Foto. Gazprom

17 września br. niemiecki „Die Zeit” informuje o fiasku poufnych rozmów toczonych pomiędzy rządem RFN i administracją Donalda Trumpa. Śledztwo gazety prowadzi do ujawnienia wstydliwych faktów, że wbrew publicznym zapewnieniom o wspólnych interesach Unii Europejskiej oraz lekceważąc zapisy tzw. Dyrektywy Gazowej Parlamentu Europejskiego i Rady 2009/73/WE z dnia 13 lipca 2009r. rząd Angeli Merkel złożył stronie amerykańskiej propozycję wyłożenia miliarda euro na budowę 2 terminali odbiorczych amerykańskiego LNG w zamian za rezygnację USA z nałożenia sankcji na firmy budujące Nord Stream II.

 

Jeszcze 13 września br. niemiecki minister spraw zagranicznych Heiko Maas deklaruje że Niemcy są gotowi zrewidować swoją pozycję wobec NS2 jeśli Rosja nie wyjaśni kwestii otrucia Nawalnego. I długo nie musieliśmy czekać by trzy dni temu, z ust tego samego ministra, usłyszeć zapewnienie „że nie należy pytać czy NS2 zostanie ukończony tylko kiedy”.

Po co zatem Niemcom kolejny rurociąg gazowy skoro istniejące na lądzie systemy przesyłowe są wykorzystywane w zaledwie 2/3 ich przepustowości?

OZE są wspaniałym narzędziem pozyskiwania energii ale niestabilnym bo nie zawsze wieje i nie zawsze świeci. Niemiecka gospodarka to gospodarka przemysłowa, wytwórcza i nastawiona na eksport. To gospodarka potrzebująca dużej mocy zapewnianej w sposób ciągły. A skoro postanowiono o zamknięciu elektrowni atomowych to trzeba je zastąpić elektrowniami na paliwa kopalne, a dokładnie elektrowniami gazowymi które będą stabilizować dostawy z OZE.

Po drugie, zmonopolizowanie systemu dystrybucji gazu w maksymalnie możliwy sposób. I nie ma znaczenia czy to będzie gaz z Rosji czy z USA, najważniejsze żeby przechodził przez „niemieckie wrota”. Dominująca pozycja Niemiec jako dostawcy „alternatywnych” źródeł energii ma zapewnić lewar do oddziaływania na słabsze ekonomicznie kraje i uzależnienie ich gospodarek od „zielonych decyzji” podejmowanych w Berlinie. Inaczej mówiąc, ma to być swoista forma rozbójniczego wymuszania uległości sąsiadów za pomocą narzędzi energetycznych i wpływania na ich konkurencyjność, a raczej brak ze względu na wyższe koszty pozyskiwania energii które będzie można dodatkowo obciążyć opłatami za emisję CO2.

Próba namówienia USA na dostawy LNG do Niemiec w zamian za „rządową łapówkę” to nie tylko paniczna próba ratowania NS2 przed klapą ale przede wszystkim szansa na wymierzenie ciosu w polski system energetyczny i próba wysadzenia Polski z rynku LNG w Europie Centralnej i Wschodniej. Każda szansa na osłabienie zdolności terminalu gazowego w Świnoujściu to wymierny zysk dla gospodarki Niemieckiej i wzmocnienie narzędzi oddziaływania. Nie bądźmy zaskoczeni gdy, zaraz po podjęciu przez rząd ostatecznej decyzji o utworzeniu pływającego terminalu LNG na Zatoce Gdańskiej, nagle uaktywnią się członkowie Greenpeace z zarzutami o szczególnej szkodliwości inwestycji dla środowiska naturalnego.

Mit o Niemcach jako tych niosących sztandar awangardy klimatycznej jest takim samym pustym sloganem jak rzekoma niemiecka jakość. Jedyne co ma znaczenie to utrzymanie dominacji niemieckiej gospodarki w Europie, a do tego jest konieczne narzucenie własnej wizji polityki energetycznej. Nord Stream 2 to też jedno z narzędzi do realizacji niemieckiej doktryny wodorowej w nadchodzących latach.

Budowa gazociągu Baltic Pipe, rozbudowa gazoportu, planowany nowy terminal LNG czy też gigantyczne farmy wiatrowe na Bałtyku spowodują że Polskie wybrzeże i Wyłączna Strefa Ekonomiczna staną się zarówno miejscem rozgrywki energetycznej pomiędzy oboma krajami jak i narzędziem do przełamania osi przepływów handlowych z dotychczasowej dominanty wschód-zachód na kierunek północ-południe. Jedno i drugie zdecyduje na dekady o miejscu Polski w światowym obiegu gospodarczym.

Podpis: ACK