Dlaczego propozycja Szwecji wygrała w programie Orka?

Opublikowany dzisiaj wywiad generała Michała Marciniaka dla „Rzeczpospolitej” miał rozwiać wątpliwości wokół wyboru Szwecji jako „kraju pierwszego wyboru” w programie Orka. Zamiast tego odsłonił mechanizm, w którym coraz trudniej dopatrzyć się logiki.

W oficjalnych komunikatach mówimy o „najlepszej ofercie”, lecz z samej rozmowy wynika, że fundamentem decyzji stały się zobowiązania gospodarcze, a nie parametry i możliwości okrętu podwodnego dla MW RP. 

„Najlepsza oferta”. Tylko według jakich założeń?

W tym miejscu generał Marciniak minął się z prawdą. Nie jest bowiem prawdą, że żaden z oferowanych w tym postępowaniu okrętów „nie istnieje”, choć trzeba uczciwie przyznać, że w dwóch punktach ma rację: koreański KSS-III funkcjonuje dziś w konfiguracji Batch I, podczas gdy Polsce proponowano wariant Batch II, podobnie jak żaden z okrętów typu 212 w konfiguracji oferowanej Marynarce Wojennej RP nie znajduje się obecnie w służbie. Nie uprawnia to jednak do tezy, że „żaden okręt nie istnieje”, ponieważ okrętów podwodnych nie kupuje się z półki w identycznej konfiguracji dla każdej marynarki świata. Co więcej, hiszpański S-81 Isaac Peral pływa i – czy generałowi się to podoba, czy nie – jest okrętem bojowym. Stwierdzenie, że termin dostawy przypada „za kilka lat”, nie wnosi niczego do oceny, bo dotyczy każdej oferty; kluczowe pozostają dojrzałość platformy i poziom ryzyka programu, a nie semantyczna gra definicjami.

Generał Marciniak powiedział również, że oferta szwedzka otrzymała najwyższą punktację. Brzmi to poważnie, dopóki nie zajrzymy, co właściwie punktowano. Najpierw oceniano deklaracje producentów w ramach wstępnych konsultacji rynkowych WKR. Potem dorzucono dziesięć kryteriów gospodarczo-przemysłowych, w tym zobowiązania do inwestycji, współpracy i przyszłych zakupów w Polsce. Każdy z tych obszarów otrzymał własną wagę i własną punktację. W efekcie przewaga wynikła nie z tego, co okręt potrafi na morzu, lecz z tego, co Szwecja jest gotowa kupić lub obiecać polskim podmiotom.

Kiedy zdolność bojowa okrętu przestaje być kluczową kategorią, a staje się jedną z wielu rubryk w tabeli, całkowicie znika logika modernizacji sił morskich. Okręt podwodny nie jest produktem handlowym, którym można wymieniać się w ramach układu gospodarczego. To narzędzie odstraszania, które musi działać w konkretnym miejscu i w konkretnym czasie. Tymczasem w tej procedurze zaczęło liczyć się przede wszystkim to, kto złoży atrakcyjniejsze obietnice przemysłowe.

Okręt podwodny, którego nie ma. I odpowiedź, która nic nie wyjaśnia

Na pytanie o kontrowersje dotyczące samej konstrukcji generał odpowiada, że „żaden z oferowanych okrętów nie istnieje”. Formalnie to prawda. Każdy projekt wymaga dopracowania pod potrzeby użytkownika. Jednak różnica między rozwijaniem sprawdzonej platformy a budową jednostki, która dopiero powstanie, jest kluczowa. I właśnie tę różnicę w wywiadzie pominięto.

Nie padła również odpowiedź na pytanie, które powinno pojawić się jako pierwsze: czy konstrukcja została wybrana dlatego, że spełnia wymagania Marynarki Wojennej RP, czy dlatego, że Szwecja złożyła najbardziej rozbudowaną ofertę gospodarczą? Generał zapewnia, że marynarze zaakceptowali projekt, ale w tym samym wywiadzie przyznaje, że kryteria przemysłowe miały istotny wpływ na końcowy wynik.

