Czy szwedzki A26 okaże się kolejnym Gawronem? – część 2

Czy wybór oferty szwedzkiej jest zły? Sporo na to może wskazywać. Ale – i to warto podkreślić – są też argumenty, które pokazują, że ta decyzja nie musi być tak dramatyczna, jak wygląda na pierwszy rzut oka. A ponieważ pod pierwszą częścią mojego tekstu wybuchła dyskusja, spróbuję odnieść się do kilku komentarzy – bez napinki, po koleżeńsku i po ludzku.
W artykule
Z opóźnieniami w tle – Dawid Kamizela z kilkoma mocnymi argumentami
Ale zanim przejdę do komentarzy, powinniśmy zacząć od obszernego wpisu na platformie X Dawida Kamizeli. Bo to właśnie on powinien być początkiem całej dyskusji o tym, dlaczego ten wybór budzi tyle wątpliwości. W dużym skrócie – jego argument jest taki:
„A26 to projekt, który ciągnie za sobą 9 lat opóźnień, cztery zmiany dat przekazania jednostek i ponad dwukrotny wzrost kosztów.”
I faktycznie, ta chronologia przypomina scenariusz odcinka programu dokumentalnego „Katastrofa w przestworzach” – każdy kolejny krok ujawnia wcześniejsze niedoszacowania i strukturalne problemy całego programu:
- 2015 – umowa na dwa A26, pierwszy miał wejść do służby w 2022 roku.
- 2019 – wiadomo, że termin się nie utrzyma → nowa data 2024–2025.
- 2021 – aneks, kolejne przesunięcie → 2027–2028.
- 2025 – następna korekta → 2031, czyli 16 lat budowy pierwszego okrętu, i dalej nie mamy pewności, czy program z tą datą zostanie dowieziony.
- Wzrost kosztów budowy dwóch jednostek z 8,6 mld SEK do 25 mld SEK.
I tu trudno się z nim nie zgadzać – te liczby po prostu wyglądają źle. W dodatku Szwedzi od 35 lat nie zwodowali ani jednego okrętu podwodnego. Tak, to brzmi jak „nauka od zera”, a nauka trwa, kosztuje i boli. Bo my musimy sobie sami odpowiedzieć na ważniejsze pytanie: czy szwedzki SAAB jest w stanie dowieźć ten program do 2035 roku? Na razie nikt nie potrafi jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, oprócz oczywiście szwedzkiej strony, która jako sprzedawca obieca wszystko.
Ale… to wciąż SAAB. A SAAB w zbrojeniówce „dowozi”
W wielu komentarzach przewijała się jednak kontrargumentacja, której – moim zdaniem – nie wolno pomijać, a której we wcześniejszych tekstach nie rozwijałem.
SAAB to nie firma-krzak. To jeden z najbardziej przewidywalnych i poukładanych koncernów w Europie.
Kto obserwuje ich programy, ten wie jedno: oni realizują to, co podpisują.
To nie są francuskie wolty kontraktowe, to nie włoskie „będzie jutro”. SAAB ma żelazną reputację – głównie dlatego, że nie bawi się w PR-owe obietnice, tylko robi po swojemu, po szwedzku: powoli, metodycznie, drogo… ale skutecznie.
Dlatego – paradoksalnie – właśnie ten potężny medialny nacisk (wywołany chociażby naszą własną debatą publiczną) działa teraz przeciwko ich ewentualnym wpadkom.
SAAB po prostu nie może sobie pozwolić, żeby przy projekcie, który jest na ustach całej Europy, zaczęły im znowu pękać szwy terminów albo rosły koszty w sposób niekontrolowany.
I tu jest jeszcze drugi element – my mamy wojnę za naszą wschodnią granicą. Każda firma, która wchodzi dziś w projekt dla Polski, wie, że każde potknięcie będzie oglądane „pod mikroskopem”. A26 nie jest okrętem bojowym w sensie klasycznego myślenia o ofensywnych platformach – to narzędzie odstraszania, kontroli i skrytej obecności. Przeznaczone bardziej do działań „przed” wojną niż „w” wojnie.
