Fot. zespół okrętów NATO

Ostatnie dni udowodniły, że w Polsce oprócz milionów trenerów-selekcjonerów piłkarskich, jest również szerokie grono znawców problematyki Marynarki Wojennej, zarówno w aspektach historycznych jak i współczesnych.

Ogłoszona przez MON decyzja o zamiarze szybkiego przeprowadzenia zakupu fregat Miecznik, wywołała szereg komentarzy u wielu osób na co dzień stykających się z problematyką wojennomorską, stoczniową czy militarną. Jakość większości z tych komentarzy i opinii (dość powierzchownych) jest dowodem na to, że „marynarze wojenni” nie potrafili znaleźć przez lata sposobu ma przedstawienie wizji tego rodzaju sił zbrojnych, która trafiłaby do ogółu społeczeństwa oraz do jego elit politycznych i wojskowych. Wina za ten stan rzeczy niewątpliwie leży po naszej stronie.

Dlatego też warto zdaniem autora zawsze i wszędzie uczciwie przedstawiać sens i potrzebę istnienia MW RP, oraz wskazywać na korzyści płynące z jej siły, sprawności i nowoczesności.

Tematem tego artykułu będzie jednak, mimo takiego wstępu, sugerującego analizę porównawczą dwóch podstawowych dziś klas okrętów największych marynarek świata, nawiązanie do historii i próba wyjaśnienia różnic pomiędzy MW II RP i MW III RP. Impulsem inicjującym chęć poruszenia takiego tematu jest dla autora lektura dwóch tekstów, wybitnych przedstawicieli wspomnianych już elit politycznych i wojskowych. Pierwszym z nich (chronologicznie) był artykuł Pana generała broni Waldemara Skrzypczaka „Kilka słów o polskiej Marynarce Wojennej (Opinia)” zamieszczony na jednym z wiodących portali militarnych w dniu 19.03.21. Drugim post Pana Radosława Sikorskiego, obecnego europosła a w przeszłości m.in. ministra obrony narodowej, ministra i wiceministra spraw zagranicznych, z dnia 31 marca zaczynający się od słów: „Pięć, sześć miliard, zero, jeden…” https://m.facebook.com/story.php?story_fbid=3783214625090369&id=134214926657042 poruszający tą samą tematykę.

Lektura obu tekstów sprawiła, że konieczność dotarcia do społeczeństwa z argumentacją przemawiającą za rozwojem sił MW, stała się oczywista. Jeśli bowiem przedstawiciele elit, przygotowani i wykształceni w dziedzinie obronności państwa, z wieloletnim doświadczeniem na najwyższych stanowiskach, używają argumentów przeciwko marynarce na podstawie klęski wrześniowej, nie widząc 80 lat postępu technicznego, innej sytuacji geopolitycznej i innych realiów politycznych, to nie można się dziwić, że MW RP jest w stanie takim jakim jest. Aby nie być gołosłownym pozwolę sobie na przytoczenie kilku wybranych cytatów z własnym komentarzem.

Pan minister Sikorski używa argumentu o nieprzydatności MW w II RP i o niepotrzebnych na nią wydatkach w tym okresie, skoro okręty i tak „ruszyły w kierunku Wielkiej Brytanii” albo zostały zniszczone lub zatopione. Zadaje też pytanie „czy mamy jakiekolwiek interesy poza basenem Morza Bałtyckiego?”. Pyta też „czy najważniejszym zadaniem nie jest aby ochrona polskiego wybrzeża przed desantem z morza?” Udziela też na to pytanie odpowiedzi, że to zadanie wykona zadowalająco artyleria nadbrzeżna. Puentą posta pana ministra jest konstatacja, że w ramach „przeskoku technicznego” powinniśmy zarzucić modernizację marynarki poprzez inwestycje w okręty załogowe i wybrać ponoć lepsze i skuteczniejsze bezzałogowce.

