Foto. Stocznia Wojenna

Kolejne obostrzenia dotyczące kontaktów między obywatelami dotykają również przemysł stoczniowy, uniemożliwiając właściwie remonty i budowę nowych jednostek pływających. Warto zatem już teraz opracować plany wspomożenia tej gałęzi gospodarki na „czasy po Koronawirusie”, tak aby nieuchronny kryzys trwał jak najkrócej a jednocześnie wykorzystać go jako szansę na trwałą poprawę kondycji polskich stoczni.

Znana biznesowa zasada mówiąca, że okres prosperity wykorzystać powinno się do ekspansji i tworzenia rezerw, a okres kryzysu do restrukturyzacji i głębokich zmian, powinna znaleźć zastosowanie również w odniesieniu do polskiego przemysłu stoczniowego w obecnym czasie epidemii. Oczywiście trudno wskazać w ostatnich latach jakikolwiek okres hossy w odniesieniu do polskiego przemysłu stoczniowego, a w szczególności w zakresie produkcji na potrzeby obronne. Nie powinno to jednak spowodować rezygnacji z wykorzystania obecnego kryzysu, jako szansy na dokonanie gwałtownego skoku technologicznego. Pandemia i jej skutki gospodarcze, powodująca zaprzestanie większości działań wytwórczych, braki w dostawie komponentów i podzespołów, trudności z transportem części i materiałów, problemy wywołane ograniczeniem przemieszczania się, spowodują na pewno głęboką zapaść ekonomiczną większości sektorów polskiej gospodarki. W przypadku przemysłu stoczniowego, borykającego się od wielu lat z brakiem zamówień wojskowych i niewielkim portfelem kontraktów cywilnych i zatrudniającym przez to coraz mniejsze stany osobowe, obecny kryzys może być impulsem do wprowadzenia poważnych zmian w jego działalności, możliwych do wprowadzenia w końcowej fazie epidemii (opracowanie koncepcji, planu działania, wskazanie dziedzin strategicznych, które zamierzamy rozwijać, wybór strategicznych partnerów zagranicznych, czyli kolokwialnie mówiąc „cała papierkowa robota” polegająca na czytaniu, analizie i opracowywaniu dokumentów) i powodujących osiągnięcie gotowości do działania już w pierwszych dniach po pandemii.

Pamiętając o tym, że większość polskich stoczni jest własnością skarbu państwa lub państwo jest znaczącym ich udziałowcem, można założyć, że koszty całkowitego upadku branży, spadną właśnie na głównego właściciela. Ponadto państwo będzie zmuszone do pomocy finansowej większości gałęzi gospodarki narodowej, w ramach wszelkiego rodzaju „tarcz antykryzysowych”. Jeśli więc pomoc gospodarcza dla przemysłu stoczniowego (zakładając że chcemy utrzymać branżę zatrudniającą bezpośrednio 37 000 osób) jest nieunikniona, należy już teraz zaproponować takie rozwiązania, aby obecny kryzys był jednocześnie początkiem nowego myślenia o polskim stoczniowym przemyśle zbrojeniowym. Inwestycje sektora publicznego w dobie kryzysu są w stanie napędzać gospodarkę i kreować koniunkturę, zastępując niejako inwestycje podmiotów prywatnych, dużo ostrożniejszych w dobie kryzysu, gdyż nie posiadających tej skali rezerw lub wiarygodności kredytowej..

Przewidywana pomoc państwa dla tej branży może mieć kilka wymiarów, bardziej lub mniej bezpośrednich. Możliwe są zatem dopłaty do wynagrodzeń, zwolnienia z podatków  i  innych kosztów pracy czy gwarancje rządowe dla kontraktów krajowych i eksportowych. Takie wydatkowanie pomocy gospodarczej pozwoliłoby na uzyskanie korzyści w wielu dziedzinach takich jak: wzrost potencjału operacyjnego Marynarki Wojennej, zapewnienie zatrudnienia dla przynajmniej większej części z pośród 30 000 osób obecnie zatrudnionych w branży, pozyskanie nowoczesnych technologii produkcyjnych oraz wiedzy jak zarządzać tak dużym programem. Ponadto mowa o środkach, które są już niejako przewidziane do wydania w przyszłości w ramach Planu Modernizacji Technicznej, tak więc jedynym problemem jaki należałoby rozwiązać jest ich obecna dostępność, zapewnienie pewności ich wydatkowania i konsekwencja w realizacji zawartych umów.

