Foto. portalstoczniowy.pl

Tradycyjne uroczystości Święta Marynarki Wojennej, obchodzonego w ostatnią niedzielę czerwca, odbyły się w piątek i z powodu pandemii nie towarzyszyły im pokazy lub parada morska. Jedynie ORP Ślązak wraz z holownikiem H-1 Gniewko zacumowały przy nabrzeżu Skweru Kościuszki. Nie zwalnia to jednak z zadania kilku pytań o przyszłość sił morskich, także w kontekście ogłoszonej niedawno nowej Strategii Bezpieczeństwa Narodowego.

Nowa Strategia, w przeciwieństwie do poprzedniego, praktycznie ignorującego bezpieczeństwo morskie państwa, dokumentu zawiera szereg odwołań do Marynarki Wojennej. W szczególności określa ona że należy  “Dążyć do budowy zdolności do pełnej ochrony i obrony interesów morskich państwa, zwłaszcza zdolności operacyjnych Marynarki Wojennej, oraz wzmocnienia jej współdziałania w układzie sojuszniczym i regionalnym”.

Ponadto, wskazano także szereg zadań związanych z bezpieczeństwem energetycznym i rozwojem gospodarczym. Jako ważne zadania w tej pierwszej sferze wskazano w niej „podniesienie zdolności odbiorczych terminala LNG w Świnoujściu”,  „budowę terminala LNG w Zatoce Gdańskiej”  (będzie to instalacja pływająca)  czy ułożenie gazociągu Baltic Pipe. W szerszej perspektywie zgodnie ze strategią należy także „wykorzystywać potencjał i szanse wynikające z nadmorskiego położenia Polski” oraz rozbudować porty morskie, zarówno te ujęte w sieci bazowej TEN-T oraz regionalne. To także znaczący postęp w porównaniu z dokumentem poprzednim, traktującym bardziej ogólnikowo o wykorzystaniu portów morskich czy dywersyfikacji dróg dostaw surowców energetycznych.

Mając na uwadze  to, że sprawom morskim poświęcono także wcześniej odrębny i obszerny dokument jakim jest Strategiczna Koncepcja Bezpieczeństwa Morskiego a sprawy morskie stają się wyraźnie częściej poruszane w debatach na temat bezpieczeństwa państwa, można uznać że przynajmniej w sferze deklaracji i strategii dokonał się postęp.

Symptomatyczne w tym zakresie są niedawne głosy Polskiego Lobby Przemysłowego czy Rady Budowy Okrętów popierające pozyskanie przez Polskę fregat wielozadaniowych, lub przynajmniej dużych korwet. Jest o tyleż ważne, że przez lata symbolem polskiej niemocy w zakresie budowy okrętów była epopeja Gawrona/Ślązaka. Wrażenie niemocy potęgowało wycofywanie kolejnych okrętów, rozwiązywanie jednostek wojskowych i przyjmowanie – w charakterze rozwiązań w założeniu krótkotrwałych i pomostowych – używanych jednostek z zagranicy. Nie zmieniały tego fragmentaryczne, wyspowe działania modernizacyjne jak dozbrojenie Orkanów, modernizacja śmigłowców Mi-14PŁ czy pozyskanie Nadbrzeżnego Dywizjonu Rakietowego.

Z planów nie pozostało wiele. Osiem lat temu zakładano pozyskanie szeregu nowych okrętów, choć niektóre określenia mogły  zaskakiwać. Takim symbolem wymuszonego okolicznościami terminu stał się „okręt obrony wybrzeża” będący de facto, według pierwotnych zamierzeń korwetą wielozadaniową. Równie nietypowy był „okręt patrolowy z funkcją zwalczania min”. Leksykalna analiza takich nazwy wyraźnie pokazuje że decydenci woleli ograniczenie się tylko do zapewnienia bezpieczeństwa w obszarach przybrzeżnych. Smutnym przykładem takiego ograniczenia był niesławny zapis w Białej Księdze Bezpieczeństwa Narodowego, zawężający rolę floty wojennej przede wszystkim do obrony wód terytorialnych.

Także teraz w zbliżającą się sto drugą rocznicę utworzenia Marynarki Wojennej kondycja tego rodzaju sił zbrojnych nie wygląda najlepiej. Z planów formułowanych przez szereg lat pozostało niewiele. Nawet tamte ograniczone zamiary nie doczekały się pełnej realizacji. Bowiem według planów z roku 2012, w roku 2022 w linii miały być już dwa „Mieczniki” oraz dwa nowe okręty podwodne. W roku 2030 trzy takie okręty byłyby trzonem sił morskich, uzupełnione przez trzy „Czaple” i trzy niszczyciele min o jednostkach wsparcia i zabezpieczenia nie wspominając.

Udało się bowiem z tych planów zrealizować przede wszystkim program budowy niszczycieli min. Jeden okręt jest już w służbie, drugi został zwodowany a trzeci jest w budowie. Pozostałe programy – poza holownikami – nie doczekały się, z różnych powodów, realizacji.

