V Zlot pamięci „102. rocznica zaślubin Polski z Morzem” – generał Józef Haller

W środę, 9 lutego br., w przededniu 102. rocznicy zaślubin Polski z Bałtykiem 3. Flotylla Okrętów gościła uczestników V edycji Zlotu Pamięci poświęconego dowódcy Błękitnej Armii, generałowi Józefowi Hallerowi.
W przedsięwzięciu uczestniczyło ponad 40 żołnierzy z jednostek wojskowych dziedziczących tradycje Błękitnej Armii: 18. Dywizji Zmechanizowanej z Siedlec, 12. Dywizji Zmechanizowanej ze Szczecina, 23. Bazy Lotnictwa Taktycznego w Mińsku Mazowieckim, 2. Pułku Rozpoznawczego w Hrubieszowie, 18. Pułku Rozpoznawczego w Białymstoku, 1. Batalionu Czołgów w Żurawicy oraz przedstawiciele Dowództwa Garnizonu Warszawa, Dowództwa Wojsk Obrony Terytorialnej, Żandarmerii Wojskowej oraz Inspektoratu Wsparcia Sił Zbrojnych.
W trakcie wizyty w gdyńskiej Flotylli uczestnicy zlotu odwiedzili Port Wojenny w Gdyni, gdzie zapoznano ich z historią i tradycjami oraz zadaniami największego związku taktycznego Marynarki Wojennej. Oprócz zwiedzania sali tradycji 3. Flotylli Okrętów, gdzie mieli okazję obejrzeć fotografie, eksponaty oraz pamiątki związane z gdyńska Flotyllą, goście zapoznali się także z uzbrojeniem i wyposażeniem m. in. ORP Orkan.
Zgodnie z ideą uczestnicy Zlotu Pamięci wizytę nad morzem zakończą udziałem w uroczystościach upamiętniających powrót naszego kraju na morskie rubieże Bałtyku, które odbędą się 10 lutego br. w Pucku, gdzie delegacja zlotu złoży wieniec pod pomnikiem generała Józefa Hallera.
V Zlot Pamięci „102. rocznica zaślubin Polski z Morzem” – generał Józef Haller to przedsięwzięcie edukacyjne i kulturalne, którego organizatorem zlotu jest Departament Edukacji, Kultury i Dziedzictwa Ministerstwa Obrony Narodowej. Głównym jego celem jest kształtowanie postaw patriotycznych oraz popularyzowanie historii i dziejów oręża polskiego wśród żołnierzy jednostek wojskowych kultywujących tradycje Błękitnej Armii. Jednym z założeń zlotu jest popularyzowanie sylwetki wielkiego Polaka i patrioty oraz wybitnego dowódcy, generała Józefa Hallera.
Autor: 3. Flotylla Okrętów

-
Jak naprawdę wygląda życie na okręcie podwodnym? [część 1]
![Jak naprawdę wygląda życie na okręcie podwodnym? [część 1]](https://portalstoczniowy.pl/wp-content/uploads/2026/01/Danel-Poplawski.png)
Czym w praktyce jest służba na okręcie podwodnym i kto naprawdę odnajduje się w tym świecie? W czasach, gdy bezpieczeństwo morskie ponownie zyskuje strategiczne znaczenie, pytanie o ludzi – a nie tylko o same jednostki – staje się kluczowe.
W artykule
W pierwszej części rozmowy z kmdr ppor. rez. Danielem Popławskim, byłym podwodnikiem, zaglądamy do wnętrza okrętu i codzienności służby pod wodą. Rozmawiamy o pierwszym wejściu na jednostkę, ciasnej przestrzeni, konieczności opanowania całego okrętu jako jednego organizmu, a także o warunkach życia, spania i pełnienia służby w zamkniętej „stalowej puszce”.
Pełna rozmowa pierwszej części z kmdr ppor. rez. Danielem Popławskim – z licznymi przykładami, anegdotami i szczegółami, których nie da się oddać w tekście – dostępna jest w naszym materiale wideo na YouTube.
Za kilka lat nowe okręty podwodne wejdą do służby. Załogę trzeba pozyskać i wyszkolić
Tymczasem właśnie tam w najbliższych latach pojawi się zupełnie nowe pokolenie – okrętów i ludzi, którzy będą na nich służyć. Kim trzeba być, by zejść pod wodę na wiele tygodni, wziąć odpowiedzialność za jednostkę i załogę, a jednocześnie znaleźć w tym satysfakcję? O tym, jak wygląda ta droga od środka, rozmawiam z kmdr ppor. rez. Danielem Popławskim, byłym podwodnikiem, który zna ten świat z perspektywy codziennej służby.
