Nie wszystkie, ale są statki, które mają duszę. W moim wieloletnim „smyczeniu” się po morzach i ocenach, zdarzyło mi się pracować na takim jednym.  Sagacity, tak nazywał się ten statek. A właściwie tak nazywała się ONA. Sagacity, dźwięczna nazwa i nieco myląca. Bo z żadnym miastem (city) nie ma nic wspólnego. Otóż słowo to, w języku staro-angielskim, oznacza mądrość, dociekliwość a także dyskrecję. I tak nazywał się ten statek z duszą, na którym zdarzyło mi się pracować.

Zaokrętowałem na Sagacity, w Dordrechcie. Dordrecht, to port na południe od Rotterdamu w górę rzeki Mozy a właściwie starej Mozy. Bo ujście Mozy, nad którym leży Rotterdam, zostało w ciągu wieków całkowicie zmienione i nazywa się obecnie Nieuvwaterweg, czyli Nowy Tor Wodny. Natomiast stare ujście jest w tej chwili rezerwatem przyrody i statki tamtędy nie pływają.

Jak przyjechałem taksówką do portu, okazało się, że Sagacity nie stoi przy nabrzeżu, ale jest zacumowana „na beczkach”. Motorówka, jednak już czekała i po chwili znalazłem się na statku. Statek miał już swoje lata a dodatkowo jego konstrukcja była dość starodawna. Szczególnie rufa była dziwna. Jakoś tak podniesiona w górę jak na dawnych hiszpańskich karawelach.

Oczywiście nie tak mocno, ale to przeszkadzało i zwracało to uwagę. I nie bardzo mi się też podobało. Poza tym, mimo tego, że były to już lata dziewięćdziesiąte XX-go wieku, statek nie posiadał żyrokompasu. Wyposażony był, tylko w zwykły, tradycyjny kompas magnetyczny, taki sam jak na dawnych drewnianych żaglowcach. Radar też był tylko jeden i to starego typu. Nie z ekranem podobnym do ekranu telewizorów, które mamy w domach (co już wtedy było normą na statkach), ale był jeszcze starego typu. Ze stożkową tubą nad ekranem, tylko za pomocą, której możliwe było prowadzenie obserwacji na radarze.

Było jeszcze mnóstwo innych rzeczy, które nie przypadły mi do gustu. Toteż przez cały postój w porcie, gdy chodziłem po statku i zapoznawałem się z jego konstrukcją i wyposażeniem, bez przerwy narzekałem. Bo nic na nim mi się nie podobało a wręcz odwrotnie wszystko było nie takie jak potrzeba, wszystko przeszkadzało i doskwierało. W końcu załadunek się skończył (ładowaliśmy cement luzem) i wypłynęliśmy w drogę do Belfastu. Oczywiście nie od razu na morze, bo z Dordrechtu do morza jest dobrych kilka godzin żeglugi starą Mozą, o której wspomniałem wcześniej.

Przy wyjściu z Dordrechtu na rzekę, jest ostry zakręt. Szczęśliwie go wyrobiliśmy jednym ciągiem, bez konieczności manewrowania maszyną wstecz. I po chwili byliśmy już na rzece, w tym miejscu prostej i dość szerokiej. Zgodnie z sugestią pilota, który był na mostku, zacząłem zwiększać obciążenie silnika. Początkowo „wolno naprzód”, a po chwili „pół naprzód”. I gdy statek zaczynał już nabierać prędkości, nagle w siłowni zadudniło, statkiem zatrzęsło a z komina walnął czarny dym. I nastała złowroga cisza. Statek, co prawda płynął nadal inercją i słuchał steru, ale silnik już nie pracował.

Jednak po chwili zaczął zwalniać i tracić sterowność. A silnik ciągle nie dawał się uruchomić. W tym miejscu Moza, akurat jest na tyle szeroka, że można było bezpiecznie zakotwiczyć. Toteż uzgodniliśmy z pilotem, że rzucimy kotwicę, aby statek nie zdryfował na brzeg. I tak też zrobiliśmy. W międzyczasie mechanicy ciągle podejmowali próby uruchomienia silnika. Niestety bezskutecznie.  W końcu nie było wyjścia i trzeba było wezwać holowniki. W pobliżu była stocznia remontowa, w której po pewnym czasie zacumowaliśmy.