Paradoksalnie, może okazać się, że te opóźnienia okażą się w dziwny i przewrotny sposób korzystne. Plany rozwoju sił morskich były bowiem formułowane w okresie ograniczeń budżetowych, dotykających także inne rodzaje sił zbrojnych, ale Marynarkę szczególnie. Drugim czynnikiem była wyraźna niechęć do rozwoju konwencjonalnych sił zbrojnych. Postrzegano bowiem ówczesne środowisko bezpieczeństwa z perspektywy zarówno wydarzeń jak i modnych wówczas koncepcji  lat dziewięćdziesiątych i pierwszej dekady  dwudziestego pierwszego wieku a więc głównie działań ekspedycyjnych: stabilizacyjnych, pokojowych i antyterrorystycznych. Natomiast w zakresie dostrzeganego potencjalnego zagrożenia ze strony Rosji zakładano przeskok generacyjny do świata wojny cybernetycznej i środków bezzałogowych. Tymczasem stało się jasne że rywalizacja państw, także przy wykorzystaniu sił zbrojnych – choć wykorzystywanych w rozmaity sposób nie tylko podczas otwartego konfliktu ale także w zakresie tzw. „wojny hybrydowej” nie tylko nie ustała ale przybrała na intensywności. To oznaczało konieczność pozyskania nowych, bardziej adekwatnych do takich potrzeb narzędzi.

Swoistym probierzem takiego postrzegania stała się sprawa fregat typu Adelaide. Zamiar pozyskania dwóch takich okrętów z punktu widzenia wojskowego należy ocenić jako wysoce racjonalny i pozwalający na szybkie pozyskanie nowych zdolności, choćby w zakresie obrony przeciwlotniczej. Tymczasem w krytyce zakupu oprócz mitu o okrętach rzekomo „za dużych na Bałtyk” akcentowano właśnie to że są to okręty używane – zapominając że pozyskanie nowych zajęłoby wiele lat. Przywoływano też jako argumenty przykłady działań na Bałtyku w roku 1939 czy wręcz z wojny falklandzkiej, zapominając o tym że były to sytuacje skrajnie odmienne od tych które należy rozważać obecnie.

Fakt jednak wykrystalizowania się nowych zagrożeń, ujawnienia mechanizmów – obecnych i spodziewanych przyszłych  – działania potencjalnego przeciwnika pozwala jednak teraz na nowe spojrzenie na zadania sił morskich i uwolnienie się od narzuconego  balastu „obrony wybrzeża”.

W szczególności należy zwrócić uwagę na potencjalne możliwości jakie dało by spełnienie – już wyrażonych choćby w Strategicznej Koncepcja Bezpieczeństwa Morskiego wizji pozyskania fregat rakietowych. Trzy lub cztery takie okręty, zdolne nie tylko do zwalczania celów nawodnych i zwalczania okrętów podwodnych ale przede wszystkim do zapewnienia strefowej obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej. Mając na uwadze znane już możliwości okrętów tej klasy – choćby duńskich Iverów czy niemieckich Sachsenów – oznaczać to będzie znaczące wzmocnienie polskiego potencjału obronnego w ogóle. Podobnie sprawa wygląda gdy pozyskane zostaną nowe okręty podwodne – nawet jeśli z przyczyn finansowych byłoby to wciąż rozwiązanie pomostowe

Trzeba bowiem mieć na uwadze że jeśli naprawdę rozważamy system obronny państwa jako zbiór połączonych ze sobą i wzajemnie uzupełniających się komponentów, to nie można traktować sił morskich jako oderwanych od pozostałych domen. I nie chodzi tu o wspomniane już trzymanie się na siłę brzegu. Obecność okrętów – czy to nawodnych czy podwodnych – pozwala bowiem zdobywać cenne informacje na temat sytuacji w obszarze Bałtyku lub jeśli zajdzie taka potrzeba na innym oddalonym międzynarodowym obszarze morskim wpływające na całokształt działań w regionie.

Czym innym jest bowiem sytuacja w której niewielkie siły morskie złożone w dużej mierze z patrolowców nie są w stanie prowadzić działań w czasie zaostrzającego się kryzysu oraz wojny – gdyż ryzyko zniszczenia ich jest zbyt duże. W sytuacji w której okręty podwodne mogą prowadzić nie tylko skryte rozpoznanie akwenów ale zagrozić mogą żegludze oraz coraz liczniejszym instalacjom podwodnym (np. rurociągom) mogąc przenosić pojazdy podwodne a okręty nawodne mogą  rozłożyć parasol antydostępowy nie tylko nad innymi okrętami ale i obiektami i siłami lądowymi. Same mogą też zadawać uderzenia wrogim celom lądowym.

Sama tylko obecność liczącej się w regionie floty nawodnej i podwodnej wymusza bowiem na przeciwniku posiadanie zasobów niezbędnych by próbować sobie poradzić z zagrożeniem jakie ta flota stawia. Podnosi to znacząco koszt ewentualnej wojny. Tutaj bowiem tysiące czołgów nie zapewnią zwycięstwa. Zgodnie z zasadami odstraszania konwencjonalnego – może to zapewnić bezpieczeństwo Polsce. Ta myśl powinna przyświecać dalszym decyzjom dotyczącym sił morskich.

Autor: Dr Michał Piekarski – pracownik Instytutu Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Wrocławskiego. Zajmuje się analizą taktyki organizacji terrorystycznych, działań antyterrorystycznych, zjawiska „wojny hybrydowej” jak również problematyką bezpieczeństwa morskiego państwa oraz zagadnieniami kultury strategicznej.