W tym aspekcie warto zwrócić uwagę na potencjalne korzyści ekonomiczne mogące wyniknąć z realizacji programu Miecznik, jako tego projektu „morskiego, który niesie za sobą największą wartość dodaną dla polskich firm. Zapewnienie trwającego co najmniej dekadę zlecenia pozwoliłoby nie tylko zabezpieczyć wiele firm sektora przed bankructwem i tym samym ochronić tysiące miejsc pracy, ale również wpłynąć pozytywnie na rozwój kompetencji branży. Patrząc na przykłady innych państw można ocenić, że budowa czterech okrętów tej klasy zapewniłaby pracę około 2000 pracownikom bezpośredniej produkcji nie tylko w stoczniach, ale także w firmach kooperujących (dodatkowe moce produkcyjne, wyposażenie okrętowe i podsystemy walki). Trudno zlekceważyć także pozytywny efekt ekonomiczny związany z realizacją kontraktu o wartości co najmniej 6 mld PLN, z której to sumy znaczna część trafiłaby do polskich przedsiębiorstw. Poprawiłoby to sytuację nie tylko PGZ (możliwego i prawdopodobnego głównego  wykonawcy), ale przede wszystkim szeroko rozumianego ekosystemu gospodarczego związanego z pomorskimi stoczniami. Warto pamiętać, że miejsce pracy w PGZ Stoczni Wojennej, Naucie czy Remontowej, generuje kilka kolejnych w bezpośrednim otoczeniu biznesowym, tj. firmach kooperujących. Realizacja programu otworzyłaby przed nimi również możliwe i prawdopodobne szanse eksportowe, co gwarantowałoby kontynuację działalności produkcyjnej o dużej skali także w kolejnych latach po zakończeniu polskiego programu (niezależnie od wsparcia dla polskich okrętów). Biorąc pod uwagę inne pośrednie efekty ekonomiczne (m.in. wytworzenie narodowego łańcucha dostaw materiałów i usług) program mógłby stać się dla Trójmiasta tym, czym dla regionu Stalowej Woli uratowanie i odbudowa działalności Huty Stalowa Wola (dzięki realizacji dużych programów modernizacyjnych Wojsk Rakietowych i Artylerii) czy dla Bydgoszczy, działalność silnych ekonomicznie Wojskowych Zakładów Lotniczych nr 2 – obie firmy działają głównie w oparciu o zamówienia z MON. Może być również elementem szerszego planu gospodarczego, ożywiającego gospodarkę narodową, gdyż wydawane w Polsce, np. na Pomorzu środki publiczne trafią zasilą pośrednio również m.in. branże  usług, spożywczą, a nawet edukację, czy ochronę zdrowia.

Obecnie, gdy polski przemysł wdraża mniejsze elementy programu operacyjnego „Zwalczanie zagrożeń na morzu”, takie jak niszczyciele min typu Kormoran II, czy jednostki pomocnicze, powinno nastąpić przejście do większych, ambitniejszych i bardziej skomplikowanych programów budowy podstawowych okrętów bojowych. Potencjał militarny Marynarki Wojennej powinien zawierać realne zdolności do realizacji polskich interesów na morzu. Bez nowoczesnych fregat i okrętów podwodnych polskie siły morskie nie będą w stanie aktywnie wpływać na stan bezpieczeństwa Polski, a jedynie  będą posiadać zdolności do reaktywnego reagowania na sytuacje wygenerowane przez inne podmioty polityki międzynarodowej.

I na koniec coś co dziś jeszcze może wydawać się zbyt nierealistyczne, ale w czasach „po pandemii” może być akceptowalne, pod warunkiem ze ktoś z taką ideą wystąpi. Jeśli jesteśmy w stanie dziś uznać za zrozumiałe unijne dofinansowanie do projektów z dziedziny bezpieczeństwa publicznego, ochrony zdrowia czy edukacji, to może czas na to, aby realizując wsparcie krajów członkowskich, oraz szeroko rozumianego europejskiego przemysłu stoczniowego, w tych trudnych czasach spowodowanych pandemią, wystąpić z ideą finansowania części wydatków zbrojeniowych ze wspólnych funduszy przewidzianych na współpracę przemysłową. Być może proponowany mechanizm, podobny do występującego w innych dziedzinach gospodarki, gdzie unijne dofinansowanie na poziomie kilkudziesięciu procent kosztów programu, inspiruje inwestorów do znalezienia pieniędzy na „narodową” cześć  kosztów i tym samym w efekcie doprowadza do realizacji programów, które nigdy nie byłyby podejmowane ze względu na brak woli, środków lub idei, pozwoliłby na ożywienie europejskiego przemysłu stoczniowego, oraz nadgonienie coraz większego dystansu dzielące siły morskie państw europejskich do coraz większych marynarek wojennych Chin czy USA.

Podpis: TW