Promy Stena Line: Przyszłość żeglugi

W najnowszym przeglądzie promowym, serwis „PromySKAT” podaje na bieżąco informacje o najważniejszych wydarzeniach w branży promowej minionego tygodnia. Na pierwszy plan wysuwają się szczegóły dotyczące nowych jednostek przewoźnika Stena Line oraz informacje o budowie nowego terminalu w Göteborgu, z którego będą wypływać promy Stena Line.

Stena Line: Detale Nowych Promów i Nowy Terminal

Na horyzoncie pojawiają się nowe informacje dotyczące budowy nowych promów, które niedługo będą pływały pod banderą Stena Line. Dwie jednostki klasy NewMax, mają być zbudowane w chińskiej stoczni China Merchants Jinling Shipyard (Weihai), z elementami wyposażenia dostarczanymi przez firmę North Sea Handling (NSH). Dzięki wieloletniej współpracy z NSH, Stena Line kontynuuje swoje ekologiczne dążenia, zasilając nowe jednostki metanolem.

Promy Stena Line, których dostawa jest planowana na 2025 rok, przygotowywane są do obsługi trasy Belfast-Heysham. Każda z 147-metrowych jednostek ro-ro będzie dysponować pasem ładunkowym o długości 2800 metrów.

Jednocześnie, szwedzki przewoźnik Stena Line podpisał umowę z władzami Port of Gothenburg, na mocy której, przez 25 lat, statki firmy będą korzystać z nowego terminala Arendal. Otwarcie terminalu planowane jest na rok 2028.

Czytaj więcej: https://portalstoczniowy.pl/pionierski-statek-eidsvaag-pioner/

Brittany Ferries: Nowe Możliwości zaopatrzenia w Ekologiczne Paliwo

W innym zakątku świata promowy, Brittany Ferries odkrywa nowe możliwości dla swoich promów zasilanych LNG. Dzięki nowej infrastrukturze w Santander, wynikającej z porozumienia z Repsol, Brittany Ferries ma teraz kolejną opcję zaopatrzenia w ekologiczne paliwo. Terminal LNG w Santander jest już wykorzystywany przez prom Santona firmy Brittany Ferries. Szacuje się, że do końca roku, dzięki wykorzystaniu nowego terminalu, emisja CO2 zostanie zredukowana aż o 12 tys. ton.

Tallink: Statystyki za Maj

Jeden z głównych graczy w regionie Morza Bałtyckiego, Tallink, przedstawił swoje statystyki za miniony miesiąc. Zgodnie z raportem, mimo niewielkiego spadku liczby pasażerów, firma odnotowała wzrost na trasach pomiędzy Estonią a Szwecją. Jednak liczba przewiezionych ładunków cargo oraz pojazdów osobowych nieznacznie spadła.

W stronę żeglugi autonomicznej

Rewolucje nie kończą się na ekologicznych rozwiązaniach – coraz bliżej jesteśmy do realizacji żeglugi autonomicznej. W wyniku porozumienia pomiędzy firmami Norled, Remota i Seam, sektor promowy zbliża się do bezzałogowych rejsów. Współpraca tych firm ma na celu rozwijanie centrum rejsów bezzałogowych, dzieląc się doświadczeniem i opracowując nowe rozwiązania, które będą kształtować przyszłość żeglugi.

Z tygodnia na tydzień, świat promowy ciągle się rozwija, dając obietnicę ekscytującej przyszłości dla przewoźników i pasażerów.

Źródło: PromySKAT

Udostępnij ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Jak naprawdę wygląda życie na okręcie podwodnym? [część 1]

    Jak naprawdę wygląda życie na okręcie podwodnym? [część 1]

    Czym w praktyce jest służba na okręcie podwodnym i kto naprawdę odnajduje się w tym świecie? W czasach, gdy bezpieczeństwo morskie ponownie zyskuje strategiczne znaczenie, pytanie o ludzi – a nie tylko o same jednostki – staje się kluczowe.

    W pierwszej części rozmowy z kmdr ppor. rez. Danielem Popławskim, byłym podwodnikiem, zaglądamy do wnętrza okrętu i codzienności służby pod wodą. Rozmawiamy o pierwszym wejściu na jednostkę, ciasnej przestrzeni, konieczności opanowania całego okrętu jako jednego organizmu, a także o warunkach życia, spania i pełnienia służby w zamkniętej „stalowej puszce”.

    Pełna rozmowa pierwszej części z kmdr ppor. rez. Danielem Popławskim – z licznymi przykładami, anegdotami i szczegółami, których nie da się oddać w tekście – dostępna jest w naszym materiale wideo na YouTube.

