Enter your email address below and subscribe to our newsletter

Hiszpańska Orka dla Marynarki Wojennej 

Hiszpańska państwowa grupa stoczniowa Navantia, jeden z kluczowych graczy w programie Orka, przedstawia zaawansowane technologie okrętów podwodnych typu S-80 i ich potencjalny wpływ na strategiczną przewagę Marynarki Wojennej RP, podczas Dnia Przemysłu poświęconego współpracy i nowym możliwościom w dziedzinie obronności na morzu.

Dzień Przemysłu Navantii: zaangażowanie w program Orka

9 maja, korzystając z gościnnych progów Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni, hiszpańska grupa stoczniowa Navantia zorganizowała Dzień Przemysłu. W ramach tej konferencji odbył się „okrągły stół”, w którym uczestniczyli przedstawiciele tejże firmy, jak również kooperujących z nią spółek Babcock International oraz Lockheed Martin. 

Firmy te uczestniczą w produkcji okrętów podwodnych S-80 dla Armada Española. Celem tego wydarzenia było rozpoczęcie cyklu spotkań Navantii oraz jej kooperantów z polskimi przedsiębiorstwami, które będą włączone w potencjalny łańcuch poddostawców w programie Orka, gdyby oferta hiszpańskij firmy zyskała aprobatę Ministerstwa Obrony Narodowej. 

Warto zwrócić uwagę, że obydwie firmy zagraniczne, czyli brytyjski Babcock i amerykański Lockheed Maritin są świetnie znane na polskim rynku, ponieważ uczestniczą w programach przemysłowych realizowanych na rzecz polskich Sił Zbrojnych. W przypadku Babcock International jest to najważniejszy program okrętowy, czyli produkcja fregat wielozadaniowych MIECZNIK dla Marynarki Wojennej RP, natomiast jeśli chodzi o korporację Lockheed Martin jest to szereg przedsięwzięć związanych między innymi z działalnością zakładów w Mielcu produkujących śmigłowce wielozadaniowe S-70i Black Hawk oraz realizacją programu Wisła, dotyczącego pozyskania zestawów przeciwlotniczego i przeciwrakietowego systemu rakietowego średniego zasięgu Wisła (Patriot/IBCS). 

Obie firmy, posiadając już rozwinięte zaplecze techniczne i logistyczne w Polsce, będą kluczowymi partnerami w zapewnianiu wsparcia dla budowy okrętów podwodnych typu S-80. Ich obecność oraz istniejąca działalność produkcyjna i serwisowa umożliwią efektywną adaptację tych jednostek do wymogów polskiej Marynarki Wojennej.

Dzień Przemysłu wzbudził zainteresowanie wśród polskich przedsiębiorców. Ważne jest, aby wkład rodzimego przemysłu w program Orka był jak największy, gdyż w przyszłości przełoży się to na skuteczność i ułatwi utrzymanie okrętów podwodnych w eksploatacji.

Czytaj więcej o okręcie podwodnym Isaac Peral: Rewolucja koncernu Navantia w wojnie podwodnej

Współczesne okręty podwodne, takie jak te oferowane przez Navantię, stanowią doskonały przykład wielozadaniowych platform morskich, które odeszły od tradycyjnego obrazu „podwodnych wyrzutni torped”. Dziś są to wszechstronne jednostki, przeznaczone do wykonywania szeregu misji, ważnych zarówno w okresie pokoju, jak i podczas napięć międzynarodowych oraz wojny pełnoskalowej. Co najważniejsze, zadania te wykonują skrycie, bowiem ich odnalezienie w toni, szczególnie na tak złożonym hydrologicznie akwenie, jakim jest Bałtyk, pozostaje rzeczą bardzo trudną. Oznacza to, że nawet jeden okręt podwodny może zmienić układ sił w rejonie, zmuszając przeciwnika do zaangażowania znacznych sił i środków do jego poszukiwania.

Okręty podwodne mogą: zwalczać jednostki nawodne i żeglugę przeciwnika przy użyciu torped i kierowanych pocisków rakietowych; niszczyć cele lądowe w pasie wybrzeża przy użyciu pocisków przeciwokrętowych z opcją ataku na obiekty o znanym położeniu oraz cele w głębi lądu pociskami manewrującymi dalekiego zasięgu; zbierać dane wywiadowcze na rzecz całych sił zbrojnych (wizualne, hydroakustyczne, radiolokacyjne, radiowe, termiczne); zdobywać informacje o infrastrukturze krytycznej na dnie morza; transportować i desantować operatorów sił specjalnych, wspomagając ich w działaniach dywersyjnych; stawić zagrody minowe; współdziałać z pojazdami podwodnymi – zdalnie sterowanymi i autonomicznymi, o różnym przeznaczeniu, co jeszcze bardziej poszerza spektrum zdolności operacyjnych tych jednostek. Niektórych z tych zadań jednostki innych klas nie mogą wykonywać w ogóle, a już na pewno skrycie.