Zapraszam do wywiadu, w którym postaram się poprowadzić czytelnika przez codzienność służby na okręcie podwodnym – od pierwszego wejścia na jednostkę, przez rutynę pod wodą, aż po momenty wymagające pełnej koncentracji i odpowiedzialności.
Pierwsze wrażenie? Ciasnota i setki zaworów
Wejście na okręt podwodny nie przypomina żadnej innej jednostki pływającej. Pierwsze wrażenie to zamknięta przestrzeń, gęsto upakowane instalacje oraz dziesiątki zaworów, rur i mechanizmów. Nowych podwodniaków najbardziej zaskakuje świadomość, że od tej chwili ich zadaniem będzie opanowanie całego okrętu jako jednego organizmu, a nie wyłącznie własnego stanowiska.
Proces przejścia „z lądu pod wodę” jest długi. Pełne opanowanie okrętu trwa lata i wymaga systematycznej nauki, praktyki oraz pracy zespołowej. To nie jest służba dla osób przypadkowych.
Gdzie się śpi, je i pełni służbę
Życie pod wodą to logistyka w najczystszej postaci. Na okręcie podwodnym nie ma pustych przestrzeni – każda wolna objętość ma swoje zadanie. Na okręcie typu KILO warunki do spania były stosunkowo komfortowe, ponieważ koje były stałe, a nie rotacyjne („ciepła koja”), co w świecie podwodników stanowi raczej wyjątek.
Większość załogi śpi w wieloosobowych pomieszczeniach na kojach piętrowych, natomiast jedyną w pełni wydzieloną kajutą dysponuje dowódca okrętu. Powietrze jest filtrowane i regenerowane, woda racjonowana, a energia traktowana jak zasób krytyczny. Komfort nigdy nie jest celem samym w sobie – liczy się zdolność do długotrwałego działania.
Jedzenie pod wodą. Kambuz, kalorie i morale załogi
Na okręcie, na którym służyłem, kuchnia składała się z trzech kucharzy, którzy gotowali dla około 60-osobowej załogi. Proszę sobie wyobrazić skalę zadania: w praktyce około 61 osób, trzy osoby w kambuzie, a do przygotowania co najmniej trzy posiłki dziennie.
kmdr ppor. Daniel Popławski
Sama przestrzeń robocza była skrajnie ograniczona, według Daniela mogła mieć około 1,5 m², więc praca odbywała się dosłownie ramię w ramię. Sprzęt musiał być przystosowany do specyfiki służby na morzu: np. patelnia zamontowana jest w zawieszeniu kardana, odpornym na przechyły. Z czasem pojawiły się też udogodnienia, bo po jednym z remontów zamontowano piec konwekcyjno-parowy. Żywność trzymano w zamrażarkach, lecz przy dłuższych wyjściach zapasy „wchodziły” w każdą wolną przestrzeń, podobnie jak w klasycznych obrazach z Das Boot, gdzie jedzenie potrafi „żyć” w przedziałach, gdy miejsca brakuje
Wysoka kaloryczność posiłków nie była kaprysem. Popławski podkreślał, że na jednego marynarza potrafiło przypadać nawet około 6000 kcal dziennie, bo służba w zamkniętej jednostce obciąża organizm inaczej niż praca na lądzie, a warunki powietrza – mimo wentylacji i filtracji – pozostają specyficzne dla „stalowej puszki” pod wodą. Co istotne, nie funkcjonowało to jak sztywno wydzielana racja, w której na każdego przypada z góry ustalona porcja. Posiłki bywały podawane w formule zbliżonej do szwedzkiego stołu, dopóki pozwalały na to zapasy. Paradoks okrętu podwodnego polegał na tym, że jedzenia bywało dużo, ruchu było niewiele, więc po kilku dobach część załogi sama zaczynała ograniczać porcje.
To jednak dopiero początek. W drugiej części rozmowy przechodzimy dalej – do rutyny wacht, momentów największego napięcia, zanurzeń i wynurzeń oraz odpowiedzialności, która zaczyna się tam, gdzie kończy się margines błędu.
Kim jest dziś Daniel Popławski?
Po zakończeniu służby wojskowej pracuje jako menadżer w sektorze defence, pozostając blisko spraw morskich i bezpieczeństwa. Doświadczenie z okrętów podwodnych traktuje jako fundament – zawodowy i życiowy.









