O bezpieczeństwie transportów morskich, kondycji przemysłu stoczniowego w Polsce i istocie Marynarki Wojennej – w wywiadzie dla Portalu Stoczniowego mówi Poseł Kacper Płażyński.

M.D. Podczas ostatniego posiedzenia SKON zwrócił Pan Poseł uwagę na istotny problem bezpieczeństwa transportów morskich. Czy jako parlamentarzysta z Pomorza nie uważa Pan, że zarówno w Stolicy jak również w szeregach MW ciągle zbyt słabo to wybrzmiewa, a bezpieczeństwo morskie rozumiane jest tylko w kontekście wojny?

K.P. Najważniejsze, że resort obrony to rozumie, co potwierdził przyjęty ambitny plan modernizacji MW na lata 2021 – 2035. Zgadzam się, że nie jest to wiedza wśród polityków powszechna, nawet tych zasiadających w Komisji Obrony Narodowej.

Nasze porty przeskakują kolejne oczka w rankingach wielkości przeładunków. Dla Polski ma to bardzo wymierny efekt – dziesiątki miliardów złotych z podatków. Bogatsi o doświadczenia ukraińskie, łatwo możemy sobie wyobrazić sytuację, w której, decyduje się zdestabilizować sytuację w naszym kraju poprzez nawet nieporywanie a uszkadzanie jednostek, które zmierzają do polskich portów. Wykorzystuje się do tego najemników udających piratów u wybrzeży szlaków handlowych Afryki. W stosunkowo krótkim czasie mógłby nas pozbawić tych pieniędzy a przy okazji dostępu do krytycznych surowców czy materiałów, bo zabraknie chętnych dostawców. Nie żyjmy złudzeniami. Bez naszej obecności na niepewnych wodach w ramach sojuszniczych misji patrolowych nikt nas z takiej opresji nie wybawi. Pakt Północnoatlantycki nie sięga wód międzynarodowych. Jeśli chcemy liczyć na sojuszników w tym względzie sami musimy być w stanie coś im zaoferować.

Podobnych scenariuszy można mnożyć. Inna sprawa to gazociągi, światłowody, niedługo elektrownie wiatrowe – infrastruktura krytyczna na Bałtyku. Ktoś jej musi chronić. Kolejna rzecz: skłonny jestem zaryzykować twierdzenie, że najlepsza kampania reklamowa nie zapewni tego efektu co polska bandera na naszym okręcie. Jeśli chcemy się bezpiecznie rozwijać, to nie mamy wyjścia i musimy posiadać siły morskie na odpowiednim poziomie. Bez silnej Marynarki Wojennej kiedyś przyszłoby nam zapłacić słoną cenę.

M.D. Biorąc pod uwagę powyższe, jaki Pana zdaniem nasza flota odpowiedzialna za ochronę transportu morskiego powinna mieć kształt i jakie zadania należy jej przypisać?

K.P. Nie jestem ekspertem od uzbrojenia, ale wystarczy rozejrzeć się wokół. Państwa z aspiracjami, z rozwiniętą gospodarką morską, posiadają fregaty i inwestują w kolejne. Nie robią tego przecież dlatego, że wystarczyłyby jedynie jednostki typu korweta. Poza tym, chytry traci dwa razy. Fregata z uwagi na swoją wielkość ma ten walor, że z biegiem lat i rozwoju technologii umożliwia jej łatwiejszą modernizację i dostosowanie do bieżącej walki na morzu.

Nie bez powodu Sowieci nigdy nie zgodzili się na to by Polska flota dysponowała okrętami klasy fregata. Chcieli mieć nad nami pełną kontrolę, zarówno nad polskim wojskiem jak i polskimi armatorami. Zapadła decyzja o budowie 3 fregat przez polskie stocznie z udziałem partnera strategicznego z zewnątrz to technologiczna rewolucja. Nigdy dotychczas jednostek bojowych o takim skomplikowaniu nie budowaliśmy. Pod koniec II RP zawarliśmy umowy na ich realizację z Brytyjczykami, ale wojna nie pozwoliła na skonsumowanie kontraktu. Z drugiej strony to decyzja jedynie słuszna, biorąc pod uwagę szeroki wachlarz zadań stojący dziś przed MW, o których już wspominałem. Jeśli Polska utrzyma obecne tempo wzrostu gospodarczego, to również wielkość floty będzie musiała systematycznie rosnąć aby te interesy zabezpieczyć.