W tym miejscu muszę przyznać, że te tezy, głoszone przez skądinąd bardzo przeze mnie lubianego i szanowanego polityka, spowodowały decyzje o replice. Mając świadomość dysproporcji w wiedzy i doświadczeniu istniejącej pomiędzy autorem tego tekstu a autorem posta, pozwolę sobie jednak dzięki własnemu doświadczeniu w wąskiej specjalizacji zawodowej będącej przedmiotem dyskusji wyjaśnić moje wątpliwości.

Po pierwsze, dziwi mnie brak rozróżnienia odmienności sytuacji polityczno-militarnej Polski we wrześniu ’39 i obecnie. Wówczas byliśmy otoczeni przez dwa państwa wrogie, z których wschodniego sąsiada uważano za bardziej niebezpiecznego i przeciw niemu szykowano PMW. Stąd w składzie floty duże okręty podwodne i duże niszczyciele oraz stawiacz min. One to miały opóźniać lub uniemożliwić przejście w rejon polskiego wybrzeża (o długości 71 km) zespołu sowieckich ciężkich okrętów nawodnych. Miały to uczynić stawiając miny i wykonując szereg ataków torpedowych w czasie marszu tychże okrętów. To wymusiło ich wymiary i parametry techniczne. W przypadku wojny z Niemcami polskie dowództwo realnie oceniało, że nie ma szans na utrzymanie Pomorza i planowało dostawy poprzez… rumuńską Konstancę (stąd ewakuacja niszczycieli do Wielkiej Brytanii). „Dogadania się” obu wrogów nie przewidział nikt… Obecnie Polska ma 6-krotnie dłuższą granicę morską, wiele wymienionych przez ministra interesów na morzu i oparta jest na zachodzie i południu o sojusznicze kraje NATO, oraz przesłaniana na północy przez sojusznicze kraje bałtyckie. Nie widzieć tej różnicy nie można…

Pytanie o interesy poza Bałtykiem jest jeszcze bardziej szokujące. Wszak jesteśmy w Unii Europejskiej a minister Sikorski zawsze był orędownikiem jak największej europejskiej integracji. To co? Jako UE nie mamy interesów poza Bałtykiem? To jak chcemy, oczekujemy pomocy od innych krajów? Włochy, na przykład, mają interesy na Bałtyku? Luksemburg? Portugalia? Tak mają, bo są w UE i są w NATO, więc my mamy interesy na Atlantyku, w Zatoce Gwinejskiej i na Morzu Egejskim. Nie można tego nie rozumieć będąc euroentuzjastą, nie można tego nie rozumieć będąc ministrem obrony i spraw zagranicznych. Nie można tego nie rozumieć należąc do elity intelektualnej i decyzyjnej.

Jeśli więc zadaniem MW ma być „ochrona wybrzeża” (a czemu nie obrona? wszak to nie to samo) to nawet z tak minimalistycznym celem, środkiem do jego realizacji nie może być artyleria nadbrzeżna. Dlaczego? Bo nie istnieje. Istnieje Morska Jednostka Rakietowa, posiadająca dwa nadbrzeżne dywizjony rakietowe. Mogące tylko i aż, zniszczyć lub uszkodzić jednostkę pływającą w odległości powiedzmy około 200 km od stanowiska ogniowego. Aby jednak strzelać do tego „mitycznego desantu Rosjan” na takim zasięgu trzeba go najpierw wykryć, rozpoznać i dopiero wtedy atakować. A i jeszcze jedno do tego momentu dotrwać, nie będąc zniszczonym przez lotnictwo, pociski manewrujące strzelane z okrętów nawodnych i podwodnych, rakiety taktyczne i grupy dywersyjne specnazu. MJR z całym jej potencjałem bojowym, jest wspaniałym multiplikatorem sił okrętowych w czasie wojny, zwiększającym ich skuteczność i efektywność, ale totalnie nie mającym zadań w czasie pokoju. A fregaty posiadają ich wiele, i wiele z nich mogą realizować w celu niedopuszczenia do wojny i konieczności zwalczania desantów. Samo ich istnienie, o ile będą zdolne do prowadzenia strefowej obrony powietrznej na odległościach około 120-200 km i prowadzenia rozpoznania w zasięgu 400-500 km (własne radary i śmigłowce) zmniejsza prawdopodobieństwo konfliktu.