Jak się potem okazało, jeden z cylindrów uległ zatarciu. Remont trwał kilka dni i gdy naprawa została zakończona ruszyliśmy znowu w drogę. Tym razem jednak, wiedziałem już lepiej. I na nic już nie narzekałem. A wręcz odwrotnie, chwaliłem starą Sagacity przy każdej nadarzającej się okazji. I muszę przyznać, że tak jak wcześniej nic mi się nie podobało, tak teraz po bliższym zapoznaniu było już inaczej. W praktyce okazywało się, że wszystko, mimo że staromodne, jest dobre i funkcjonalne. Nawet kompas magnetyczny okazał się niemal tak samo dokładny jak nowoczesny żyrokompas. A poza tym w mojej świadomości utrwalało się przekonanie, że to nie jest zwykły, ot taki sobie statek. Bo zrozumiałem, że Sagacity po prostu ma duszę. I zatrzymaniem pracy silnika, dała mi o tym znać. Że nie podoba się jej, jak narzekam i wymyślam. Zamiast chwalić. I do końca moich dni na tym statku byliśmy już w zgodzie. Ja nie narzekałem, tylko chwaliłem.  Bo było za co chwalić. Maszyna się nie psuła, ładunek nie ulegał uszkodzeniu, dopływaliśmy do portu na czas a manewry cumowania i odcumowania przebiegały sprawnie i bez żadnych zakłóceń.

Choć raz jeszcze Sagacity przypomniała mi o swojej rogatej duszy. Choć tak naprawdę, to do dziś dnia nie wiem w czym zawiniłem.  Otóż było tak, że płynęliśmy z Belfastu z powrotem do Dordrechtu, pod balastem. Pogoda nie była najlepsza. O północy jak kładłem się spać już mocno kiwało. Niemniej usnąłem szybko. Jednak nie spałem długo. To była chyba druga godzina jak się obudziłem. Obudziłem się, bo w łóżku nie byłem sam. Czułem, że na moich nogach, ktoś albo coś leży. Zapaliłem światło i zobaczyłem. To była lodówka. Popatrzyłem na szafkę, na której ta lodówka zwykle stała. Na szafce nie było lodówki. Z czego wniosek, że lodówka najzwyczajniej w świecie „skoczyła” z szafki do mojej koi. Na szczęście na nogi, bo gdyby gdzie indziej to byłoby gorzej. No i drugie szczęście, że była to mała lodówka. Taka podręczna, na kilka puszek Coca coli. I pech chciał, że w lodówce jedna puszka Coca coli była otwarta. I co gorsza prawie pełna.

Lodówka, gdy spadła na moje nogi, to je trochę pokaleczyła. Ale te skaleczenia nie były głębokie, ot zwykłe obtarcia. Natomiast znajdująca się w puszcze Coca cola rozlała się po całej koi. Nie da się spać w mokrej, lepiącej się od Coca coli pościeli. Toteż musiałem ją wymienić – wszystko, poszwę i prześcieradło. Kto wymieniał pościel, ten wie, że założenie poszwy na kołdrę nie jest łatwe. Ale założenie poszwy na kołdrę w takim sztormie, że fale, które rzucają statkiem są gwałtowne do tego stopnia, że przechył statku wyrywa lodówkę z jej normalnego mocowania i wrzuca do stojącej kilka metrów dalej koi, to już nie tylko nie jest łatwe, ale graniczy z niemożliwością. Ale, jak już mówiłem, w pościeli lepiącej się od Coca coli nie da się spać. Nawet w takim sztormie, jak ten w którym byliśmy.  Więc nie miałem wyjścia. Musiałem pościel wymienić. Zajęło mi to co najmniej godzinę. Potem musiałem jeszcze lodówkę zamocować, bo przecież nie mogłem jej zostawić w koi. Też trochę to zajęło. Jak skończyłem to już świtało …

I to był ostatni „numer”  jaki mi wywinęła Sagacity. Od tego czasu byliśmy już za pan brat …

Podpis: Tadeusz Hatalski, kpt. ż. w.