Precyzyjne uderzenia bombowców B-2 w Irańskie cele

Wczoraj wieczorem amerykańskie lotnictwo oraz okręty US Navy przeprowadziły ataki na irańskie obiekty nuklearne. Jak zapewnił Biały Dom, bomby penetrujące GBU‑57 oraz pociski manewrujące Tomahawk miały „całkowicie i kompletnie zniszczyć” wyznaczone cele.
W artykule
Do ataku użyto bombowców B‑2A Spirit oraz okrętów US Navy rozmieszczonych na wodach Bliskiego Wschodu. Czy decyzja prezydenta Trumpa opierała się na rzetelnych danych wywiadowczych, czy – jak przed inwazją na Irak – na przekonaniu, którego nigdy nie potwierdzono?
Trump potwierdza atak na obiekty nuklearne w Iranie
Decyzja o ataku zapadła już w środę, podczas narady z doradcami ds. bezpieczeństwa narodowego. Choć jeszcze w czwartek prezydent Trump deklarował, że Iran ma dwa tygodnie na negocjacje, jak ujawnił „The Atlantic”, była to jedynie zagrywka dezinformacyjna.
W sobotnim wystąpieniu towarzyszyli prezydentowi USA najbliżsi współpracownicy: wiceprezydent J.D. Vance, sekretarz stanu Marco Rubio oraz szef Pentagonu Pete Hegseth. „Albo będzie pokój, albo tragedia dla Iranu” – oświadczył Trump. Bombardowania zostały skoordynowane z izraelskimi atakami zbrojnymi, co miało podkreślić determinację Waszyngtonu.
21 czerwca amerykańskie lotnictwo, działając na podstawie rozkazu prezydenta, przeprowadziło serię uderzeń na trzy irańskie obiekty nuklearne: ośrodki Fordow, Natanz oraz centrum technologiczne w Isfahanie. Wszystkie zostały wcześniej wskazane jako potencjalne miejsca wzbogacania uranu do celów wojskowych.
Ukryte obiekty nuklearne w górach
Ze względu na swoją konstrukcję, zakład wzbogacania uranu w Fordow został ulokowany głęboko pod ziemią – według dostępnych informacji nawet kilkadziesiąt metrów pod powierzchnią skalistych gór w rejonie miasta Kom. Kompleks wzmocniono dodatkowymi warstwami betonu i stali, co znacząco utrudnia jego zniszczenie z wykorzystaniem konwencjonalnych środków rażenia.
Izrael, który od lat alarmuje o zagrożeniu ze strony irańskiego programu jądrowego, nie dysponuje bombami penetrującymi ani samolotami zdolnymi do ich przenoszenia – w efekcie nie jest w stanie skutecznie razić celów tak zabezpieczonych jak Fordow.
Tymczasem Siły Powietrzne Stanów Zjednoczonych użyły bombowców B‑2A Spirit, zdolnych do przenoszenia bomb GBU‑57 Massive Ordnance Penetrator – zaprojektowanych właśnie do niszczenia silnie ufortyfikowanych struktur ulokowanych głęboko pod ziemią.
To właśnie sprawia, że tylko USA posiadają obecnie realne możliwości skutecznego ataku na cele takie jak Fordow – dotąd postrzegane przez świat jako twierdzę nie do zdobycia.
Uderzenie z powietrza. B-2 Spirit, Tomahawki i lotniskowce w działaniach zbrojnych przeciw Iranowi
Choć decyzja prezydenta Trumpa została ogłoszona dopiero w środę, z medialnych doniesień wynika, że przygotowania do operacji rozpoczęły się znacznie wcześniej. Wzmożona aktywność wojskowa w bazach na Bliskim Wschodzie oraz na Diego Garcia, o której pisaliśmy wcześniej na naszym portalu, już kilka tygodni temu wskazywała na zbliżające się działania zbrojne. Kwestia tego, czy bombowce startowały stamtąd z bombami GBU‑57 na pokładzie, zapewne pozostanie niejasna przez kolejne dekady. W ramach wczorajszych uderzeń każdy z bombowców miał zrzucić po dwie bomby penetrujące GBU‑57 Massive Ordnance Penetrator. W przypadku Fordow użyto sześciu maszyn, które łącznie zrzuciły dwanaście takich ładunków. Z kolei ośrodek w Natanz został zaatakowany przez jednego bombowca zrzucając dwie bomby GBU‑57.
W działaniach uczestniczyły dwie lotniskowcowe grupy uderzeniowe – USS Carl Vinson oraz USS Nimitz – których obecność znacząco wzmocniła zdolności projekcji siły Stanów Zjednoczonych na wodach Zatoki Omańskiej i Morza Arabskiego. To właśnie z okrętów wojennych wchodzących w skład tych zespołów US Navy przeprowadzono równoległe do nalotów uderzenia, wykorzystując około 30 pocisków manewrujących Tomahawk.
Mit irańskiej bomby atomowej. Prawda czy wygodna iluzja?
Na pierwszy rzut oka to kolejny pokaz siły amerykańskiego kompleksu militarnego. Lotniskowce, bombowce strategiczne, precyzyjne uderzenia. Jednak prawdziwe pytanie brzmi: czy te działania są odpowiedzią na realne zagrożenie, czy może elementem konsekwentnie podtrzymywanej od lat narracji o konieczności interwencji?
Od ponad dwóch dekad powraca ostrzeżenie: Iran jest o krok od zdobycia broni jądrowej. Choć teza ta była podnoszona przez kolejne administracje i think tanki, dotąd nie przedstawiono wiarygodnych dowodów na ukończenie przez Teheran prac nad głowicą nuklearną.
Coraz więcej osób, w tym zachodnie media mainstreamowe, zaczyna kwestionować sens tej narracji. Bo czy naprawdę logiczne jest twierdzenie, że ktoś od lat „jest o krok” od stworzenia bomby atomowej – i nadal tego nie zrobił? Jak długo można być o krok, nie stawiając żadnego jednoznacznego dowodu? Jak zauważa niemiecki Der Spiegel:
Rzekome dowody, że Iran opracuje wkrótce bombę atomową, nie stanowią wystarczającego powodu do wojny. Izrael nie przeprowadza w Iranie uderzenia prewencyjnego w celu zapobieżenia bezpośredniemu atakowi.
Izrael, od lat traktujący irański program jako zagrożenie, konsekwentnie dążył do wciągnięcia USA w konflikt zbrojny. Dzięki presji politycznej i współpracy operacyjnej doprowadził do sytuacji, w której odpowiedzialność za eskalację ponosi Waszyngton. Choć Izrael nie pociągnął za spust, to odegrał kluczową rolę w tym, że zrobił to ktoś inny.
Warto przypomnieć inwazję na Irak z 2003 roku – uzasadnianą istnieniem broni masowego rażenia, której nigdy nie odnaleziono. Tamta pomyłka kosztowała życie tysięcy żołnierzy i dziesiątek tysięcy cywilów. Dziś historia może się powtórzyć.
Bombowce B-2A Spirit nad irańskim Fordow nie pojawiły się z powodu potwierdzonych informacji, lecz przypuszczeń. Gdy hipoteza staje się podstawą decyzji o użyciu siły, trudniej odróżnić rzeczywiste zagrożenie od politycznego konstruktu.
Czy w świecie, w którym podejrzenie wystarcza do rozpoczęcia działań zbrojnych, dowody wciąż mają znaczenie?
Autor: Mariusz Dasiewicz