Nie dziwi więc, że liczne kraje na całym świecie kupują okręty podwodne, by zastąpić ich poprzednie generacje, jak też budować siły podwodne od podstaw. Także polskie Ministerstwo Obrony Narodowej widzi potrzebę odtworzenia tych zdolności w Marynarce Wojennej RP, na co wskazuje reanimowany program Orka. Wzbudził on spore zainteresowanie czołówki producentów okrętów podwodnych.

Wszechstronna platforma S-80

Najnowszym okrętem podwodnych w Europie Zachodniej, który podniósł banderę w listopadzie 2023 roku, jest S-81 Isaac Peral. Jednostka nowego typu S-80, zbudowanego przez grupę stoczniową Navantia dla Hiszpańskiej Marynarki Wojennej. Okręt ten otwiera serię czterech jednostek zamówionych przez Ministerstwo Obrony Królestwa Hiszpanii. Wodowanie jednostki odbyło się 7 maja 2021 roku w stoczni Navantii w Kartagenie, po czym rozpoczęto finalne wyposażanie i przygotowania do prób zakładowych (HAT).  Następnie zrealizowano próby morskie i odbiorcze, które zakończyły się sukcesem, dzięki czemu od listopada 2023 roku okręt jest w rękach hiszpańskich marynarzy. 

Obecnie w stoczni w Kartagenie montowane są dwa okręty, przyszłe S-82 Narciso Monturiol i S-83 Cosme García. Pierwszy będzie identyczny z Isaakiem Peralem. S-83, jako pierwszy w serii, otrzyma system BEST AIP (o nim dalej), zaś jego montaż zaplanowano na lato tego roku. Zgodnie z harmonogramem, kadłub ciśnieniowy S-82 zostanie całkowicie zamknięty w pierwszym półroczu bieżącego roku, przed rozpoczęciem fazy testów. Gdy S-82 zostanie wytoczony na zewnątrz w celu zwodowania dokiem pływającym, jego miejsce zajmą bloki, ostatniego w serii, S-84 Mateo García de los Reyes. Zgodnie z obecnym grafikiem cały program dla Armada Española ma być sfinalizowany do 2028 roku.

S-80 to oceaniczny, konwencjonalny okręt podwodny dalekiego zasięgu. Długość całkowita wynosi 80,81 m, zaś wyporność w zanurzeniu 2965 ton. System napędowy składa się z głównego silnika elektrycznego MEP napędzającego śrubę, trzech generatorów spalinowo-elektrycznych i baterii akumulatorów ołowiowo-kwasowych. Jednostkę cechuje wysoki stopień automatyzacji, dzięki czemu załogę stanowią 32 osoby (na okrętach poprzedniej generacji S-70 ponad 60). 

Okręty typu S-80 będą mogły poszczycić się długim czasem przebywania w zanurzeniu, bez konieczności częstego ładowania baterii i pływania na chrapach. Będzie to możliwe, dzięki wspomnianemu BEST (Bio-Ethanol Stealth Technology), systemowi AIP (Air Independent Propulsion) zaliczanemu do trzeciej generacji. Jego cechą jest zdolność do wytwarzania wodoru, niezbędnego do pracy ogniw paliwowych, bezpośrednio na okręcie, bez konieczności jego składowania, jak się to dzieje w konkurencyjnych rozwiązaniach. Wodór jest wytwarzany w procesie reformingu bioetanolu. 

Hiszpanie wybrali ten alkohol z powodu powszechnej dostępności w skali globalnej, organicznego pochodzenia, wysokiego bezpieczeństwa oraz niskiej ceny. BEST AIP zwiększy autonomiczność okrętu pod wodą bez ograniczeń głębokości operacyjnej, bez ograniczeń obsługowych, bez względu na strefę geograficzną (od środowisk tropikalnych do subarktycznych) i minimalnym wkładem do sygnatury okrętu podwodnego (wydalane za burtę mikropęchrzyki powietrza są mieszane z wodą i nie wpływają na zwiększenie sygnatury akustycznej). 

