Miecznik raz jeszcze, czyli porozmawiajmy z Navantią 

W oczekiwaniu na decyzję ws. programu Miecznik, Navantia podkreśla wyzwania i kluczowe aspekty przygotowania oferty dla Marynarki Wojennej RP. Hiszpańska stocznia, znana z budowy nowoczesnych okrętów, wskazuje na doświadczenie i sprawdzone projekty jako atuty. Jednak, jak zaznacza Juan de la Cueva, większe trudności pojawiły się przy spełnianiu oczekiwań polskiego przemysłu obronnego. Rozmowa uwydatnia znaczenie współpracy, transferu technologii oraz elastyczności w integracji systemów, co Navantia gotowa jest oferować, by sprostać wymaganiom programu Miecznik.
Portal Stoczniowy (PS): Oferty na pozyskanie okrętów Miecznik zostały, w grudniu 2021r, przekazane, przez uczestniczące w postępowaniu podmioty, do Ministerstwa Obrony Narodowej. Na chwilę obecną zostało tylko czekać na ogłoszenie decyzji. Proszę powiedzieć co było trudniejsze na etapie przygotowywania oferty, spełnienie wymagań operacyjnych Marynarki Wojennej czy oczekiwań współpracy polskiego przemysłu obronnego?
Juan de la Cueva (JC) – Shipbuilding Commercial and Business Development Director – Navantia:
Wymagania taktyczno-techniczne Marynarki Wojennej nie stanowiły dla nas jakiegoś szczególnego problemu z tego względu, że mamy lata doświadczeń w budowie nowoczesnych okrętów wojennych, a ponadto mogliśmy skorzystać z gotowego, sprawdzonego projektu. Z tego względu doskonale wiedzieliśmy co mamy do zrobienia i jakie są możliwości oferowanej przez Navantię jednostki.
Natomiast, bywa tak że spełnienie wszystkich, szczegółowych oczekiwań, lokalnego przemysłu stanowi większy problem. Związane jest to również z potrzebą posiadania niezbędnego czasu na zbudowanie zarówno zrozumienia jak i wzajemnego zaufania pomiędzy partnerami. Jednakże, prawdopodobnie najtrudniejszym elementem całego procesu było przezwyciężenie ograniczeń czasowych narzuconych przez bardzo napięty harmonogram.
Dostarczenie na czas kompleksowej oferty okrętu dla Agencji Uzbrojenia oraz oferty współpracy przemysłowej dla PGZ Stoczni Wojennej stanowiło największe wyzwanie tego etapu. Ponieważ Navantia dostarczyła w przeszłości wiele, różnorodnych okrętów do różnych klientów zagranicznych, dlatego doskonale wiedzieliśmy co mamy robić, jak spełnić oczekiwania klienta, zarówno wojskowego jak i przemysłowego oraz jak wdrożyć narzucone wymagania. Stąd też, nie było problemu z zaimplementowaniem wymagań do projektu oferowanego okrętu.

PS. Prawdopodobnie już każdy pytał o parametry taktyczno-techniczne oferowanego okrętu i są one dość powszechnie znane, dlatego pominę ten element. Natomiast chciałbym się dowiedzieć, jak wygląda sam proces dochodzenia do punktu, kiedy Zamawiającemu oferowany jest dany typ okrętu? Przykładowo, gdy hiszpańska Armada (Marynarka Wojenna) przychodzi do Navantii i mówi „potrzebujemy nowy okręt”.
JC. Projektowanie okrętu ma miejsce na różnych etapach i realizujemy ten proces w ścisłej współpracy z hiszpańską marynarką wojenną. Fakt tej, wieloletnie,j współpracy jest prawdopodobnie największą korzyścią dla Navantii, gdyż wymagania projektowe i operacyjne znane są nam w tym samym momencie co hiszpańskiej marynarce wojennej.
Z naszej strony, zasilamy naszego klienta, czyli marynarkę wojenną, wszystkimi wymaganymi szczegółami technicznymi, w tym informacjami dotyczącymi zdolności przemysłowych, a także danymi o rozwijanych systemach czy proponowanych rozwiązaniach.
Dzięki tej współpracy, w momencie, gdy przychodzi do podpisania kontraktu, bardzo dobrze rozumiemy jakie są oczekiwania ministerstwa obrony i marynarki wojennej oraz jakiego produktu pragną. Dla nas, czyli Navantii, jest to kluczowy element całego procesu.