Tymczasem w kuluarach mówi się o czymś zupełnie innym. Niespełna dwa tygodnie temu, podczas uroczystości palenia blach pod Ratownika, jeden z oficerów Marynarki Wojennej powiedział mi wprost, że konsultacje, o których dziś tak dużo słyszymy, w praktyce „prawie się nie odbyły”. Jeśli faktycznie główną podstawą oceny były formularze oraz kalkulacje gospodarcze, a nie pogłębiona analiza operacyjna, trudno traktować ten wybór jako odpowiedź na realne potrzeby floty podwodnej. Chyba że ktoś uznaje, iż priorytety Marynarki Wojennej można zastąpić arkuszem korzyści przemysłowych.

Offset zamiast bezpieczeństwa

Najgłośniej w tej rozmowie wybrzmiewają zapowiedzi korzyści przemysłowych. Szwecja zobowiązała się kupować w Polsce sprzęt wojskowy. Mają pojawić się inwestycje, mają zostać przekazane kompetencje dotyczące utrzymania okrętów. Brzmi atrakcyjnie, dopóki nie przypomnimy sobie, że offset nie zastępuje zdolności bojowej okrętu, a Polska od lat pozostaje w kryzysie potencjału podwodnego.

Kupujemy okręty za kilkanaście miliardów złotych, natomiast skala i wartość zobowiązań po stronie szwedzkiej nie zostały dotąd ujawnione. Generał nie podaje konkretnych kwot, przez co bilans całej transakcji pozostaje niejawny. Nie wiadomo więc, czy mamy do czynienia z realnym „coś za coś”, czy jedynie z deklaracjami, które dobrze brzmią w komunikatach.

Najbardziej niepokojące jest jednak to, że czas dostawy i osiągnięcia gotowości operacyjnej staje się elementem gry gospodarczej. Zdolność bojowa, która miała wrócić szybko, znów zostaje odsunięta na później.

2030 rok – dostawa kadłuba, nie okrętu. Realne zdolności dopiero po latach

W przestrzeni publicznej powtarza się, że pierwszy okręt podwodny trafi do Polski w 2030 roku. To nieprawda. Do Polski trafi kadłub i systemy. Gotowość bojowa to zupełnie inny etap. Potrzebne będą lata szkolenia załóg, integracji systemów, testów, budowania zaplecza.

Oznacza to, że rzeczywista zdolność operacyjna pojawi się dopiero w połowie lat trzydziestych. I to w wariancie optymistycznym, bez opóźnień. W realiach Bałtyku, gdzie Rosja prowadzi niemal codzienną aktywność o charakterze militarnym i hybrydowym, taki horyzont czasowy brzmi jak decyzja oderwana od rzeczywistości. W wywiadzie nie pada refleksja, czy Polska może pozwolić sobie na tak długie oczekiwanie. Nic dziwnego. Kto odważyłby się powiedzieć to publicznie?

Co tak naprawdę zdecydowało?

Z analizy wywiadu wynika jedno: przewagę Szwecji przyniosły elementy gospodarcze, nie parametry bojowe. Gdyby było inaczej, oferta obroniłaby się sama – bez konieczności podpierania jej kolejnymi kryteriami dodatkowymi.

Marynarka Wojenna RP miała otrzymać szybkie wzmocnienie. Ostatecznie otrzyma jedynie zapowiedź współpracy, obietnice inwestycji i możliwość transferu technologii. Tymczasem flota pozostanie bez realnych zdolności jeszcze przez wiele lat.

Epilog: kontrakt, który może nie przetrwać nawet dwóch lat

Cały proces wygląda tak, jakby z góry skonstruowano go w sposób umożliwiający obronę wyboru Szwecji, a jednocześnie pozostawiający szeroko otwartą furtkę do jego unieważnienia w przyszłości. Jeśli umowa zostanie zapisana bez twardych kar za zerwanie – tak jak miało to miejsce przy programie Miecznik. Każdy kolejny rząd, niezależnie od barw politycznych, będzie mógł wyrzucić ją do kosza jednym ruchem.