I tu właśnie nawiąże do tytułu artykułu. Przedwojenne niszczyciele oddziaływały ogniowo i operacyjnie na odległość obserwacji wzrokowej i zasięgu armat i torped, czyli na 20 km. Zmieniały sytuację taktyczną i mogły odnosić sukcesy operacyjne w przypadku zniszczenia lub obezwładnienia ważnych celów morskich, ale nie miały wpływu na działania na ladzie  i w powietrzu. Współczesne fregaty, a właściwie fregaty obrony powietrznej, wpływają na sytuacje operacyjną nad północną częścią kraju, mogąc bronić obiektów położonych głęboko na terytorium lądowym kraju, oddziaływać na podobne obiekty przeciwnika, zapewniając świadomość sytuacyjną na zasięgu setek kilometrów. Ich możliwości, w połączeniu z okrętami podwodnymi i MJR tworzą „bańkę antydostępową” A2AD, podobną do tych które Rosja tworzy w obwodzie kaliningradzkimi w rejonie Sankt Petersburga czy Moskwy i które tak nas niepokoją. Tym samym fregaty Miecznik mogą być nową jakością w całych siłach zbrojnych, wielokroć potężniejszą niż Patrioty i Homary, zmieniającą położenie operacyjne Polski. Co ważne będą też wyjątkowo użytecznym instrumentem w czasie pokoju, mogąc realizować zadania poza terytorium Polski (dla przykładu w czasie pokoju, okręt może zbliżyć się bez żadnych warunków formalnych, na 100 km do Petersburga, korzystając z międzynarodowych wód Zatoki Fińskiej, kto jeszcze z naszej armii posiada takie zdolności?).

Co do tezy, że bezzałogoce są idealnym zastępstwem dla okrętów, polecam analizę prac najbogatszej floty świata w tym zakresie oraz ocenę zadań stawianych na dzień dzisiejszy tego rodzaju jednostkom. Mieliśmy już w naszej historii „szogunów” którzy nie widzieli sensu zakupu F16, a później zakupu okrętów co w tym ostatnim przypadku zaowocowało obecnym stanem MW.

Na koniec parę nieistotnych właściwie uwag, ale w myśl zasady, że: „oprócz tego, że ważne jest kto co mówi ważne jest też jakiego słownictwa używa” poprawię parę błędów terminologicznych które znalazły się na Facebooku pana europosła. Nie ma „okrętów ratunkowych” są „okręty ratownicze”, nigdy nie było „korwet obrony wybrzeża” były i są nieszczęsne (nieudane, mylące, eufemistyczne itp.) niestety „okręty obrony wybrzeża” i nie ma „szwadronów lotniczych” są dywizjony lub eskadry. Warto pisząc i mówiąc używać właściwego słownictwa wszak nie zaufalibyśmy np. lekarzowi, gdyby zamiast „amputować” używał jak drwal „odrąbać”.

P.S. Argumenty pana ministra, zarzucające polskiej „wirtualnej operacji obronnej” w trakcie ostatnich „wirtualnych ćwiczeń” totalną „pięciodniową klęskę”, miały by sens, gdyby przytoczono użyte w tej operacji „wirtualne siły” własne i przeciwnika, bez tego to tylko publicystyka.

P.P.S. Proszę o zastanowienie się który kraj w Europie samodzielnie w konfrontacji z Rosją (zakładając, że ma z nią granicę lądową) broniłby się dłużej niż kilka dni? W opinii autora być może Turcja z racji na warunki geograficzne i wielkość armii. Właśnie po to jest NATO aby nie robić tego samodzielnie. W świecie zaś zdolność do odparcia rosyjskiego ataku samodzielnie mają USA, Chiny, Indie.

P.P.P.S. „Niebudowanie lub niekupowanie” okrętów bojowych trwa od czasów rozpadu Układu Warszawskiego i nie jest specjalnością tylko jednego, tego czy innego rządu. Okrętami bojowymi nie są niszczyciele min czy też okręty logistyczne. Jedyna podjęta próba to ORP Ślązak, budowany latami w tym parę lat (2007-2011) w „sposób beznakładowy”. Proszę pomyśleć czy „beznakładowo” można zbudować np. dom jednorodzinny.