Takie podejście procentuje również w przyszłości, gdy otrzymujemy zapytanie od klienta zagranicznego. Dzięki doświadczeniu ze współpracy z hiszpańską marynarką wojenną oraz hiszpańskim rządem jest nam łatwiej zrozumieć skąd pojawia się takie, a nie inne wymaganie, jak również oczekiwania potencjalnego klienta. Tym samym jest nam łatwiej wpisać się w oczekiwania tegoż klienta.
Stoimy też na stanowisku, że ścisła współpraca z hiszpańskimi siłami morskimi, a co za tym idzie znajomość oczekiwań i wymagań współczesnego, morskiego pola walki, przyczynia się do wzrostu konkurencyjności Navanti na międzynarodowym rynku okrętowego przemysłu obronnego.
PS. Jak wiemy, w każdej rozmowie dotyczącej programów modernizacyjnych polskich sił zbrojnych, gorącym tematem jest tak zwany „transfer technologii”. Był Pan przez kilka lat zaangażowany w realizację projektu okrętowego w Australii. Proszę powiedzieć jak tamte doświadczenia można przełożyć na grunt polski i jak to zagadnienie widziane jest przez Navantię.
JC. Navantia rozumie „transfer technologii” czy też „współpracę przemysłową” jako wsparcie polskich władz i polskiego przemysłu obronnego, w tym przypadku przemysłu stoczniowego, w budowie „przemysłowego ekosystemu”.
Budownictwo okrętowe to nie tylko posiadanie samej stoczni zdolnej do budowy wszystkiego tylko stworzenie ekosystemu, który pozwoli zarówno przemysłowi, jak i marynarce wojennej, na zbudowanie okrętu oraz jego utrzymanie przez cały cykl eksploatacji. Jest to model, który rozwinęliśmy w Hiszpanii, który ma na celu dostarczenie produktu o jak najlepszej jakości i który sprawdza się w działalności codziennej.
W przypadku Polski byłoby to zapewnienie osiągnięcia zarówno zdolności do budowy nowoczesnych, zaawansowanych technologicznie okrętów, jak też przyszłej zdolności do bieżącego wsparcia technicznego okrętów i zapewnienia ich pełnej gotowości do działań. Tak więc nie jest to wyłącznie transfer wiedzy czy technologii między Navantią i PGZ Stocznia Wojenna.
Navantia, realizując projekt, niejako przyprowadza ze sobą wszystkich poddostawców, z Hiszpanii którzy nie tylko rozwiną lokalnie swoją obecność, ale także ustanowią współpracę z miejscowymi poddostawcami, a także, w swoim zakresie kompetencyjnym, przekażą wiedzę i umiejętności do lokalnego przemysłu. Tak więc jest to kwestia budowania wspomnianego ekosystemu.
Jeśli skupimy się wyłącznie na relacji stocznia-stocznia (która owszem jest istotna), ale jednocześnie pominiemy całą rzeszę poddostawców z ich zdolnościami przemysłowymi, wówczas będziemy mieli problem z realizacją całości prac.
To jest coś co z sukcesem zrealizowaliśmy w Australii w trakcie realizacji kontraktu na budowę niszczycieli. Osiągnęliśmy bardzo wysoki poziom udziału lokalnego przemysłu, przyprowadziliśmy ze sobą wiele czołowych firm światowego przemysłu zbrojeniowego które ustanowiły lokalne oddziały i włączyły wiele australijskich firm w swoje procesy technologiczne i łańcuchy dostaw. Dziś, można jednoznacznie stwierdzić, że tamtejszy okrętowy przemysł obronny jest kluczem do sukcesów operacyjnych australijskiej marynarki wojennej.
PS. Skupmy się na chwilę na oferowanym przez Navantię systemie zarządzania walką CATIZ. Jak ten system funkcjonuje na hiszpańskich okrętach przy jednoczesnym wykorzystaniu amerykańskiego systemu AEGIS?

JC. CATIZ jest eksportową wersją systemu SCOMBA który jest zainstalowany na okrętach hiszpańskiej marynarki wojennej. Navantia posiada autoryzację hiszpańskiego ministerstwa obrony na instalację i eksport tego systemu do klientów zagranicznych.