To scenariusz, który może — choć nie musi — stać się realny już po wyborach za dwa lata. W takim przypadku program Orka wróci do punktu wyjścia, a Marynarka Wojenna straci kolejne lata. A czas jest dziś zasobem najcenniejszym — i najmniej dostępnym.

Najważniejsze pytanie, które wciąż omija się milczeniem

W tym miejscu rodzi się pytanie, którego wciąż nikt nie chce wypowiedzieć na głos. Czy Polska naprawdę może pozwolić sobie na odsuwanie odbudowy zdolności podwodnych na kolejne lata? Dzieje się to w czasie, gdy za naszą wschodnią granicą trwa wojna, Rosja niemal codziennie testuje odporność Bałtyku, a morska infrastruktura krytyczna wymaga permanentnej ochrony.

Tymczasem debata wokół pozyskania okrętów podwodnych toczy się tak, jakby wokół panowała geopolityczna cisza — jakby nic się nie działo.

Udostępnij ten wpis

15 komentarzy

  1. Warto zwrócić uwagę że Szwedzi oferują dostawę już w 2030 roku, a konkurencja dopiero 2034 i 2035 roku. A to oznacza że w 2030 roku dostarczony okręt A26 Blekinge będzie miał większą wartość bojową niż nieistniejący 212CD.

    • przecież jeszcze w Październiku aneksowali umowę dla szwedzkiej MW z terminem dostaw dwóch okrętów na 2031-2033 a teraz budując pięć OP pierwszy dostarcza w 2030😂 nie jestem przeciw szwedzkiej ofercie ale nie robota z tata wariata

      • Wybrany okręt podwodny Orka od Szwecji, A26 nie wypał . Po pierwsze wady AIP ma bo .Nowoczesne okręty AIP nie mają , mają nowoczesne akumulatory szybko ładujące się z silnikiem Diesla . A26 ma przestarzałe akumulatory . Nie posiada A26 wystrzelenia rakiet do zwalczania na lądzie na na spore odległości. Wada A26 że Szwecja buduje je z dużych opóźnieniem . Nie posiada stali nie magnetycznej . A my co A17 słaby nic nie warty okręt podwodny tylko do szkolenia . Do czasu wybudowania A26 . A Polska potrzebuje okrętów podwodnych do zwalczania okrętów podwodnych, nawodnych, na dużą odległość na lądzie czy w powietrzu , a nie tylko aby pływał dla szkolenia . Najlepszym wyborem był Niemiecki Norwecki okręt podwodny 212 CD ma wszystko nowoczesne akumulatory technologie i posiada stal niemagnetyczną. Francja Scorpene bez AIP ale z rakietami , torpedami czy szybkim ładowaniem akumulatorami . Szwecja buduje przestarzały okręt podwodny. Korea też dobry byłby wybór i nowoczesny. Przy A26 marynarze będą mieli małe możliwości i same problemy w nich .A Szwecja rezygnuje z A26 dla swojej marynarki , możliwe że oni zbudują na nowoczesnych akumulatorach i z rakietami i z stalą niemagnetyczną . A 26 zły polityczny wybór .

    • W punkt. nawiasem mówiąc, byłem prawie pewien wyboru oferty Koreańskiej. Cóż , polityczno gospodarcze dyrdymały zwyciężyły.