    Za kilka lat nowe okręty podwodne wejdą do służby. Załogę trzeba pozyskać i wyszkolić

    Tymczasem właśnie tam w najbliższych latach pojawi się zupełnie nowe pokolenie – okrętów i ludzi, którzy będą na nich służyć. Kim trzeba być, by zejść pod wodę na wiele tygodni, wziąć odpowiedzialność za jednostkę i załogę, a jednocześnie znaleźć w tym satysfakcję? O tym, jak wygląda ta droga od środka, rozmawiam z kmdr ppor. rez. Danielem Popławskim, byłym podwodnikiem, który zna ten świat z perspektywy codziennej służby.

    Zapraszam do wywiadu, w którym postaram się poprowadzić czytelnika przez codzienność służby na okręcie podwodnym – od pierwszego wejścia na jednostkę, przez rutynę pod wodą, aż po momenty wymagające pełnej koncentracji i odpowiedzialności.

    Pierwsze wrażenie? Ciasnota i setki zaworów

    Wejście na okręt podwodny nie przypomina żadnej innej jednostki pływającej. Pierwsze wrażenie to zamknięta przestrzeń, gęsto upakowane instalacje oraz dziesiątki zaworów, rur i mechanizmów. Nowych podwodniaków najbardziej zaskakuje świadomość, że od tej chwili ich zadaniem będzie opanowanie całego okrętu jako jednego organizmu, a nie wyłącznie własnego stanowiska.

    Proces przejścia „z lądu pod wodę” jest długi. Pełne opanowanie okrętu trwa lata i wymaga systematycznej nauki, praktyki oraz pracy zespołowej. To nie jest służba dla osób przypadkowych.

    Gdzie się śpi, je i pełni służbę

    Życie pod wodą to logistyka w najczystszej postaci. Na okręcie podwodnym nie ma pustych przestrzeni – każda wolna objętość ma swoje zadanie. Na okręcie typu KILO warunki do spania były stosunkowo komfortowe, ponieważ koje były stałe, a nie rotacyjne („ciepła koja”), co w świecie podwodników stanowi raczej wyjątek.

    Większość załogi śpi w wieloosobowych pomieszczeniach na kojach piętrowych, natomiast jedyną w pełni wydzieloną kajutą dysponuje dowódca okrętu. Powietrze jest filtrowane i regenerowane, woda racjonowana, a energia traktowana jak zasób krytyczny. Komfort nigdy nie jest celem samym w sobie – liczy się zdolność do długotrwałego działania.

    Jedzenie pod wodą. Kambuz, kalorie i morale załogi

    Na okręcie, na którym służyłem, kuchnia składała się z trzech kucharzy, którzy gotowali dla około 60-osobowej załogi. Proszę sobie wyobrazić skalę zadania: w praktyce około 61 osób, trzy osoby w kambuzie, a do przygotowania co najmniej trzy posiłki dziennie.

    kmdr ppor. Daniel Popławski

    Sama przestrzeń robocza była skrajnie ograniczona, według Daniela mogła mieć około 1,5 m², więc praca odbywała się dosłownie ramię w ramię. Sprzęt musiał być przystosowany do specyfiki służby na morzu: np. patelnia zamontowana jest w zawieszeniu kardana, odpornym na przechyły. Z czasem pojawiły się też udogodnienia, bo po jednym z remontów zamontowano piec konwekcyjno-parowy. Żywność trzymano w zamrażarkach, lecz przy dłuższych wyjściach zapasy „wchodziły” w każdą wolną przestrzeń, podobnie jak w klasycznych obrazach z Das Boot, gdzie jedzenie potrafi „żyć” w przedziałach, gdy miejsca brakuje

    Wysoka kaloryczność posiłków nie była kaprysem. Popławski podkreślał, że na jednego marynarza potrafiło przypadać nawet około 6000 kcal dziennie, bo służba w zamkniętej jednostce obciąża organizm inaczej niż praca na lądzie, a warunki powietrza – mimo wentylacji i filtracji – pozostają specyficzne dla „stalowej puszki” pod wodą. Co istotne, nie funkcjonowało to jak sztywno wydzielana racja, w której na każdego przypada z góry ustalona porcja. Posiłki bywały podawane w formule zbliżonej do szwedzkiego stołu, dopóki pozwalały na to zapasy. Paradoks okrętu podwodnego polegał na tym, że jedzenia bywało dużo, ruchu było niewiele, więc po kilku dobach część załogi sama zaczynała ograniczać porcje.

    To jednak dopiero początek. W drugiej części rozmowy przechodzimy dalej – do rutyny wacht, momentów największego napięcia, zanurzeń i wynurzeń oraz odpowiedzialności, która zaczyna się tam, gdzie kończy się margines błędu.

    Kim jest dziś Daniel Popławski?

    Po zakończeniu służby wojskowej pracuje jako menadżer w sektorze defence, pozostając blisko spraw morskich i bezpieczeństwa. Doświadczenie z okrętów podwodnych traktuje jako fundament – zawodowy i życiowy.