Pan Generał Skrzypczak w swoim artykule twierdzi, zgodnie z prawdą zresztą, że „z punktu widzenia operacyjnego zadania polskich wojsk lądowych i sił powietrznych są niewspółmiernie większe od zadań sił morskich”. I tego skutkiem są mniejsze nakłady na nie niż na siły lądowe czy powietrzne. Dlatego też finansowanie znalazła „flota holowników redowych” (sic!) i „rodzina niszczycieli min” (sic!). Następnie pan generał przypomina, że MW niewiele osiągnęła w kampanii wrześniowej a marynarze okrętów podwodnych „internowali się” a inni bohatersko ginęli, ale „niestety na lądzie”. Przytaczając „złośliwych lądowców” we Francji wskazuje, że jeden niszczyciel miał wartość 200 armat przeciwpancernych kal. 37 mm a jeden okręt podwodny 250 takich dział.

Mam nadzieję, że przytoczone historyczne cytaty nie są przytaczane jako racjonalne i godne aprobaty, choć takie stwierdzenie autora opinii jak „Brakowało tych armat bardzo w walce z przewagą niemieckich czołgów. W świetle kulisów kampanii wrześniowej argument trudny do zlekceważenia” moją nadzieję rozwiewa. Nie chcąc wchodzić w międzyrodzajowe przepychanki słowne (autor znów jest w dysproporcji stopnia, wiedzy i doświadczenia i znów bardzo ceni i lubi generała Skrzypczaka) należy zauważyć że z klęski wrześniowej można tym torem myślenia wywieść nieprzydatność wojsk lądowych (wszak najdłużej bronili się marynarze), sił powietrznych (nie wykorzystano potencjału nowoczesnych bombowców PZL37), sensowności inwestycji w kawalerię itp..Można też zapytać skąd we Francji i Anglii znaleźli się ci „złośliwi i lądowcy”? Na pokładach niszczycieli (które realizując plan Peking wykonywały rozkazy Naczelnego Wodza, generała) nie przypłynęli…. Mimo to nikt nie zarzuca lądowcom i lotnikom tego, że przegrali kampanię wrześniową wiedząc, że bili się z dwiema największymi armiami świata. Tymczasem fakt że MW, mająca raptem 30-50 kilometrową „głębię operacyjną” na lądzie, utraciła zdolność korzystania z baz, notabene nie wspartych przez armię „Pomorze” wszystkich niezmiennie dziwi.

Przechodząc jednak do spraw współczesnych, generał Skrzypczak znajduje u marynarzy chęć prowadzenia operacji na Atlantyku oraz zamiar strzelania pocisków manewrujących z operujących na tym oceanie okrętów podwodnych na cele położone w Moskwie. Twierdzi też, że na Atlantyku wielkie floty będą realizowały operacje mające „tylko pośredni wpływ” na działania w Europie Wschodniej. W dalszej części artykułu poleca wzorowanie się na siłach morskich Finlandii i Szwecji, a zatem użycie stawiaczy min i lekkich nawodnych sił uderzeniowych. Postukuje też uniwersalność małych jednostek łączących np. działania minowe i zwalczanie OOP. Jednocześnie zauważa odmienność ukształtowania naszych wybrzeży i wybrzeży obu wspomnianych państw. Trafnie definiuje zadania MW jako zdolność do: „realizacji połączonych operacji w rejonie Morza Bałtyckiego. W ramach wspólnych operacji morskich jak i operacji lądowo-morskich”: „MW według pana generała ma być zdolna w pierwszej [fazie? T.W.] operacji morskiej do zwalczania sił morskich przeciwnika w jego bazach, na redach i w czasie wyjścia w ramach tworzenia zgrupowań do działań. Być w gotowości do zwalczania zespołów morskich przeciwnika w czasie przejścia morzem głównie w kierunku zachodnim jak i do walki z jego zespołami desantowymi oraz zespołami osłony tychże. Utrzymania kluczowych szlaków morskich dla zaopatrzenia sił walczących na teatrze działań. Ochrony konwojów. Osłony własnych baz morskich i portów handlowych istotnych dla zaopatrzenia wojsk”.