    • ale czytałeś jaka to „dostawa”? poza wszystkim mówimy o zupełnie nowej konstrukcji, nie ma ani jednego egzemplarza na chodzie, a i na 90% szwedzi nie będą żadnego mieli. zanim w ogóle wypracujemy własną wiedzę miną lata

  2. a czy tak naprawdę to nie chodzi o to że Polska nie ma kasy na zakup tego sprzętu!! po pierwsze za 5 lat nie wiadomo kto będzie u władzy i czy akurat nie będziemy naparzać się z ruskimi jak Ameryka sprzedała już Ukrainę. po drugie zanim powstanie i go uzbroją w elektronikę itd. minie kolejne 2lata zanim załoga się zapozna minie rok czyli może 2035 będzie rokiem kiedy cos wypłynie z Polski na Bałtyk!! a inna opcja jest taka że po cichu kupimy kolejny sprzęt na kredyt od Korei i okaże się że okręt jest za duży na Bałtyk bez uzbrojenia serwisu i produkcji w kraju ale za to tanio i na kredyt tak jak PiS kupił samoloty .

    • Niestety typ 212CD jest nie zakceptowania ze wzgledow politycznych. Tusk strzdlil by sobie w kolana wybierajac DE ofertę. PiS i Prezydent i Konfa by to miesiaca tralowali…

      A z Francji przychodzi własnie info, że nie msja mocy na budowe dla Argentyny.

      A jesli przyjąć, że HMS Södermanland z A17 do niczego sie nie nadaje, to by znaczylo, że op w PMW nie istnieja od >10lat 🙂

      To prawda ze A26 traci myszka, ale jesli jest tanszy i operuje na porzadnie zrobionych sprawdzonych technologiach (a chyba tak jest bo bazuje na tym co implementowano w A19 i A17) to w połaczeniu z równowaznym partnerem pod wzgledem zagrozen, sily politycznej i gospodarczej, wydaje sie bardzo racjonalnym wyborem.

  3. Rozsądnym wyborem byly by okrety typu 212 budowane dla Niemiec i Norwegii. Stocznie niemieckie buduja terminowo doskonale okrety.Jednak taki wybor to okazja dla opozycji do totalnego oplucia rzadu,ze sprzedaje nas Niemcom.A tak szwecka stocznia ktora ma klopoty z terminami prac,zbuduje okrety diabli wiedza kiedy..Polityka niestety zwyciezyla.

  4. Kupowanie czegokolwiek z Niemiec kiedy nasi sąsiedzi już przebierają nogami by wrócić do pełnych interesów z Rosją byłoby politycznym samobójstwem i totalną głupotą. Z kolei oferta Koreańska w wersji z wyrzutniami rakiet balistycznych (ich projektu! Nie Tomahawków których nie wiadomo jak moglibyśmy używać) powinna być jako rezerwowa

  5. Jak to dlaczego Szwedzi wygrali… Rudy dostał w łapę przy okazji ostatnich odwiedzin premiera GB… rączka rączkę myje…
    Każdy fachowiec wie że najlepszymi ofertami z okrętami na już były hiszpańska i koreańska. Wszystkie portale wojskowe pisały jednakowo. Od początku stawiałem że rudy kłamczuszek postawi jak zwykle na niemiecką ale tym razem sepleniątko mnie zaskoczyło.

  6. Niemcy budują terminowo ,prawie. Konserwatywne (nie chce pisać,że przestarzałe) niezłe okręty. Ale my kupujemy trzy okręty. Poza tym w zamian za co? Nie mamy prawie nic. Może kupić zanim PIS przyjdzie od Niemiec ,a potem trzy w swoim czasie ? Tak ,wiem dwa typy to koszty ale niemiecki okręt to oczywiście stosunkowe ” ekonomiczne” pieniądze.Może tak ? Nie ma jednego idealnego rozwiązania nawet z GF.

  7. niemcy z 212 wypadki bo nie są wiarygodni, maja za dużo zleceń i ich OP jest znacznie droższy. Druga sprawa to jakość offsetu. Mamy bardzo złe doświadczenia z współpracą przy leopardach pl. i tym w jaki sposób Niemcy współpracowali i jakie obsuwy czasowe generowali. zastanawia mnie tylko brak rozpatrzenia włoskiej oferty która wraz z miniaturowymi okrętami podwodnymi z modułowym uzbrojeniem była ciekawym rozwiązaniem. ale tu też weszły w grę problemy przy współpracy z włoskimi firmami zbrojeniowymi i bardzo złe doświadczenia choćby przy dostawie i serwisie wiesz do rosomaków hitfist… po trzecie w grę wchodziły nie tylko gospodarcze i wojskowe a dokładniej zdolności bojowe OP. pamiętajcie o budowie bloku bałtyckiego z wyłączeniem Niemiec czyli Szwecja Finlandia Bałtowie i Polska czyli wszyscy którzy są żywotnio zainteresowani marginalizacją zdolności rosyjskich na Bałtyku…