M.D. Jak ocenia Pan obecną kondycję przemysłu stoczniowego w Polsce oraz jaki Pana zdaniem impakt na rozwój tego sektora mogą mieć zamówienia państwowe, szczególnie te z MON, tj. wielozadaniowe fregaty?

K.P. Dekoniunktura w przemyśle stoczniowym zaczęła się na długo przed przyjściem koronawirusa, który ją dodatkowo zaostrzył. Zauważalny spadek produkcji węglowodorów pociągnął za sobą spadek realizacji w stoczniach projektów z tym związanych. Odbiło się to również u nas. Nie mówiąc już o tym, co działo się z przemysłem stoczniowym za czasów naszych poprzedników, który doprowadzony nad przepaść miał być ratowany przez „inwestora z Kataru”.

Dziś sytuacja jest dalej bardzo trudna i nie mam złudzeń, bez poważnych zamówień publicznych będziemy świadkami upadku kolejnych stoczni albo ich zupełnej marginalizacji. I nie mam tu na myśli jedynie Stoczni Wojennej, która z uwagi na sposób powstania może realizować jedynie kontrakty dla wojska, ale też stocznie cywilne w tym prywatne. Już jakiś czas temu osobiście informowałem kierownictwo rządu, że czasu jest zbyt mało i decyzje muszą zapaść niezwłocznie, w szczególności program Miecznik właśnie poprzez budowę fregat. Ogłoszenie decyzji o jego realizacji w zapowiedzianym kształcie to była dla mnie wielka ulga.

M.D. Czy polskie stocznie są wstanie sprostać zadaniu i nie powielić błędów przeszłości?

K.P. Projekt jest wielki. Polskie stocznie mają ogromne osiągnięcia jeśli chodzi o budowę statków cywilnych, to jest inna bajka. Jednak to nie będzie tak, że rzucamy się z motyką na słońce. Inwestycja powstanie przy udziale partnera strategicznego, który wedle mojej wiedzy ma nie tylko podzielić się technologią, ale ma pomóc w zbudowaniu całej linii produkcyjnej w polskich stoczniach. Pierwszy okręt będzie najtrudniejszy, bo będzie to nauka dla naszego przemysłu czegoś z czym wcześniej nie mieliśmy w takiej skali do czynienia. Potem już będzie z górki.

Dobry kontrakt, odpowiedzialny partner strategiczny, zabezpieczenie finansowania i ciągłość polityczna. Od tej ciągłości zależą pozostałe punkty. Jeśli będzie zachowana to jestem przekonany, że już za kilka lat będziemy cieszyć się z pierwszej fregaty.

M.D. Jakie problemy i zagrożenia dla zapowiedzianego przez MON (po raz kolejny) Pan widzi w procesie realizacji tego ambitnego programu skomplikowanych okrętów?

K.P. Poza tymi, o których wspomniałem wyżej, to naturalnie przy tej skali inwestycjach o znaczeniu strategicznym, osłona kontrwywiadowcza będzie kluczowa. Musimy zdawać sobie sprawę, że zarówno nieprzyjaciel militarny, ale też inne państwa, które posiadają silny przemysł stoczniowy i sprzedają okręty komercyjnie, będą walczyć o to by nam się nie udało. Z jednej strony dlatego, gdyż chciałyby je wybudować za nas, z drugiej dlatego, że nie chciałyby żebyśmy zyskali takie kompetencje i stali się dla nich konkurencją na rynku.

Musimy zdawać sobie sprawę, że to sprawa fundamentalna dla naszego bezpieczeństwa.

Podpis: Mariusz Dasiewicz