W argumentacji tej jednak są pewne nieścisłości. Otóż operacje na Atlantyku wykonywane przez wiodące floty NATO będą miały na celu zapewnienie niezakłóconego przepływu sprzętu, ludzi i materiałów wojennych do Europy a docelowo na front (czyli do Europy Wschodniej). To jest sens i istota NATO a nie „tylko pośredni wpływ”.

Zauważone przez pana generała koncepcje strzelania rakietami manewrującymi przez MW, faktycznie miały miejsce w przestrzeni medialnej (sam autor niniejszej repliki zapoczątkował jako pierwszy tę dyskusję artykułem „OPNT – miecz rakietowy Sił Zbrojnych RP”? w WTO Raport 9/2012), nikt jednak poza „internetowymi ekspertami”, nie postulował ich użycia z oceanów. Nie miałoby to sensu operacyjnego (wsparcie logistyczne), technicznego (niewystarczający zasięg pocisków) ani politycznego (przelot pocisków w przestrzeniach państw neutralnych). Pociski tego rodzaju dałyby możliwość okrętom operującym z Bałtyku na sięganie dalekich celów głęboko w terytorium „potencjalnego przeciwnika”. MW RP zyskała by tym samym (a właściwie całe siły zbrojne) oręż przewyższający wszelkie JASSM-y czy ATACMS-y.

Najbardziej zdumiewające jest jednak trafne określenie zadań MW i wskazanie do ich realizacji sił wzorowanych na skandynawskich państwach neutralnych, operujących w innym środowisku politycznym i geograficznym. Trzeba zatem stwierdzić, że przy pomocy sił takich jakie postuluje pan generał, nie da się zrealizować takich zadań a zwłaszcza w naszej części Bałtyku. Jedynym państwem skandynawskim, które może być wzorem dla nas jest Norwegia, posiadająca fregaty obrony powietrznej typu Fridtjof Nansen i OOP typu Ula. Innym mitem powielanym przez autora jest wiara w możliwość budowy małych skutecznych wszechstronnie uzbrojonych jednostek do wszystkiego. Nikomu w świecie to się nie udało, a zdolności potrzebne do realizacji szerokiego spektrum zadań mają okręty coraz większe, właśnie fregaty i niszczyciele. Okręty mogące oddziaływać daleko w głąb lądu i rozciągać nad wielkimi jego obszarami parasol Obrony powietrznej niezależnie od warunków pogodowych przez bardzo długi czas.

Podsumowując powyższe, można zaryzykować twierdzenie, że nowoczesne spojrzenie na MW RP powinno w pierwszym względzie polegać na jej postrzeganiu jako najlepszej siły zdolnej w czasie pokoju do realizacji polityki sojuszniczej środkami militarnymi.  A w czasie konfliktu kluczowego elementu tworzącego obronę północnej części Polski. Co najważniejsze jednak postrzeganie MW powinno ewoluować w kierunku uznania jej za czynnik zmieniający sytuację strategiczną Polski w sposób drastycznie zmniejszający wystąpienie zagrożenia konfliktem zbrojnym. Zdolność do stworzenia własnej strefy A2AD oraz zdolność do eliminacji takiej strefy tworzonej w obwodzie Kaliningradzkim powinna być naszym narodowym poziomem ambicji.

Jeśli takie spojrzenie na MW jest obce tak wybitnym postaciom świata polityki i wojskowości, jeśli nawet obaj Panowie nie potrafią oderwać się od, właściwie radzieckich stereotypów nt. roli sił morskich, to trudno wymagać od szerokiej opinii publicznej wsparcia i poparcia dążeń modernizacyjnych tego RSZ. Przekonujmy zatem elity i przekonujmy masy do idei silnej MW, bowiem morze to z każdym dniem coraz bardziej kluczowy dla naszego kraju obszar.

P.S. Obu szacownych Autorów pragnę zapewnić o moim głębokim szacunku.

Podpis: Tomasz Witkiewicz