  8. Wybór okrętów podwodnych trwa od 2007-2008 roku. Na początku wyraźną przewagę miał francuski „Scorpene”. Gdy wprowadzono wymóg przenoszenia pocisków manewrujących z wyrzutni torpedowych oferta francuska stała się cichym faworytem postępowania. Problemem był AIP i … egzotyczni użytkownicy tego okrętu (serio, wymóg wręcz rasowy). Niemcy z Type 212CD mocno zakulisowo wspierani lobbingiem finansowym, politycznym, szeptaną propagandą byli ignorowani?, odrzucani? Trudno powiedzieć. Polscy marynarze mieli okazję wielokrotnie zapoznać z niemieckim okrętem podwodnym, gdzie uznanie zdobył sprawdzony napęd AIP, krytykowana było ograniczone uzbrojenie (zbyt mała liczba przenoszonych rodzajów uzbrojenia). A26 ze Szwecji był jeszcze z 5-6 lat temu odrzucany jako projekt wysokiego ryzyka przez brak pływającego, sprawdzonego w trakcie służby prototypu. Hiszpanie i Włosi uznawani byli za ofertę drugiego wyboru, ale to Włosi zadeklarowali ostatnio szybką dostawę nowego okrętu (jednego?). Pojawił się wymóg rozwiązania pomostowego.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Jak naprawdę wygląda życie na okręcie podwodnym? [część 1]

    Jak naprawdę wygląda życie na okręcie podwodnym? [część 1]

    Czym w praktyce jest służba na okręcie podwodnym i kto naprawdę odnajduje się w tym świecie? W czasach, gdy bezpieczeństwo morskie ponownie zyskuje strategiczne znaczenie, pytanie o ludzi – a nie tylko o same jednostki – staje się kluczowe.

    W pierwszej części rozmowy z kmdr ppor. rez. Danielem Popławskim, byłym podwodnikiem, zaglądamy do wnętrza okrętu i codzienności służby pod wodą. Rozmawiamy o pierwszym wejściu na jednostkę, ciasnej przestrzeni, konieczności opanowania całego okrętu jako jednego organizmu, a także o warunkach życia, spania i pełnienia służby w zamkniętej „stalowej puszce”.

    Pełna rozmowa pierwszej części z kmdr ppor. rez. Danielem Popławskim – z licznymi przykładami, anegdotami i szczegółami, których nie da się oddać w tekście – dostępna jest w naszym materiale wideo na YouTube.

    Za kilka lat nowe okręty podwodne wejdą do służby. Załogę trzeba pozyskać i wyszkolić

    Tymczasem właśnie tam w najbliższych latach pojawi się zupełnie nowe pokolenie – okrętów i ludzi, którzy będą na nich służyć. Kim trzeba być, by zejść pod wodę na wiele tygodni, wziąć odpowiedzialność za jednostkę i załogę, a jednocześnie znaleźć w tym satysfakcję? O tym, jak wygląda ta droga od środka, rozmawiam z kmdr ppor. rez. Danielem Popławskim, byłym podwodnikiem, który zna ten świat z perspektywy codziennej służby.

    Zapraszam do wywiadu, w którym postaram się poprowadzić czytelnika przez codzienność służby na okręcie podwodnym – od pierwszego wejścia na jednostkę, przez rutynę pod wodą, aż po momenty wymagające pełnej koncentracji i odpowiedzialności.

