Morze Czarne bez jakiejkolwiek ochrony NATO

Podczas ataku Rosji na Ukrainę, najbliższy okręt wojenny należący do NATO znajdował się na Morzu Śródziemnym. Morze Czarne, które ma strategiczne znaczenie w obecnym konflikcie ukraińsko-rosyjskim, zostało całkowicie opuszczone przez NATO. Ostatni okręt należący do państw sojuszu opuścił Morze Czarne ponad miesiąc temu.
W artykule
NATO bez żeglownej odpowiedzi na Morzu Czarnym. Rosja wzmacnia swoją obecność
Francuski okręt wojenny zakończył rejs na początku stycznia i od tego czasu żaden z głównych sojuszników NATO nie patrolował tych wód – podaje turecki portal morski Turkishnavy.net, który śledzi ruchy zagranicznych okrętów wojennych. Tymczasem, według Turkishnavy.net i oświadczeń rosyjskiego ministerstwa obrony, na Morze Czarne wypłynęło 16 okrętów rosyjskiej floty wojennej, w tym okręty rakietowe czy okręty desantowe. Pomimo deklarowanej woli powstrzymania Rosji, sojuszowi nie udało się powstrzymać jej przed systematycznym budowaniem obecności w tym rejonie.
Według wywiadów przeprowadzonych przez agencję Reuters z dyplomatami, przedstawicielami wywiadu w państwach członkowskich NATO, a także przedstawicielami branży żeglugowej, członkowie sojuszu są podzieleni w kwestii działań na Morzu Czarnym, co przekłada się na brak spójnej i znaczącej strategii NATO dla tego regionu. Niektórzy członkowie sojuszu, zwłaszcza Turcja, niechętnie zgadzają się na patrolowanie tego obszaru, aby nie prowokować Moskwy. Dodatkowymi czynnikami są ograniczenia budżetowe oraz inne priorytety bezpieczeństwa wśród niektórych członków NATO.
Obecność rosyjskiej marynarki wojennej na Morzu Czarnym, która wywiera zarówno wojskowy, jak i ekonomiczny wpływ na Kijów, zakłócała handel morski Ukrainy jeszcze przed rozpoczęciem inwazji. W ostatnich tygodniach ruch w ukraińskich portach gwałtownie spadł, co przełożyło się na wymierne straty finansowe. Po czwartkowym ataku Ukraina zawiesiła działalność swoich portów morskich.
W czwartek sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg powiedział, że atak na Ukrainę prowadzony jest przez rosyjskie siły zbrojne z powietrza, lądu i morza. Przemawiający do mediów podkreślił, że NATO ma ponad 120 sojuszniczych okrętów „od dalekiej północy po Morze Śródziemne” i ponad 100 odrzutowców w stanie podwyższonej gotowości. Wcześniej w tym miesiącu, Stoltenberg powiedział, że bezpieczeństwo na Morzu Czarnym ma „kluczowe znaczenie strategiczne” dla Sojuszu.
NATO skoncentrowało się jednak wyłącznie na działaniach lądowych. Planuje się rozmieścić jednostki wojsk lądowych w liczbie około 4 000 żołnierzy w krajach basenu Morza Czarnego – Rumunii i Bułgarii, a także na Węgrzech i Słowacji, które graniczą z Ukrainą. Ponadto Stany Zjednoczone wysyłają prawie 3 tys. dodatkowych żołnierzy do krajów sąsiadujących z Ukrainą – Polski i Rumunii.
Przedstawiciele Kremla twierdzą, że NATO powinno trzymać się z dala od wód, które Rosja uważa za swoje. Rosja od dawna skarży się na to, co nazywa niebezpiecznym wzrostem aktywności wojskowej Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników na Morzu Czarnym – działania, które według NATO mają charakter czysto obronny. Morska odpowiedź NATO na działania Rosji ma również wpływ na zdolność Zachodu do obrony swoich interesów w innych regionach świata, takich jak Morze Południowochińskie, gdzie Pekin rości sobie prawo do suwerenności.
„Jeśli nie potrafimy odstraszyć Kremla, nie sądzę, by Chińczycy byli pod wrażeniem tego, co mówimy o Tajwanie czy Morzu Południowochińskim” – powiedział emerytowany amerykański generał Ben Hodges, który w latach 2014-2017 dowodził siłami armii USA w Europie i który na początku lutego spotkał się w Kijowie z prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim.
Postępująca militaryzacja Morza Czarnego
Wody Morza Czarnego mają kluczowe znaczenie dla Rosji co najmniej od XVII wieku. „Od czasów Piotra Wielkiego, Rosja jako mocarstwo lądowe zawsze była zaniepokojona brakiem dostępu do morza” – powiedział emerytowany brytyjski wiceadmirał Duncan Potts. Zaanektowanie przez Moskwę ukraińskiego półwyspu Krym w 2014 roku pozwoliło jej rozpocząć to, co jeden z zachodnich pracowników wywiadu określił jako „pełzającą militaryzację” Morza Czarnego. Rosja przejęła lub zatopiła wiele okrętów marynarki wojennej Ukrainy stacjonujących na Morzu Czarnym.
