Po ponad roku od wstępnego zainteresowania przejęciem dwóch fregat typu Adeleide z RAN, Chile przejęło 15 kwietnia dwa okręty, które wcześniej były w obszarze zainteresowań polskich władz państwowych. Tymczasem w Polsce nie widać żadnych kroków mających doprowadzić do realizacji zapowiadanych programów zakupu fregat.

Do chilijskiej floty wcielono w Sydney byłą HMAS Melbourne (FFG-05) jako Almirante Latorre (FFG 14) oraz byłą HMAS Newcastle (FFG-06) jako Capitán Prat (FFG 11). Okręty te zakupiono 27 grudnia 2019 i po niezbędnych pracach dostosowujących je dla nowego właściciela, obecnie znalazły się w jego użytkowaniu. Obie fregaty mają pozostać w Australii do czasu przeszkolenia ich załóg, co miało potrwać do końca maja br. jednak ze względu na pandemię koronawirusa może ulec opóźnieniu. Chilijska flota nie powinna mieć problemów z zapewnieniem załóg dla nowych jednostek ani z przyswojeniem nowego typu okrętów, jako że od lat opiera swe siły eskortowe na użytkowaniu pochodzących z ”drugiej ręki” okrętów pochodzenia brytyjskiego czy holenderskiego, używających podobnego wyposażenia i uzbrojenia. Krótki czas dzielący zakup od przejęcia okrętów jest też związany z faktem posiadania załóg po wycofanych ze służby fregatach przeciwlotniczych typu Jacob van Heemskerck, po których też nowe fregaty przejęły swe chilijskie nazwy. Z wycofanymi fregatami zastępujące je jednostki dzielą też większość systemów uzbrojenia a szczególności pociski rakietowe, choć nowe okręty dysponują rakietami Evolved Sea Sparrow Missile w miejsce Sea Sparrow na poprzednikach.

Oba okręty były rozważane przez nasz rząd jako możliwe „rozwiązanie pomostowe” w programie Miecznik. Ich zakup został jednak zaniechany ze nie do końca znanych przyczyn oraz kontrowersyjnych decyzji politycznych. Mimo dużego entuzjazmu MON oraz zaangażowania w tą sprawę Prezydenta RP, jak również szansę dla MW RP na pozyskanie dodatkowego wzmocnienia potencjału Polska wycofała się ze swojej propozycji zakupu w dość nieoczekiwany sposób. Przyczyn tej decyzji można upatrywać m.in. w dużej aktywności medialnej w tej sprawie Ministerstwa Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej oraz licznych nie do końca zasadnych i prawdziwych spekulacji na temat  ich przeżywalności, na akwenie takim jak Morze Bałtyckie, w czasie konfliktu zbrojnego oraz, co ważniejsze, na całkowity brak możliwości zaangażowania polskiego przemysłu obronnego w proces ich eksploatacji.

Powyższe można jednak ocenić jako daleko idące spekulacje, ponieważ ze znanych nam informacji jasno wynika, że polski przemysł stoczniowo-zbrojeniowy (PGZ SA oraz PGZ SW) był zainteresowany przejęciem od Australijczyków wszystkich technologii i wiedzy niezbędnych do kompleksowego przeprowadzania remontów, przeglądów dokowych jak to ma miejsce w przypadku posiadanych już fregat typu O.H.Perry, co stanowiłoby istotną korzyść dla polskiego przemysłu. Dodatkowo w tym miejscu warto wspomnieć, że mimo krytyki, fregaty te byłyby najlepiej uzbrojonymi okrętami MW RP do prowadzenia szerokiego spektrum działań w operacjach zarówno poniżej progu wojny jak również podczas konwencjonalnych działań zbrojnych. Wielu ekspertów zajmujących się bezpieczeństwem morskim uważa, że okrętów klasy fregata Polska potrzebuje przynajmniej 4 do 6. Zatem najbardziej zainteresowani nie traktowali tego rozwiązania pomostowego jako zagrożenie dla pozyskania nowych jednostek.

Oczywiście ostateczną ocenę przydatności tych fregat, wyda ich dalsza służba, ale w innym państwie.

Porzucając wątek zasadności, czy też braku uzasadnienia zakupu okrętów z „drugiej ręki”, należy jednak stanowczo wyartykułować ważniejsze pytanie: „dlaczego do dzisiaj (po upływie prawie dwóch lat) nie zapadła decyzja o zakupie i budowie nowych okrętów tej klasy?” oraz „czy dostawa może być  zrealizowania przez polskie stocznie?”.