    Pierwsze wrażenie? Ciasnota i setki zaworów

    Wejście na okręt podwodny nie przypomina żadnej innej jednostki pływającej. Pierwsze wrażenie to zamknięta przestrzeń, gęsto upakowane instalacje oraz dziesiątki zaworów, rur i mechanizmów. Nowych podwodniaków najbardziej zaskakuje świadomość, że od tej chwili ich zadaniem będzie opanowanie całego okrętu jako jednego organizmu, a nie wyłącznie własnego stanowiska.

    Proces przejścia „z lądu pod wodę” jest długi. Pełne opanowanie okrętu trwa lata i wymaga systematycznej nauki, praktyki oraz pracy zespołowej. To nie jest służba dla osób przypadkowych.

    Gdzie się śpi, je i pełni służbę

    Życie pod wodą to logistyka w najczystszej postaci. Na okręcie podwodnym nie ma pustych przestrzeni – każda wolna objętość ma swoje zadanie. Na okręcie typu KILO warunki do spania były stosunkowo komfortowe, ponieważ koje były stałe, a nie rotacyjne („ciepła koja”), co w świecie podwodników stanowi raczej wyjątek.

    Większość załogi śpi w wieloosobowych pomieszczeniach na kojach piętrowych, natomiast jedyną w pełni wydzieloną kajutą dysponuje dowódca okrętu. Powietrze jest filtrowane i regenerowane, woda racjonowana, a energia traktowana jak zasób krytyczny. Komfort nigdy nie jest celem samym w sobie – liczy się zdolność do długotrwałego działania.

    Jedzenie pod wodą. Kambuz, kalorie i morale załogi

    Na okręcie, na którym służyłem, kuchnia składała się z trzech kucharzy, którzy gotowali dla około 60-osobowej załogi. Proszę sobie wyobrazić skalę zadania: w praktyce około 61 osób, trzy osoby w kambuzie, a do przygotowania co najmniej trzy posiłki dziennie.

    kmdr ppor. Daniel Popławski

    Sama przestrzeń robocza była skrajnie ograniczona, według Daniela mogła mieć około 1,5 m², więc praca odbywała się dosłownie ramię w ramię. Sprzęt musiał być przystosowany do specyfiki służby na morzu: np. patelnia zamontowana jest w zawieszeniu kardana, odpornym na przechyły. Z czasem pojawiły się też udogodnienia, bo po jednym z remontów zamontowano piec konwekcyjno-parowy. Żywność trzymano w zamrażarkach, lecz przy dłuższych wyjściach zapasy „wchodziły” w każdą wolną przestrzeń, podobnie jak w klasycznych obrazach z Das Boot, gdzie jedzenie potrafi „żyć” w przedziałach, gdy miejsca brakuje

    Wysoka kaloryczność posiłków nie była kaprysem. Popławski podkreślał, że na jednego marynarza potrafiło przypadać nawet około 6000 kcal dziennie, bo służba w zamkniętej jednostce obciąża organizm inaczej niż praca na lądzie, a warunki powietrza – mimo wentylacji i filtracji – pozostają specyficzne dla „stalowej puszki” pod wodą. Co istotne, nie funkcjonowało to jak sztywno wydzielana racja, w której na każdego przypada z góry ustalona porcja. Posiłki bywały podawane w formule zbliżonej do szwedzkiego stołu, dopóki pozwalały na to zapasy. Paradoks okrętu podwodnego polegał na tym, że jedzenia bywało dużo, ruchu było niewiele, więc po kilku dobach część załogi sama zaczynała ograniczać porcje.

    To jednak dopiero początek. W drugiej części rozmowy przechodzimy dalej – do rutyny wacht, momentów największego napięcia, zanurzeń i wynurzeń oraz odpowiedzialności, która zaczyna się tam, gdzie kończy się margines błędu.

    Kim jest dziś Daniel Popławski?

    Po zakończeniu służby wojskowej pracuje jako menadżer w sektorze defence, pozostając blisko spraw morskich i bezpieczeństwa. Doświadczenie z okrętów podwodnych traktuje jako fundament – zawodowy i życiowy.