Szósta fregata Agano typu Mogami w służbie

20 czerwca, w stoczni Mitsubishi Heavy Industries Ltd. w Nagasaki odbyła się uroczystość wcielenia do służby fregaty Agano. Fregata typu Mogami jest szóstą spośród dwunastu planowanych okrętów dla Japońskich Morskich Sił Samoobronnych (JMSDF). 

Fregata Agano typu Mogami

Nazwa fregaty Agano odnosi się do II wojny światowej, kiedy to okręt o tej nazwie był lekkim krążownikiem Cesarstwa Japonii, zwodowanym w 1941 roku. Dodatkowo, nazwa fregaty Agano jest związana z miastem Agano w prefekturze Niigata na wyspie Honsiu, leżącym nad rzeką Agano.

Fregaty typu Mogami, znane też jako 30FFM, są nową klasą okrętów bojowych przeznaczonych dla Japońskich Morskich Sił Samoobrony. Nowe jednostki przejmą zadania wykonywane obecnie przez osiem niszczycieli typu Asagiri i sześć niszczycieli typu Abukuma.

Specyfikacja techniczna

Fregaty te mają wyporność standardową 3900 ton, a pełną około 5500 ton. Okręty mierzą 132,5 metra długości i 16,3 metra szerokości. Zanurzenie wynosi 4,7 metra. Prędkość maksymalna wynosi ponad 30 węzłów. Napęd jest skonfigurowany w układzie CODAG. Wykorzystuje turbinę gazową Rolls-Royce MT30 o mocy 25 MW oraz dwa silniki wysokoprężne MAN Diesel & Turbo 12V28/33D STC, każdy rozwijający po 6000 kW.

Uzbrojenie fregat typu Mogami

Uzbrojenie fregat obejmuje 127 mm armatę BAE Systems Mk 45 Mod 4 L/62. Na pokładzie znajdują się dwa zdalnie sterowane stanowiska uzbrojenia firmy Japan Steel Works z 12,7 mm wkm. Dodatkowo, fregaty wyposażone są w wyrzutnię rakietowego systemu obrony bezpośredniej Raytheon SeaRAM oraz dwie wyrzutnie kierowanych pocisków przeciwokrętowych Mitsubishi Heavy Industries typu 17 (4-8 kontenerów).

Okręty posiadają również dwie trójrurowe wyrzutnie HOS-303 do 324 mm lekkich torped Mitsubishi Heavy Industries typu 97 oraz cztery sześciolufowe wyrzutnie pasywnych środków zakłócających Mk 137 SRBOC. Na pokładzie znajduje się lądowisko i hangar dla śmigłowca Lockheed Martin Sikorsky SH-60K Seahawk. Ponadto, jednostki są przygotowane do montażu dwóch modułów uniwersalnej wyrzutni pionowej Lockheed Martin Mk 41 VLS i mogą zabierać nawodne oraz podwodne systemy bezzałogowe.

Autor: Mariusz Dasiewicz

https://portalstoczniowy.pl/category/marynarka-bezpieczenstwo/
Udostępnij ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Jak naprawdę wygląda życie na okręcie podwodnym? [część 1]

    Jak naprawdę wygląda życie na okręcie podwodnym? [część 1]

    Czym w praktyce jest służba na okręcie podwodnym i kto naprawdę odnajduje się w tym świecie? W czasach, gdy bezpieczeństwo morskie ponownie zyskuje strategiczne znaczenie, pytanie o ludzi – a nie tylko o same jednostki – staje się kluczowe.

    W pierwszej części rozmowy z kmdr ppor. rez. Danielem Popławskim, byłym podwodnikiem, zaglądamy do wnętrza okrętu i codzienności służby pod wodą. Rozmawiamy o pierwszym wejściu na jednostkę, ciasnej przestrzeni, konieczności opanowania całego okrętu jako jednego organizmu, a także o warunkach życia, spania i pełnienia służby w zamkniętej „stalowej puszce”.

    Pełna rozmowa pierwszej części z kmdr ppor. rez. Danielem Popławskim – z licznymi przykładami, anegdotami i szczegółami, których nie da się oddać w tekście – dostępna jest w naszym materiale wideo na YouTube.

    Za kilka lat nowe okręty podwodne wejdą do służby. Załogę trzeba pozyskać i wyszkolić

    Tymczasem właśnie tam w najbliższych latach pojawi się zupełnie nowe pokolenie – okrętów i ludzi, którzy będą na nich służyć. Kim trzeba być, by zejść pod wodę na wiele tygodni, wziąć odpowiedzialność za jednostkę i załogę, a jednocześnie znaleźć w tym satysfakcję? O tym, jak wygląda ta droga od środka, rozmawiam z kmdr ppor. rez. Danielem Popławskim, byłym podwodnikiem, który zna ten świat z perspektywy codziennej służby.