W takim projekcie spóźnienia są trudniejsze do wytłumaczenia.
Francja? Tu z kolei argument jest prosty i twardy
W komentarzach pod pierwszymi częściami opinii pojawił się też ciekawy zarzut: że rzekomo „bardziej uderzałem we Francuzów niż w Szwedów”. I tu muszę to dopowiedzieć jasno: tamte teksty były o czym innym. Skupiałem się przede wszystkim na ofertach, które branża faktycznie wskazywała jako realne – niemieckiej, koreańskiej i francuskiej. Dlatego to właśnie francuska propozycja wymagała komentarza, bo Scorpène Evolved nie istnieje w służbie i nie ma żadnego użytkownika, a Polska po latach luk w zdolnościach nie może pozwolić sobie na prototyp. To był i pozostaje główny powód mojej ostrożności wobec tej oferty.
Natomiast Szwecji nie pominąłem z sympatii czy niechęci, tylko dlatego, że w tamtym momencie jej wybór wydawał się skrajnie mało prawdopodobny. Cała branża — od ekspertów po byłych oficerów MW — była zgodna, że program A26 jest obciążony największym ryzykiem: wieloletnimi opóźnieniami, czterema zmianami terminów, rosnącymi kosztami i faktem, że Szwedzi nie zwodowali okrętu podwodnego od 35 lat. Krótko mówiąc: nie analizowałem tej oferty szerzej, bo nie zakładałem, że ktoś rzeczywiście może postawić na projekt, który dopiero wraca na tory po kilku dekadach przerwy.
Dopiero po wypowiedziach ministra i po Waszych komentarzach, w których temat A26 wracał jak bumerang, uznałem, że czas przyjrzeć się tej propozycji z taką samą surowością, z jaką oceniam pozostałe.
Więc jak? Zły wybór czy nie?
Patrzę na to tak:
- Tak, historia A26 wygląda fatalnie – i trudno ją obronić.
- Tak, Szwedzi przebudowują swój przemysł i zdolności w budowie okrętów podwodnych po 35 latach przerwy.
- Tak, Blekinge będzie dla nich testem, a my możemy być pierwszym zagranicznym odbiorcą.
Ale jednocześnie:
- SAAB to firma, która ma reputację dowożenia.
- Politycznie – bliskość Szwecji, wejście do NATO, współpraca bałtycka – to realne plusy.
- A realnie – my potrzebujemy okrętów jak najszybciej, bo czas działa przeciwko MW RP i bezpieczeństwu naszego kraju.
I tu wracamy do pytania z tytułu: Czy szwedzki A26 okaże się kolejnym Gawronem?
Nie odpowiem dziś jednoznacznie, czy ta decyzja jest dobra czy zła. To ocenimy dopiero za kilka lat. Wiem natomiast jedno: to decyzja ryzykowna. Program A26 jest opóźniony, jego koszty rosną, a sami Szwedzi ograniczyli swoje zamówienie i równolegle pracują już nad kolejną wersją okrętu.
Owszem — na osłodę mogli obiecać nam naprawdę dużo. Tymczasem mieliśmy na stole koncerny, które oferowały okręty będące już w służbie, sprawdzone przez sojuszników, z gotowym pakietem dla naszego przemysłu i przewidywalnym ryzykiem. A my — z różnych powodów — zjechaliśmy z autostrady na drogę wąską, krętą i najbardziej nieprzewidywalną ze wszystkich dostępnych.
Ale jedno mogę powiedzieć bez wahania: jeśli ten program ma nie powtórzyć losu Gawrona, to nie Szwedzi, lecz my musimy dopilnować, by umowa była korzystna dla polskiego państwa — by harmonogramy były twarde, aneksy kontrolowane, a nadzór realny, a nie „na papierze”.