Obecność wojskowa Rosji na Krymie i modernizacja w ostatnich latach kluczowych rosyjskich flot wojennych „przesunęła równowagę militarną w regionie Morza Czarnego na jej korzyść” – powiedział analityk Stephen Flanagan z amerykańskiego think tanku RAND Corporation. Według Flanagana, Moskwa ma obecnie 18 dużych okrętów wojennych na Morzu Czarnym, co daje jej „potężną siłę do prowadzenia różnych operacji przeciwko Ukrainie”.
Tymczasem obecność okrętów wojennych NATO na Morzu Czarnym zasadniczo się zmniejszała. Według Turkishnavy.net, siły morskie USA spędziły w zeszłym roku około 180 dni na Morzu Czarnym, co oznacza wzrost z mniej niż 60 dni w 2016 roku, ale spadek z ponad 200 dni w 2014 roku. Według niezależnej bazy danych prowadzonej przez ukraiński think tank, Grupę Monitorującą Czarnomorskiego Instytutu Studiów Strategicznych i BlackSeaNews, w 2014 roku sojusznicy spoza NATO wysłali w ten rejon 31 okrętów, w 2016 roku liczba ta spadła do 14, a w ubiegłym roku ponownie wzrosła do 31. Istotni członkowie sojuszu z perspektywy potencjału sił morskich – Stany Zjednoczone oraz Wielka Brytania zmniejszyły swoją aktywność w tym akwenie w ostatnim czasie. Ostatni duży okręt sojuszniczy, niszczyciel US Navy USS Arleigh Burke, opuścił Morze Czarne w grudniu 2021 roku. Brytyjska Royal Navy nie była obecna na Morzu Czarnym od lata ubiegłego roku.
Wstrzymany handel
Jako, że ponad połowa ukraińskiego eksportu i importu odbywa się drogą morską, dostęp do morza jest niezwykle istotny z perspektywy władz w Kijowie. Port w Odessie nad Morzem Czarnym, najbardziej ruchliwy port Ukrainy i największy terminal naftowy i gazowy, został w czwartek zbombardowany przez siły rosyjskie – poinformowały władze regionalne obwodu odeskiego na południu kraju. Wojsko ukraińskie zawiesiło zaś w czwartek żeglugę handlową w swoich portach po rozpoczęciu inwazji, powiedział doradca szefa sztabu ukraińskiego prezydenta.
Przedstawiciele branży żeglugowej informowali jeszcze przed czwartkowym atakiem, że armatorzy niechętnie wysyłali statki w ten rejon ze względu na zwiększoną obecność rosyjskiej marynarki wojennej. Na to nałożyły się istniejące zakłócenia w handlu spowodowane problemami z globalnym łańcuchem dostaw, co zmniejszyło pulę dostępnych statków chętnych do żeglugi w tym regionie. W ostatnim czasie ruch statków w tym regionie znacząco spadł. Według danych MarineTraffic, zajmującej się monitorowaniem ruchu statków, liczba kontenerowców zawijających do ukraińskich portów w tym miesiącu (do 20 lutego) wyniosła jedynie 25 jednostek, co oznacza gwałtowny, prawie 50% spadek względem poprzedniego miesiąca.
Związane ręce NATO
Niektórzy dyplomaci twierdzą, że NATO powinno było już utworzyć morską misję patrolową na Morzu Czarnym. Sojusz jest jednak w dużym stopniu uzależniony od działań Turcji, pozostali członkowie NATO graniczący z Morzem Czarnym – Bułgaria i Rumunia – mają ograniczone siły marynarki wojennej. Na mocy międzynarodowej konwencji z Montreux z 1936 roku Turcja sprawuje kontrolę nad przepływem statków między Morzem Śródziemnym, a Morzem Czarnym.
Okręty z państw spoza basenu Morza Śródziemnego, takich jak Wielka Brytania i Francja, mogą przebywać na tym akwenie jednorazowo tylko 21 dni. Turcja musi jednak zachować równowagę między silnymi więzami dyplomatycznymi Ankary z Moskwą, a jej zobowiązaniami jako sojusznika NATO. Według dwóch tureckich rządowych źródeł bezpieczeństwa i ambasadora NATO, ostatnie nieformalne rozmowy NATO z Ankarą na temat ewentualnej misji policyjnej na morzu nie przyniosły wymiernych rezultatów.