Jeśli swoje okręty bojowe, budują takie „potęgi stoczniowe” jak Malezja, Indonezja, Indie czy Myanmar to czemu nie ma się to nie udać w Polsce, mającej wiele doświadczeń z zakresu okrętownictwa? Warunkiem koniecznym powodzenia takiego przedsięwzięcia jest stabilne finansowanie oraz pozyskanie technologii i wiedzy w zakresie budowy konkretnego projektu okrętu. O ile to drugie nie jest problemem, bo wiele firm zagranicznych posiadających takie technologie i wiedzę jest zainteresowanych współudziałem w programie Miecznik, to zawsze wspomina się o trudnościach z finansowaniem takiego zakupu.

Wbrew oczywistym potrzebom utrzymania należytego poziomu bezpieczeństwa morskiego oraz doświadczeniom w zakresie pozyskiwania finansowania, kolejni decydenci unikają odpowiedzialności za podjęcie decyzji o zakupie i zapewnieniu mu źródeł finansowania. Wspomniane doświadczenia to m.in. zakup samolotów F-16, który odbył się w „systemie ratalnym” oraz zakup samolotów dla VIP, który wiązał się z wielkimi kwotami, wzbudził wiele kontrowersji (o których już dziś nikt nie pamięta) a da w rezultacie państwu polskiemu niezwykle potrzebne i użyteczne wyposażenie. Dlaczego więc nie mamy, jako państwo z aspiracjami bycia ważnym międzynarodowym podmiotem, aspiracji aby zapewnić sobie jedno z najbardziej użytecznych i bezpiecznych w użyciu narzędzi politycznych jakim jest sprawna i nowoczesna marynarka wojenna?

To właśnie brak odwagi w podjęciu decyzji wydaje się być czynnikiem decydującym o obecnym upadku Marynarki Wojennej. Jest on tym bardziej widoczny obecnie, gdy jak nieoficjalnie wiemy polski przemysł przygotował propozycję budowy fregat w polskich stoczniach, w oparciu o sprawdzony projekt i ze wsparciem doświadczonego partnera przemysłowego. Co więcej, współpracujące podmioty przemysłowe pozyskały zewnętrzne źródło finansowania, które pozwoliłoby Polsce znacząco odroczyć płatności. Jeśli podjęto by decyzję w najbliższych miesiącach, to nowe fregaty mogłyby wchodzić do służby w momencie wycofywania  naszych fregat typu O. H. Perry planowanego w latach  2024-26. Przy szacunkowym koszcie   zamówienia (4 okrętów) około 8 mld PLN (z czego cześć wróci do budżetu w formie podatków) ich wydatkowanie w sektorze stoczniowym i obronnym pozwoli również na zaoszczędzenie znacznych sum na kosztach pomocy publicznej i socjalnej w przypadku upadłości przedsiębiorstw tej branży. Ponadto wprowadzenie nowych, obsługiwanych w Polsce fregat, z mniejszymi załogami, nie wymagających remontów przez firmy z USA, pozwoliło by na zaoszczędzenie funduszy na kosztach ich eksploatacji oraz wprowadziło by nowe standardy, nie tylko w przemyśle zbrojeniowym ale również w całych Siłach Zbrojnych. Wydaje się, że państwo polskie, zdolne do zakupu za 2,5 mld PLN 5 samolotów pasażerskich, nie powinno mieć problemu z zaplanowaniem już dziś wydatku 8 mld na 4 nowoczesne okręty bojowe.

Zakup nowoczesnych fregat jest bowiem koniecznością, której nie da się uniknąć. Modernizacja Marynarki Wojennej nie jest tylko zachcianką grupy marynarzy, ale obowiązkiem który musimy wypełnić jeśli chcemy aby Polska miała możliwość ochrony naszych transportów na międzynarodowych szlakach morskich wraz z innymi sprzymierzonymi siłami NATO i UE nie tylko w czasie konfliktu zbrojnego (na który gotowe powinny być pozostałe rodzaje sił zbrojnych), ale zwłaszcza w trakcie kryzysu czy pokoju, (którego zachowanie jest celem sił zbrojnych a nie jak to się niektórym wydaje wygranie przyszłej wojny).  Ze względu na międzynarodowy charakter mórz i oceanów (oraz wolność przepływu) to właśnie Marynarka Wojenna ma największe możliwości i swobodę działania w zakresie zapobiegania konfliktom zbrojnym.  W tym samym w czasie, gdy wybraliśmy wymianę podwodnej części floty na okręty używane, nie mamy moralnego prawa nie zmodernizować nawodnej części floty z użyciem, nowoczesnych fregat. Polska to nie Australia ani Chile i odwrotnie. Jednakże tak jak Australia, Chile oraz inne kraje morskie mamy dostęp do morza i podobnie jesteśmy uzależnieni od wymiany handlowej drogą morską, co więcej prowadzonej często z wykorzystaniem tych samych międzykontynentalnych szlaków żeglugowych.

Podpis: TW