System posiada otwartą architekturę i może integrować różne domeny, w tym obronę przed okrętami podwodnymi, przed okrętami nawodnymi, obronę przeciwminową. Opracowany przez Navantię system zarządzania walką SCOMBA jest efektem ogromnego transferu technologii ze Stanów Zjednoczonych który miał miejsce w latach 90-tych ubiegłego wieku i był związany z pozyskaniem, przez hiszpańską marynarkę wojenną, systemu AEGIS na okręty projektu F-100.
Aktualnie, system SCOMBA jest zainstalowany na większości hiszpańskich okrętów, zarówno na okrętach patrolowych jak i fregatach, a także jednostkach pomocniczych. System będzie też zainstalowany na fregacie przyszłości, czyli projekcie F-110.
Wersja eksportowa systemu, czyli CATIZ została ostatnio sprzedana do Arabii Saudyjskiej, a tej transakcji również towarzyszył transfer technologii umożliwiający dalszy, samodzielny rozwój systemu i integrację nowo pozyskiwanych systemów w przyszłości.
Propozycja dla Polski jest ściśle powiązana z transferem technologii w zakresie tego systemu. Zakładamy, że Marynarka Wojenna RP będzie w przyszłości posiadać własny system zarządzania walką który będzie ewolucją systemu CATIZ. Dlatego też nie nakładamy żadnych ograniczeń, gdyż uznajemy ewolucję naszego systemu w pewnego rodzaju system narodowy jako proces naturalny.
PS. Kwestia transferu technologii przenosi nas do kolejnego pytania. Navantia oprócz samej platformy, oferuje też szereg własnych systemów wsparcia funkcjonowania okrętu jak choćby system zintegrowanego mostka nawigacyjnego, system zarządzania platformą czy też zintegrowane systemy łączności. Tymczasem, część z tych systemów jest w ofercie polskich producentów. PGZ Stocznia Wojenna opracowało własne technologie tworzenia zintegrowanych systemów łączności okrętowej czy też zintegrowanego mostka nawigacyjnego. Na ile zatem oferta Navantii otwarta jest na polskich partnerów przemysłowych?
JC. Oferta Navantii jest bardzo jasna i polega na partnerstwie. Wszędzie tam, gdzie pojawia się wymóg polskich władz lub potrzeba lokalnego przemysłu, żeby zintegrować polski system bądź rozwiązanie wówczas Navantia udzieli pełnego wsparcia w takim zakresie, który pozwoli na rozwój i dostarczenie danego produktu.
Czujemy się swobodnie w takim schemacie współpracy, bo to wynika z naszego doświadczenia. Dla przykładu, w Australii integrowaliśmy miejscowy system zarządzania platformą i automatyką. Wprowadzony został miejscowy system wsparcia logistycznego. Wdrożyliśmy również miejscowe rozwiązania w zakresie systemów łączności okrętowej. Dlatego też nie będziemy mieli najmniejszego problemu ze współpracą z polskim przemysłem, jeśli idzie o rozwój i wdrożenie miejscowego systemu łączności, zarządzania czy jakiegokolwiek innego, tym bardziej że mamy pełną świadomość, że na zakończenie programu nie chodzi wyłącznie o pozyskanie zdolności operacyjnych dla sił morskich, ale również miejscowych zdolności przemysłowych.
Jest to lekcja, której nauczyliśmy się w Hiszpanii i dlatego nie wymuszamy żadnych rozwiązań, gdyż rozumiemy, że, do pewnego stopnia, polski przemysł chce skopiować to co my zrobiliśmy 20-30 lat temu w przypadku hiszpańskiego przemysłu okrętowego.
PS. Jednym z kluczowych wymogów jaki stawia polski przemysł jest kwestia budowy okrętów Miecznik w całości, w polskich stoczniach. Wiemy, że różne firmy mają różne podejście do tego problemu. Niektóre zastrzegają, że chciałyby, aby pierwsza jednostka była budowana u nich i dopiero potem nastąpił proces przenoszenia produkcji, inne z kolei nie stawiają takich ograniczeń. Jakie podejście do tej kwestii ma Navantia?
JC. Mówiąc ogólnie, Navantia nie ma żadnego podejścia, bo zrobimy dokładnie to czego będzie od nas oczekiwał polski rząd. Proszę pamiętać, że budowaliśmy już okręty w Australii. Przekazaliśmy australijskiej stoczni projekt, a ta przystąpiła do budowy okrętów. Jeśli taki będzie wymóg polskiego rządu to dla nas nie ma różnicy czy są to 2 czy 17 tysięcy kilometrów od Hiszpanii. Tak więc, jak powiedziałem, kwestia miejsca produkcji nie stanowi dla nas żadnego problemu.