Bo inaczej nawet najlepszy projekt okaże się za drogi, opóźniony i za słaby — a tę lekcję Polska Marynarka Wojenna przerabiała już więcej razy, niż powinna.
14 komentarzy
Dodaj komentarz
ORP Orzeł. Okręt, który nie zniknął z naszej pamięci

2 lutego 1939 roku w holenderskiej stoczni De Schelde we Vlissingen podniesiono polską banderę na jednym z najnowocześniejszych wówczas okrętów podwodnych świata. ORP Orzeł od pierwszego dnia był czymś więcej niż tylko nową jednostką w naszej flocie. Był symbolem ambicji państwa morskiego, wysiłku społecznego oraz wiary w to, że Polska potrafi budować własną siłę, także na morzu.
W artykule
ORP Orzeł zbudowany wspólnym wysiłkiem
ORP Orzeł był jednostką wyjątkową już na etapie budowy. Jego budowę w znacznej części sfinansowano ze środków pochodzących z wieloletniej zbiórki społecznej. To nie była wyłącznie inwestycja wojskowa – był to projekt narodowy, w który zaangażowały się tysiące obywateli. Okręt i jego bliźniaczy ORP Sęp należały do ścisłej światowej czołówki konwencjonalnych okrętów podwodnych końca lat trzydziestych.

Dowództwo nad ORP Orzeł objął kmdr ppor. Henryk Kłoczkowski. Załoga, starannie dobrana i intensywnie szkolona, miała obsługiwać jednostkę zaprojektowaną z myślą o długotrwałych działaniach bojowych oraz dużej samodzielności w morzu.
Gdynia i manifestacja morska II RP
10 lutego 1939 roku ORP Orzeł wszedł do Gdyni. Jego pojawienie się w kraju zbiegło się z obchodami rocznicy Zaślubin Polski z morzem i stało się kulminacyjnym punktem uroczystości. Na Nabrzeżu Pomorskim zgromadziły się dziesiątki tysięcy ludzi. Widok nowoczesnego okrętu pod polską banderą był czytelnym sygnałem, że Polska traktuje dostęp do morza jako element swojej suwerenności.
Wojna i narodziny legendy
Wrzesień 1939 roku brutalnie przerwał ten krótki czas dumy i demonstracji siły. Losy ORP Orzeł w czasie wojny szybko wymknęły się schematom. Internowanie w Tallinie, brawurowa ucieczka z estońskiego portu, przedarcie się bez map do Wielkiej Brytanii oraz późniejsza służba u boku Royal Navy sprawiły, że okręt niemal natychmiast obrosł legendą.
Załoga Orła walczyła w wyjątkowo trudnych warunkach, z dala od kraju, często bez pełnego zaplecza logistycznego. Była to wojna prowadzona w ciszy, pod powierzchnią morza, gdzie margines błędu bywał mniejszy niż grubość stalowego poszycia.
Ostatni patrol i cisza, która trwa do dziś
W 1940 roku ORP Orzeł nie powrócił z patrolu bojowego. Do dziś nie udało się jednoznacznie ustalić okoliczności jego zaginięcia. Brak pewnych danych sprawił, że ostatni rozdział historii okrętu wciąż pozostaje otwarty.
Co istotne, ta historia nie zakończyła się wraz z wojną. Do dziś w Polsce są ludzie, którzy próbują odnaleźć wrak Orła. Organizowane są kolejne ekspedycje badawcze, analizowane archiwa i relacje, a także zawężane rejony morza, w których okręt mógł przebywać pod wodą po raz ostatni. Jak dotąd nikomu się to nie udało. Orzeł wciąż pozostaje jednym z największych morskich znaków zapytania w historii II wojny światowej.