    Zapraszam do wywiadu, w którym postaram się poprowadzić czytelnika przez codzienność służby na okręcie podwodnym – od pierwszego wejścia na jednostkę, przez rutynę pod wodą, aż po momenty wymagające pełnej koncentracji i odpowiedzialności.

    Pierwsze wrażenie? Ciasnota i setki zaworów

    Wejście na okręt podwodny nie przypomina żadnej innej jednostki pływającej. Pierwsze wrażenie to zamknięta przestrzeń, gęsto upakowane instalacje oraz dziesiątki zaworów, rur i mechanizmów. Nowych podwodniaków najbardziej zaskakuje świadomość, że od tej chwili ich zadaniem będzie opanowanie całego okrętu jako jednego organizmu, a nie wyłącznie własnego stanowiska.

    Proces przejścia „z lądu pod wodę” jest długi. Pełne opanowanie okrętu trwa lata i wymaga systematycznej nauki, praktyki oraz pracy zespołowej. To nie jest służba dla osób przypadkowych.

    Gdzie się śpi, je i pełni służbę

    Życie pod wodą to logistyka w najczystszej postaci. Na okręcie podwodnym nie ma pustych przestrzeni – każda wolna objętość ma swoje zadanie. Na okręcie typu KILO warunki do spania były stosunkowo komfortowe, ponieważ koje były stałe, a nie rotacyjne („ciepła koja”), co w świecie podwodników stanowi raczej wyjątek.

    Większość załogi śpi w wieloosobowych pomieszczeniach na kojach piętrowych, natomiast jedyną w pełni wydzieloną kajutą dysponuje dowódca okrętu. Powietrze jest filtrowane i regenerowane, woda racjonowana, a energia traktowana jak zasób krytyczny. Komfort nigdy nie jest celem samym w sobie – liczy się zdolność do długotrwałego działania.

    Jedzenie pod wodą. Kambuz, kalorie i morale załogi

    Na okręcie, na którym służyłem, kuchnia składała się z trzech kucharzy, którzy gotowali dla około 60-osobowej załogi. Proszę sobie wyobrazić skalę zadania: w praktyce około 61 osób, trzy osoby w kambuzie, a do przygotowania co najmniej trzy posiłki dziennie.

    kmdr ppor. Daniel Popławski

    Sama przestrzeń robocza była skrajnie ograniczona, według Daniela mogła mieć około 1,5 m², więc praca odbywała się dosłownie ramię w ramię. Sprzęt musiał być przystosowany do specyfiki służby na morzu: np. patelnia zamontowana jest w zawieszeniu kardana, odpornym na przechyły. Z czasem pojawiły się też udogodnienia, bo po jednym z remontów zamontowano piec konwekcyjno-parowy. Żywność trzymano w zamrażarkach, lecz przy dłuższych wyjściach zapasy „wchodziły” w każdą wolną przestrzeń, podobnie jak w klasycznych obrazach z Das Boot, gdzie jedzenie potrafi „żyć” w przedziałach, gdy miejsca brakuje

    Wysoka kaloryczność posiłków nie była kaprysem. Popławski podkreślał, że na jednego marynarza potrafiło przypadać nawet około 6000 kcal dziennie, bo służba w zamkniętej jednostce obciąża organizm inaczej niż praca na lądzie, a warunki powietrza – mimo wentylacji i filtracji – pozostają specyficzne dla „stalowej puszki” pod wodą. Co istotne, nie funkcjonowało to jak sztywno wydzielana racja, w której na każdego przypada z góry ustalona porcja. Posiłki bywały podawane w formule zbliżonej do szwedzkiego stołu, dopóki pozwalały na to zapasy. Paradoks okrętu podwodnego polegał na tym, że jedzenia bywało dużo, ruchu było niewiele, więc po kilku dobach część załogi sama zaczynała ograniczać porcje.

    To jednak dopiero początek. W drugiej części rozmowy przechodzimy dalej – do rutyny wacht, momentów największego napięcia, zanurzeń i wynurzeń oraz odpowiedzialności, która zaczyna się tam, gdzie kończy się margines błędu.

    Kim jest dziś Daniel Popławski?

    Po zakończeniu służby wojskowej pracuje jako menadżer w sektorze defence, pozostając blisko spraw morskich i bezpieczeństwa. Doświadczenie z okrętów podwodnych traktuje jako fundament – zawodowy i życiowy.