Hiszpański armator zainwestuje 60 milionów euro w technologie LNG

Armator promowy Baleària stawia na ekologiczne rozwiązania. Jak informuje serwis World Maritime News, spółka wyposaży pięć swoich statków napędy zasilane skroplonym gazem ziemnym LNG.
Serwis podał, że inwestycja będzie kosztowała armatora 60 milionów euro i obejmie pięć promów należących do Baleàrii. Chodzi o jednostki Nápoles, Abel Matutes, Sicilia, Bahama Mama oraz Martín i Soler.
Harmonogram inwestycji przewiduje, że układy napędowe statków zostaną wymienione w ciągu pięciu lat. Jako pierwszy silnik LNG otrzyma prom Nápole. Zasilany błękitnym paliwem statek ma wypłynąć na morze w przyszłym roku, a sama modernizacja ma ruszyć jeszcze tej zimy.
Spółka podkreśla, że dzięki wyposażeniu pięciu statków w silniki zasilane LNG flota Baleàrii zredukuje emisję dwutlenku węgla o ponad 45 tys. on. rocznie, a tlenku azotu o 4,4 tys. ton. Ponadto modernizacja ma całkowicie wyeliminuje emisję siarki oraz cząstek stałych przez statki hiszpańskiego armatora.
Serwis World Maritime News podaje, że morska spółka obecnie analizuje dwa kolejne projekty związane z LNG. Armator chce pozyskać dwa statki wyposażone w technologie „smart”. Jednostki mają powstać we włoskiej stoczni Visentini. Z ujawnionych informacji wynika, że pierwszy z nich wejdzie do eksploatacji w lutym przyszłego roku.
Hiszpański armator Baleària planuje, że w ciągu trzech lat będzie miał w użytkowaniu w sumie dziewięć statków zasilanych skroplonym gazem ziemnym LNG.
Źródło: World Maritime News.
Przemysł stoczniowy – więcej wiadomości z branży znajdziesz tutaj.
Grenlandia, USA i Trump. Davos i polityka faktów

Co właściwie miał na myśli Donald Trump, gdy podczas Światowe Forum Ekonomiczne w Davos stwierdził, że Stany Zjednoczone „oddały Grenlandię Danii”? I dlaczego ta teza brzmi efektownie, ale nie wytrzymuje konfrontacji z faktami?
W artykule
Wystąpienie Trumpa podczas Światowego Forum Ekonomicznego znów pokazało, jak swobodnie prezydent USA podchodzi do historii – zwłaszcza wtedy, gdy w grę wchodzi Arktyka. Po II wojnie światowej USA miały rzekomo „oddać Grenlandię” i – jak ocenił Trump – był to ruch „głupi”.
Tyle, że jest jeden zasadniczy problem: Grenlandia nigdy nie należała do Stanów Zjednoczonych.
II wojna światowa i Grenlandia: obecność USA bez prawa własności
Czy amerykańskie wojska były na Grenlandii? Tak.
Czy oznacza to, że wyspa była amerykańska? Nie.Podczas II wojny światowej Grenlandia znalazła się pod tymczasową okupacją wojskową USA, za cichym przyzwoleniem Danii. Cel był prosty i czysto wojskowy: uniemożliwić Niemcom przejęcie kontroli nad wyspą. Gdy wojna się skończyła, Amerykanie zakończyli obecność. Niczego nie „oddawali”, bo nie mieli czego oddawać.
W Davos Trump kilkukrotnie mylił Grenlandię z Islandią, sugerując nawet, że sprawa „Islandii” miała wpływ na wahania amerykańskiej giełdy. Retorycznie to zabieg dobrze znany: uproszczenie i emocjonalny skrót zamiast precyzji. Politycznie jednak padły słowa znacznie poważniejsze – ponowione zostały żądania przejęcia wyspy, uzasadniane „potrzebami bezpieczeństwa”.
Grenlandia pod zwierzchnictwem Danii. Fakty, które zamykają spór
Jak wygląda to naprawdę z punktu widzenia historii i prawa?
Grenlandia pozostaje pod zwierzchnictwem Danii od XVIII wieku. Jej status ewoluował: od kolonii, przez stopniowe włączanie do struktur państwa, aż po szeroką autonomię w ramach Królestwa Danii. Kluczowe były lata 1979 i 2009, gdy rozszerzono zakres samorządności wyspy. Sprawy polityki zagranicznej i obronnej pozostały jednak w gestii Kopenhagi.
I tu pojawia się wątek, o którym mówi się rzadziej.
Nie chodzi już wyłącznie o Grenlandię jako terytorium. Chodzi o język, jakim Trump opisuje Arktykę.W tej narracji Arktyka przestaje być przestrzenią umów i partnerstwa. Zaczyna być postrzegana jako zasób strategiczny. Historia, traktaty i status prawny schodzą na dalszy plan. Liczy się położenie, infrastruktura i potencjał wojskowy. To nie zapowiedź realnej aneksji, lecz sygnał, jak Waszyngton – przynajmniej w trumpowskiej wersji – widzi dziś północ: jako strefę rywalizacji, nie współzarządzania.
W tym sensie Grenlandia staje się nie podmiotem prawa międzynarodowego, lecz elementem strategicznej mapy.
USA już są na Grenlandii. Reszta to opowieść
Czy to znaczy, że Stany Zjednoczone nie mają tam żadnej pozycji? Wręcz przeciwnie.
USA są na Grenlandii obecne do dziś. Umowa obronna z 1951 roku, nadal obowiązująca, sankcjonuje amerykańskie bazy, systemy radarowe i obecność wojskową. Jest ona znacznie mniejsza niż w czasie zimnej wojny, ale wciąż realna. W 1946 roku Waszyngton próbował nawet kupić Grenlandię za 100 mln dolarów. Dania ofertę odrzuciła.
Dlatego mówiąc o „oddaniu Grenlandii”, Trump nie opisuje faktów. Buduje polityczną opowieść o utraconej kontroli. Atrakcyjną medialnie, lecz sprzeczną zarówno z historią, jak i z prawem międzynarodowym.
Przez dziesięciolecia Stany Zjednoczone budowały swój wizerunek jako strażnik pokoju na świcie. W tym kontekście pytanie o Grenlandię brzmi inaczej: czy mamy do czynienia jedynie z retoryką, czy z pierwszą sugestią odebrania terytorium jednemu z sojuszników?