Okręt podwodny, który nadal jest obecny
ORP Orzeł nie istnieje już jako jednostka bojowa, lecz wciąż funkcjonuje w zbiorowej pamięci. Jest symbolem odwagi, profesjonalizmu oraz ceny, jaką przyszło zapłacić za służbę pod biało-czerwoną banderą. Każda kolejna rocznica podniesienia bandery przypomina, że historia polskiej Marynarki Wojennej nie składa się wyłącznie z dat i parametrów okrętu, lecz przede wszystkim z ludzi i decyzji podejmowanych w sytuacjach granicznych.
Dopóki wrak Orła nie zostanie odnaleziony, ta historia pozostanie niezamknięta. Być może właśnie dlatego wciąż tak silnie działa na wyobraźnię i nadal potrafi przyciągać uwagę kolejne pokolenia.
Mariusz Dasiewicz











A jak Sz. Autor zapatruje się na informację/pogłoskę, że to te 2 obecnie budowane A26 staną się polskimi OP?
Jeśli potwierdzi się scenariusz, że te dwa obecnie budowane A26 mają stać się polskimi okrętami, to wcale nie jest to zła wiadomość – pod jednym warunkiem: że ktoś wreszcie jasno powie, jak będą uzbrojone i co dalej po tych dwóch jednostkach.
Bo sama „fajna platforma” to za mało.
Dla nas kluczowe są trzy rzeczy:
Liczba okrętów – dwa A26 to za mało, żeby mówić o stabilnej, odpornej na awarie i remonty zdolności. To jest absolutne minimum „na papierze”, a nie komfort działania na Bałtyku.
Uzbrojenie – na tym jest największa cisza. Mamy piękne opowieści o A26 jako konstrukcji „skrojonej pod Bałtyk”, ale nie słyszymy twardych deklaracji:
jakie torpedy, jakie pociski manewrujące / przeciwokrętowe, czy i kiedy realnie wchodzi wariant NSM-SL z wyrzutni 533 mm n- jak to się ma do polskiej logistyki i istniejących systemów.
Perspektywa rozwoju – czy to jest tylko „dwa A26 i koniec”, czy realny, długofalowy program budowy i modernizacji floty podwodnej, z udziałem naszego przemysłu.
Jeżeli cała filozofia ma się sprowadzać do tego, że będziemy się modlić, żeby nie było kolejnych przesunięć, a uzbrojenie „jakoś się załatwi później”, to jest to dokładnie ten sposób myślenia, który już raz doprowadził nas do Gawrona.
Podsumowując: tak, dwa A26 mogą być dla Polski sensownym punktem wyjścia – ale tylko wtedy, gdy rząd i MW jasno powiedzą, czym te okręty będą strzelać, w jakiej liczbie będą realnie dostępne i co będzie kolejnym krokiem po tych dwóch jednostkach. Bez tego to wciąż bardziej obietnica zdolności niż gwarancja bezpieczeństwa.
dziękuję za szybkie odniesienie się!
oby nie skończyło się tak, że dostarczą nam te 2 obecnie budowane A26, dobudują także trzeci, a potem z całej trójki w morzu będzie każdorazowo cały JEDEN, zaś pozostałe – w stoczni, z problemami wieku dziecięcego…
majki – Przecież właśnie takie są plany że jak jeden będzie w morzu, drugi ma służyć do szkolenia, a trzeci w tym czasie bedzie w serwisie.
Okręty, jak każdy inny sprzęt, muszą być okresowo serwisowane, więc tak czy inaczej w najlepszym razie stale do dyspozycji będą dwa. A jeśli prócz tego któryś jeszcze czasem wypadnie, ale mimo to w morzu będzie AŻ jeden, to to wcale nie jest zła perspektywa. Właśnie po to kupuje się kilka sztuk i postawiłbym raczej pytanie, czy w przypadku niesprawdzonej konstrukcji nie przydałby się też czwarty okręt.
Które koncerny oferowały okręty będące już w służbie, sprawdzone przez sojuszników, z gotowym pakietem dla naszego przemysłu i przewidywalnym ryzykiem?