-
Rocznica podniesienia bandery na ORP Warszawa

Jutro, 9 stycznia, przypada rocznica jednego z bardziej symbolicznych momentów w powojennej historii polskiej floty. Tego dnia w 1988 roku w Gdyni podniesiono banderę na ORPWarszawa – największym i zarazem ostatnim niszczycielu pozostającym w służbie Marynarki Wojennej RP.
W artykule
ORP Warszawa – rocznica podniesienia bandery ostatniego niszczyciela
Jednostka trafiła do Polski na mocy umowy dzierżawy zawartej ze Związkiem Radzieckim, która od początku ograniczała możliwości jej dalszego rozwoju technicznego. Mimo to okręt szybko stał się flagową jednostką floty, pełniąc istotną rolę szkoleniową, reprezentacyjną oraz operacyjną w schyłkowym okresie Układu Warszawskiego.
Uroczystość podniesienia bandery była zwieńczeniem intensywnego szkolenia polskiej załogi, prowadzonego po przybyciu okrętu do kraju jesienią 1987 roku. Matką chrzestną ORP Warszawa została Krystyna Antos z Huty Warszawa, a pierwszym dowódcą mianowano kmdr. por. Jerzego Wójcika, związanego wcześniej z poprzednim okrętem noszącym to samo imię.
Od ćwiczeń międzynarodowych do wycofania ze służby
W kolejnych latach ORP Warszawa uczestniczył w ćwiczeniach na Bałtyku, w rejonie cieśnin duńskich oraz na Morzu Północnym, reprezentując polską banderę także podczas wizyt zagranicznych. Po zmianach politycznych aktywność okrętu uległa ograniczeniu, lecz druga połowa lat 90. przyniosła powrót do intensywniejszej służby oraz pierwsze ćwiczenia z flotami państw NATO.
Wycofanie okrętu ze służby 5 grudnia 2003 roku zamknęło epokę niszczycieli w polskiej Marynarce Wojennej. Dzisiejsza rocznica pozostaje jednak dobrym pretekstem, by przypomnieć jednostkę, która przez kilkanaście lat była jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli sił nawodnych RP.
Wspominając dziś ORP Warszawa, trudno nie odnieść wrażenia, że był to okręt stojący na styku dwóch epok. Z jednej strony symbol realiów zimnowojennych, podporządkowanych polityce i ograniczeniom narzuconym z zewnątrz, z drugiej jednostka, która już w nowych uwarunkowaniach geopolitycznych próbowała odnaleźć swoje miejsce w zmieniającej się Marynarce Wojennej RP.
Nie był okrętem łatwym w eksploatacji ani wdzięcznym modernizacyjnie, lecz przez lata pozostawał wyraźnym znakiem ambicji i morskiej obecności państwa. Dzisiejsza rocznica to dobra okazja, by spojrzeć na ORP Warszawa nie tylko przez pryzmat parametrów technicznych czy kalendarza służby, lecz także jako świadectwo czasu, w którym polska flota szukała ciągłości, sensu i nowej tożsamości na wzburzonych wodach historii naszego kraju.