Działania rosyjskie w regionie Morza Czarnego należy także traktować jako ostrzeżenie dla Polski oraz innych państw w regionie Morza Bałtyckiego. W przypadku konfliktu zbrojnego, utrzymanie działalności operacyjnej morskich szlaków handlowych może mieć strategiczne znaczenie zarówno z perspektywy logistycznej, jak i ekonomicznej. Osiągnąć to można jednak tylko poprzez efektywne systemy obrony przeciwrakietowej oraz działania Marynarki Wojennej.
Autor: JS

Amsterdam chce pożegnać duże statki wycieczkowe

Władze Amsterdamu coraz wyraźniej zmierzają do wyeliminowania zawinięć statków wycieczkowych. W ratuszu rośnie przekonanie, że zamiast kolejnych ograniczeń tańszym rozwiązaniem będzie całkowity zakaz obsługi takich jednostek do 2035 roku.
W artykule
Propozycję przedstawiono 21 stycznia. Zakłada ona stopniowe wygaszanie zawinięć dużych statków wycieczkowych, przy jednoczesnym utrzymaniu ograniczonej liczby zawinięć jednostek rzecznych. Sprawa wraca na agendę miasta od lat, lecz tym razem w debacie coraz wyraźniej wybrzmiewają argumenty finansowe i polityczne, które mogą przesądzić o dalszym kierunku działań Amsterdamu.
Presja ekologiczna i problem nadmiernej turystyki
Zastrzeżenia wobec skali zawinięć dużych statków wycieczkowych do Amsterdamu przybierają na sile od blisko dekady. Jednostki te dotychczas cumowały w ścisłym centrum miasta, co czyniło je łatwym celem krytyki ze strony organizacji ekologicznych oraz mieszkańców zmęczonych natężeniem turystyki morskiej.
Aktywiści ekologiczni, dziś obecni w strukturach władzy miejskiej, wskazują na emisje dwutlenku węgla, pyłów oraz tlenków azotu generowane przez duże statki. W debacie tej pomijane są jednak obowiązujące w Unii Europejskiej regulacje dotyczące paliw niskosiarkowych oraz powszechne stosowanie instalacji oczyszczania spalin jeszcze przed wprowadzeniem unijnego obowiązku korzystania z zasilania z lądu w głównych portach od 2030 roku.
Ograniczenia zamiast rewolucji miały wystarczyć
W latach 2023–2024 udało się wypracować kompromisowe rozwiązanie. Od 2026 roku planowano ograniczyć ruch do jednego statku dziennie i maksymalnie stu zawinięć rocznie dla jednostek oceanicznych. Rok później miało wejść w życie obligatoryjne korzystanie z zasilania z lądu. Jednocześnie miasto zapowiadało redukcję, lecz nie likwidację, zawinięć statków rzecznych.
Równolegle rozpoczęto analizy dotyczące przeniesienia terminalu pasażerskiego Passengers Terminal Amsterdam na wschód od miasta w perspektywie 2035 roku. Choć raport końcowy nie został jeszcze opublikowany, część radnych już teraz twierdzi, że studium wykazało nieopłacalność takiego rozwiązania.
Koszty i polityka zamiast sentymentów
Według informacji cytowanych przez zachodnie media, koszt relokacji terminalu oszacowano na 85 mln euro bez gwarancji zwrotu tej inwestycji. Według szacunków wpływy z obsługi statków wycieczkowych w perspektywie 30 lat wyniosą jedynie 46 mln euro. Taki bilans stał się paliwem dla politycznych deklaracji o konieczności definitywnego zakończenia obecności „pływających bloków mieszkalnych” w mieście.
Nie bez znaczenia pozostaje kalendarz polityczny. Ostateczna decyzja należy do rady miejskiej, lecz w marcu w Amsterdamie odbędą się wybory samorządowe. Oznacza to, że ewentualne rozstrzygnięcia przypadną już nowej ekipie rządzącej.
Inne porty czekają, Europa zaostrza kurs
Przeciwnicy zakazu od dawna wskazują, że ruch statków wycieczkowych może zostać przejęty przez inne porty. W tym kontekście najczęściej pojawia się Rotterdam, który już dziś obsługuje część jednostek, oferując pasażerom dojazd autokarami do Amsterdamu.
Amsterdam dołączyłby do innych europejskich miast, które podjęły działania mające na celu ograniczenie wejść statków wycieczkowych. Barcelona również planuje ograniczyć liczbę zawinięć wycieczkowców, natomiast Riwiera Francuska wprowadziła limity zarówno dotyczące wielkości jednostek, jak i rocznej liczby zawinięć do portów. Inne destynacje, takie jak wyspy greckie, wprowadziły nowe podatki od pasażerów, aby poradzić sobie z napływem turystów na najbardziej oblegane wyspy.
Jak widać, Amsterdam podąża ścieżką, którą wcześniej obrały inne europejskie miasta portowe, stopniowo ograniczając ruch dużych statków wycieczkowych w ścisłych centrach europejskich miast.