Reputacja to jednak zdecydowanie za mało żeby zagwarantować oddanie okrętów podwodnych Orka dla Polski w obiecanych terminach. Ta sama reputacja nie uchroniła Szwedów przed klęską ich własnego programu budowy okrętów podwodnych.
O ile za klęskę uznać sprzedaż trzech okrętów na eksport.
n-ty bałach,podajcie jedne uczciwe i korzystne dla Polski działanie sitwy rusko/pruskiej…
Witam. Jak na razie A26 to jest jedynie wybór oferty i deklaracja podpisania umowy. Jest już komentarz z rządu na wątpliwości – jeśli Szwedzi będą mieli problem z podpisaniem umowy na naszych warunkach (2030) to umowa nie zostanie podpisana, a do gry wejdzie następny oferent z największą ilością punktów w przetargu czyli Włosi. Tak więc nasza marynarka dostanie najprawdopodobniej te długo budowane „szwedzkie” A26. Pozdrawiam
To do tej pory nie uzgodnili warunków i terminu dostawy?
Skąd informacja że następnym oferentem z największą ilością punktów są Włosi?
Skoro wiadomo że nie prowadzono punktowej oceny ofert, a Włosi proponują dostawę dopiero w 2035 roku.
A czy myśli pan, że jeśli te dwa okręty budowane dla Szwedów przekazane zostaną nam to czy jest możliwość dobudowania sekcji VLS przed dostawą czy nie ma żadnych szans i ewentualne pociski manewrujące tylko z wyrzutni torpedowych? I czy takie podejście mocno ogranicza okręt i jego możliwości?
I to jest trzeźwa ocena sytuacji – tylko tyle można powiedzieć zanim nie poznamy jakichś szczegółów umów G2G oraz wykonawczych. Zapewnie nie dowiemy się jaki był rozkład głosów w Zespole Zadaniowym, który rekomendował konkretną ofertę Radzie Ministrów, ale pamiętajmy że Marynarka Wojenna też w tych pracach uczestniczyła. Nie była tylko biernym obserwatorem jak my.
Szwedzki okręt podwodny to zły wybór polityczny . 1 . Wady stare baterie przestarzałe klasyczne akumulatory ołowiowo-kwasowe, które ładują się wolniej i łatwo się zapalają. 2 . Aip Stirlinga silniku jest często uważany za cięższy i zajmujący więcej miejsca niż niemiecki system ogniw paliwowych PEM. Szwedzki A26 nie będzie miał pazurów rakiet pionowymi wyrzutniami (VLS) ale na to wygląda A czy będzie któż to wie . Szwedzki wybór to same problemy z opóźnieniem w budowie . Dlaczego litowo-jonowe, a nie ołowiowo-kwasowe?
1 . Większa pojemność i wydajność: Akumulatory Li-ion oferują więcej energii w mniejszej masie i objętości, co jest kluczowe dla długości zanurzenia i przestrzeni na okręcie.
2. Szybsze ładowanie: Możliwość szybkiego ładowania (podczas pobytu na powierzchni) jest ogromną zaletą.
3.Mniejsza waga: Redukcja wagi akumulatorów pozytywnie wpływa na osiągi okrętu.
Dłuższa żywotność: Litowo-jonowe baterie mają przewidywalną i dłuższą żywotność w cyklach.
4. Bezołowiowe: Unika się ciężkiego i problematycznego ołowiu.
Dodatkowo dostaniemy przestarzały okręt podwodny torpedowy A17 dla nauki pośmiewisko z też z AiP .To też torpedy i miny w 2027 jeśli coś im nie wyjdzie . Wszystko jak widać mało kto kupuje od Szwecji okręty podwodne , Singapur i sama Szwecja i zaraz Polska . Szwecja nie posiada zaawansowanych technologii jak Niemcy , Włochy czy Francja i Korea . Ci budują najwięcej i więcej sprzedają sprawdzone okręty . Następny Ślązak będzie .