PS. Załóżmy, że Navantia zostaje ogłoszona jako ta firma, która dostarczy okręty dla polskiej MW. Co się dzieje następnego dnia?
JC. Och, to jest dosyć proste do opisania. Zbieramy zespół naszych najlepszych specjalistów, ustanawiamy bezpośrednie relacje i kanały komunikacji z partnerami w Polsce i przystępujemy do wytężonej pracy. Krótko mówiąc, cały proces będzie realizowany zgodnie z procedurami firmy i metodyką zarządzania projektami, a także bazował na naszych wieloletnich doświadczeniach. W realizacji będzie kilka procesów jednocześnie. Na wstępie, będzie to projektowanie, wybór poddostawców, zamówienia, opracowanie planów i harmonogramów, a co najważniejsze, uruchomienie TOKAT, czyli całego procesu przekazywania wiedzy i transferu technologii do polskiego przemysłu. A potem, sukcesywnie, będziemy wchodzić w kolejne etapy realizacji projektu.
PS. Na koniec pozwolę sobie zadać dość proste, a jednocześnie najtrudniejsze pytanie. Co czyni ofertę Navantii tą która powinna zostać wybrana?
JC. Szczerze mówiąc, wierzymy, że wyróżnia nas projekt, a dokładniej zdolności operacyjne oferowanego okrętu. Jest on najlepszym okrętem w swojej klasie spośród tych jakie są w posiadaniu europejskich krajów NATO. Jest również sprawdzony operacyjnie, gdyż znajduje się w służbie od dłuższego czasu.
Drugim czynnikiem przemawiającym na korzyść naszej oferty jest niskie ryzyko realizacji projektu. Jak wspomniałem, konstrukcja jest znana i sprawdzona, konfiguracja zintegrowanego systemu walki również, stąd ryzyko niepowodzenia bądź błędów przy integracji poszczególnych modułów systemu walki jest znikome.
Po trzecie, nasze doświadczenie. 40 lat temu nasza firma posiadała zdolność do budowy, co najwyżej, małych korwet. Dzisiaj budujemy jedne z najbardziej zaawansowanych okrętów na świecie, różnych klas, a do tego jesteśmy doświadczonym integratorem okrętowego systemu walki.
PS. Dziękuję bardzo za rozmowę i życzę wszystkiego najlepszego.
Rozmowę prowadził kmdr Mirosław Ogrodniczuk
Artykuł sponsorowany, partner publikacji Navantia

ORP Orzeł. Okręt, który nie zniknął z naszej pamięci

2 lutego 1939 roku w holenderskiej stoczni De Schelde we Vlissingen podniesiono polską banderę na jednym z najnowocześniejszych wówczas okrętów podwodnych świata. ORP Orzeł od pierwszego dnia był czymś więcej niż tylko nową jednostką w naszej flocie. Był symbolem ambicji państwa morskiego, wysiłku społecznego oraz wiary w to, że Polska potrafi budować własną siłę, także na morzu.
W artykule
ORP Orzeł zbudowany wspólnym wysiłkiem
ORP Orzeł był jednostką wyjątkową już na etapie budowy. Jego budowę w znacznej części sfinansowano ze środków pochodzących z wieloletniej zbiórki społecznej. To nie była wyłącznie inwestycja wojskowa – był to projekt narodowy, w który zaangażowały się tysiące obywateli. Okręt i jego bliźniaczy ORP Sęp należały do ścisłej światowej czołówki konwencjonalnych okrętów podwodnych końca lat trzydziestych.

Fot. ORP Orzeł podczas służby pod biało-czerwoną banderą. Jedna z największych legend polskiej wojny na morzu. Dowództwo nad ORP Orzeł objął kmdr ppor. Henryk Kłoczkowski. Załoga, starannie dobrana i intensywnie szkolona, miała obsługiwać jednostkę zaprojektowaną z myślą o długotrwałych działaniach bojowych oraz dużej samodzielności w morzu.
