w rejonie napływu na śrubę napędową w celu regulacji przepływu wody. MT-FAST został opracowany we współpracy z Monohakobi Technology Institute (MTI), spółką NYK Line Group. Podobne rozwiązania stosowane są na nowoczesnych okrętach podwodnych. Drugim systemem jest TOP-GR (Tsuneishi Optimized Propulsive Gear), czyli wysoko wydajna i energooszczędna śruba napędowa. Tsuneishi zaprojektował i opracował te pędniki o zoptymalizowanej liczbie płatów, średnicy, kształcie (wygięciu) płata i ich geometrycznym ułożeniu dzięki obliczeniom i symulacjom komputerowym.

Zobacz też: Stocznia Remontowa Nauta zwodowała piąty statek w tym roku. I co dalej?

Tsuneishi Shipbuilding kontynuuje linię rozwojową statków, które wykraczają poza obecny standard masowców, a także innych jednostek, takich jak zbiornikowce i kontenerowce.

Podpis: kb

https://portalstoczniowy.pl/category/okretownictwo-stocznie/
Udostępnij ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Jak naprawdę wygląda życie na okręcie podwodnym? [część 1]

    Jak naprawdę wygląda życie na okręcie podwodnym? [część 1]

    Czym w praktyce jest służba na okręcie podwodnym i kto naprawdę odnajduje się w tym świecie? W czasach, gdy bezpieczeństwo morskie ponownie zyskuje strategiczne znaczenie, pytanie o ludzi – a nie tylko o same jednostki – staje się kluczowe.

    W pierwszej części rozmowy z kmdr ppor. rez. Danielem Popławskim, byłym podwodnikiem, zaglądamy do wnętrza okrętu i codzienności służby pod wodą. Rozmawiamy o pierwszym wejściu na jednostkę, ciasnej przestrzeni, konieczności opanowania całego okrętu jako jednego organizmu, a także o warunkach życia, spania i pełnienia służby w zamkniętej „stalowej puszce”.

    Pełna rozmowa pierwszej części z kmdr ppor. rez. Danielem Popławskim – z licznymi przykładami, anegdotami i szczegółami, których nie da się oddać w tekście – dostępna jest w naszym materiale wideo na YouTube.

    Za kilka lat nowe okręty podwodne wejdą do służby. Załogę trzeba pozyskać i wyszkolić

    Tymczasem właśnie tam w najbliższych latach pojawi się zupełnie nowe pokolenie – okrętów i ludzi, którzy będą na nich służyć. Kim trzeba być, by zejść pod wodę na wiele tygodni, wziąć odpowiedzialność za jednostkę i załogę, a jednocześnie znaleźć w tym satysfakcję? O tym, jak wygląda ta droga od środka, rozmawiam z kmdr ppor. rez. Danielem Popławskim, byłym podwodnikiem, który zna ten świat z perspektywy codziennej służby.

    Zapraszam do wywiadu, w którym postaram się poprowadzić czytelnika przez codzienność służby na okręcie podwodnym – od pierwszego wejścia na jednostkę, przez rutynę pod wodą, aż po momenty wymagające pełnej koncentracji i odpowiedzialności.

    Pierwsze wrażenie? Ciasnota i setki zaworów

    Wejście na okręt podwodny nie przypomina żadnej innej jednostki pływającej. Pierwsze wrażenie to zamknięta przestrzeń, gęsto upakowane instalacje oraz dziesiątki zaworów, rur i mechanizmów. Nowych podwodniaków najbardziej zaskakuje świadomość, że od tej chwili ich zadaniem będzie opanowanie całego okrętu jako jednego organizmu, a nie wyłącznie własnego stanowiska.

    Proces przejścia „z lądu pod wodę” jest długi. Pełne opanowanie okrętu trwa lata i wymaga systematycznej nauki, praktyki oraz pracy zespołowej. To nie jest służba dla osób przypadkowych.

    Gdzie się śpi, je i pełni służbę

    Życie pod wodą to logistyka w najczystszej postaci. Na okręcie podwodnym nie ma pustych przestrzeni – każda wolna objętość ma swoje zadanie. Na okręcie typu KILO warunki do spania były stosunkowo komfortowe, ponieważ koje były stałe, a nie rotacyjne („ciepła koja”), co w świecie podwodników stanowi raczej wyjątek.

    Większość załogi śpi w wieloosobowych pomieszczeniach na kojach piętrowych, natomiast jedyną w pełni wydzieloną kajutą dysponuje dowódca okrętu. Powietrze jest filtrowane i regenerowane, woda racjonowana, a energia traktowana jak zasób krytyczny. Komfort nigdy nie jest celem samym w sobie – liczy się zdolność do długotrwałego działania.

    Jedzenie pod wodą. Kambuz, kalorie i morale załogi

    Na okręcie, na którym służyłem, kuchnia składała się z trzech kucharzy, którzy gotowali dla około 60-osobowej załogi. Proszę sobie wyobrazić skalę zadania: w praktyce około 61 osób, trzy osoby w kambuzie, a do przygotowania co najmniej trzy posiłki dziennie.

    kmdr ppor. Daniel Popławski

    Sama przestrzeń robocza była skrajnie ograniczona, według Daniela mogła mieć około 1,5 m², więc praca odbywała się dosłownie ramię w ramię. Sprzęt musiał być przystosowany do specyfiki służby na morzu: np. patelnia zamontowana jest w zawieszeniu kardana, odpornym na przechyły. Z czasem pojawiły się też udogodnienia, bo po jednym z remontów zamontowano piec konwekcyjno-parowy. Żywność trzymano w zamrażarkach, lecz przy dłuższych wyjściach zapasy „wchodziły” w każdą wolną przestrzeń, podobnie jak w klasycznych obrazach z Das Boot, gdzie jedzenie potrafi „żyć” w przedziałach, gdy miejsca brakuje

    Wysoka kaloryczność posiłków nie była kaprysem. Popławski podkreślał, że na jednego marynarza potrafiło przypadać nawet około 6000 kcal dziennie, bo służba w zamkniętej jednostce obciąża organizm inaczej niż praca na lądzie, a warunki powietrza – mimo wentylacji i filtracji – pozostają specyficzne dla „stalowej puszki” pod wodą. Co istotne, nie funkcjonowało to jak sztywno wydzielana racja, w której na każdego przypada z góry ustalona porcja. Posiłki bywały podawane w formule zbliżonej do szwedzkiego stołu, dopóki pozwalały na to zapasy. Paradoks okrętu podwodnego polegał na tym, że jedzenia bywało dużo, ruchu było niewiele, więc po kilku dobach część załogi sama zaczynała ograniczać porcje.

    To jednak dopiero początek. W drugiej części rozmowy przechodzimy dalej – do rutyny wacht, momentów największego napięcia, zanurzeń i wynurzeń oraz odpowiedzialności, która zaczyna się tam, gdzie kończy się margines błędu.

    Kim jest dziś Daniel Popławski?

    Po zakończeniu służby wojskowej pracuje jako menadżer w sektorze defence, pozostając blisko spraw morskich i bezpieczeństwa. Doświadczenie z okrętów podwodnych traktuje jako fundament – zawodowy i życiowy.