Wejście ORP Orzeł do Gdyni
10 lutego 1939 roku ORP Orzeł wszedł do Gdyni. Jego pojawienie się w kraju zbiegło się z obchodami rocznicy Zaślubin Polski z morzem i stało się kulminacyjnym punktem uroczystości. Na Nabrzeżu Pomorskim zgromadziły się dziesiątki tysięcy ludzi. Widok nowoczesnego okrętu pod polską banderą był czytelnym sygnałem, że Polska traktuje dostęp do morza jako element swojej suwerenności.
Wojna i narodziny legendy
Wrzesień 1939 roku brutalnie przerwał ten krótki czas dumy i demonstracji siły. Losy ORP Orzeł w czasie wojny szybko wymknęły się schematom. Internowanie w Tallinie, brawurowa ucieczka z estońskiego portu, przedarcie się bez map do Wielkiej Brytanii oraz późniejsza służba u boku Royal Navy sprawiły, że okręt niemal natychmiast obrosł legendą.
Załoga Orła walczyła w wyjątkowo trudnych warunkach, z dala od kraju, często bez pełnego zaplecza logistycznego. Była to wojna prowadzona w ciszy, pod powierzchnią morza, gdzie margines błędu bywał mniejszy niż grubość stalowego poszycia.
W pierwszym okresie służby u boku Royal Navy ORP Orzeł wykonywał zadania eskortowe oraz patrole bojowe na Morzu Północnym. Od stycznia 1940 roku rozpoczął regularną samodzielną służbę patrolową, działając w jednym z najtrudniejszych rejonów wojny morskiej.
8 kwietnia 1940 roku okręt przeprowadził jedną z najbardziej znaczących akcji w swojej historii, zatapiając niemiecki transportowiec „Rio de Janeiro”, który przewoził żołnierzy i sprzęt w ramach przygotowań do inwazji na Norwegię. Meldunek Orła był jednym z pierwszych sygnałów ostrzegających przed niemiecką inwazją, ale nie został w pełni wykorzystany przez alianckie dowództwo.
Ostatni patrol i cisza, która trwa do dziś
W 1940 roku ORP Orzeł nie powrócił z patrolu bojowego. Do dziś nie jest znana dokładna data, miejsce ani bezpośrednia przyczyna utraty okrętu. Rozważane są różne hipotezy: od wejścia na minę morską na brytyjskim lub niemieckim polu minowym, przez zatopienie przez niemiecki bombowiec lub jednostkę patrolową, aż po tragiczne pomyłki – omyłkowe storpedowanie przez okręt podwodny bądź przypadkowe zatopienie przez aliancki samolot patrolowy. Nie wyklucza się także awarii technicznej lub błędu podczas manewrów zanurzania i wynurzania.
Nie udało się również odnaleźć wraku „Orła”. Mimo kilkunastu wypraw podejmowanych zarówno przez ekspedycje cywilne, jak i okręty Marynarki Wojennej, legenda jednostki wciąż pozostaje niezamknięta. Poszukiwacze podkreślają, że nie ustaną w wysiłkach, dopóki nie zostanie odnalezione miejsce spoczynku okrętu.
Co istotne, ta historia nie zakończyła się wraz z wojną. Do dziś w Polsce są ludzie, którzy próbują odnaleźć wrak Orła. Organizowane są kolejne ekspedycje badawcze, analizowane archiwa i relacje, a także zawężane rejony morza, w których okręt mógł przebywać pod wodą po raz ostatni. Jak dotąd nikomu się to nie udało. Orzeł wciąż pozostaje jednym z największych morskich znaków zapytania w historii II wojny światowej.
Okręt podwodny, który nadal jest obecny
ORP Orzeł nie istnieje już jako bojowy okręt podwodny, lecz wciąż funkcjonuje w zbiorowej pamięci. Jest symbolem odwagi, profesjonalizmu oraz ceny, jaką przyszło zapłacić za służbę pod biało-czerwoną banderą. Każda kolejna rocznica podniesienia bandery przypomina, że historia polskiej Marynarki Wojennej nie składa się wyłącznie z dat i parametrów okrętu, lecz przede wszystkim z ludzi i decyzji podejmowanych w trudnych sytuacjach tamtych czasów.
Dopóki wrak Orła nie zostanie odnaleziony, ta historia pozostanie niezamknięta. Być może właśnie dlatego wciąż tak silnie działa na wyobraźnię i nadal potrafi przyciągać uwagę kolejne pokolenia.