System BEST pomyślnie przeszedł zakładowe test odbiorcze w 2023 roku. Tak więc sprawdzone rozwiązanie jest już dostępne i gotowe do instalacji. Pierwszym okrętem w pełni wyposażonym w AIP będzie S-83, a po nim S-84. Dwa pierwsze okręty od razu otrzymały zbiorniki ciekłego tlenu, zaś pozostałe podzespoły AIP BEST trafią na nie w trakcie remontów planowych. 

Przy opracowywaniu S-80 Navantia współpracowała z czołówką firm światowych, dostawców poszczególnych podzespołów i systemów, będąc koordynatorem prac i głównym kontrahentem madryckiego Ministerstwa Obrony. Przykładem takiej kooperacji jest system sonarowy, który wykorzystuje komponenty dostarczone przez Lockheed Martin (anten kadłubowe) i hiszpańskiej firmy SAES (własność Navantii i Thalesa), która opracowała sonar holowany Solarsub DTAS. 

Okręt wyposażony jest w system ICSC (Integrated System Combat Core, Rdzeń Zintegrowanego Systemu Walki). ICSC umożliwia pozyskiwanie, ocenę i prezentację wszelkich informacji niezbędnych do działań ofensywnych i defensywnych lub wywiadowczych oraz kontrolę uzbrojenia i środków zakłócających, jak też urządzeń do ich wystrzeliwania. 

S-80 jest silnie i wszechstronnie uzbrojony. Uzbrojenie jest wystrzeliwane z sześciu aktywnych wyrzutni torped (TLT, Torpedo Launch Tubes) firmy Babcock International. W arsenale obejmującym zapas 18 sztuk znajdują się torpedy ciężkie z napędem elektrycznym, pociski przeciwokrętowe Sub-Harpoon i miny denne. Ponadto okręt może być zintegrowany z pociskami manewrującymi (Navantia czeka na decyzję rządu Hiszpanii w kwestii pozyskania pocisków Tomahawk; gdy tak się stanie S-80 należące do Armada Española zostaną ich nosicielami).

Ponadto Navantia i Kongsberg Defence and Aerospace współpracują w celu integracji pocisków NSM-SL (Naval Strike Missile-Subamrine Launched). To odmiana znanych też w Polsce pocisków przeciwokrętowych z opcją ataku na cele lądowe NSM, będących w uzbrojeniu Morskiej Jednostki Rakietowej. Do obsługi i wystrzeliwania uzbrojenia służy system WHDS (Weapons Handling & Discharge System), dostarczony także przez Babcocka. Umożliwia on użycie różnych rodzajów amunicji wytwarzanych przez wiodących producentów.

Współpraca przemysłowa

Od chwili wejścia do służby S-81 Isaac Peral, Navantia jest postrzegana jako doświadczona firma, mająca zdolność do projektowania i produkcji nowoczesnych okrętów podwodnych, wyposażonych w system AIP. Jednak równie ważne są zdolności do szkolenia załóg, przekazywania wiedzy w zakresie utrzymania okrętów w eksploatacji i napraw.

Czytaj też o Lockheed Martin i Navantii które odnawiają umowę o współpracy

Navantia ma duże doświadczenie w prowadzeniu szkoleń w ramach poprzednich programów dla Hiszpańskiej Marynarki Wojennej i zagranicznych flot na różnych typach okrętów nawodnych i podwodnych. Oferta S-80 obejmuje program szkoleniowy, którego celem jest zapewnienie personelowi wymaganych zdolności, w najbezpieczniejszy i najbardziej efektywny sposób, aby umożliwić im obsługę i konserwację systemów oraz wyposażenia okrętu podwodnego. Oferta Navantii obejmuje symulator taktyczny (SIMTAC) i symulator platformy (SIMPLA). Obydwa umożliwiają realistyczne szkolenie załogi w zakresie procedur normalnych i awaryjnych przy jednoczesnej redukcji kosztów i zagrożeń. Dodatkowym atutem jest tu wsparcie Hiszpańskiej Marynarki Wojennej, która jest użytkownikiem okrętu podwodnego typu S-80.

Navantia ma też duże doświadczenie w programach transferu technologii (ToT, Transfer of Technology), zdobyte ramach realizacji kontraktów zagranicznych. Większość z nich zawierała znaczną część transferu technologii i wiedzy. Model ToT oferowany przez Navantię jest elastyczny, dzięki czemu można go dostosować do potrzeb danej floty. Firma zawiązała też współpracę z polskim przemysłem. Są to działania długofalowe, mające na celu celu zdefiniowanie i zbudowanie efektywnego łańcucha dostaw, prowadzących do zwiększenia lokalnego wkładu w program i zapewnieniarozwój polskiego przemysłu oraz pomyślnego transferu technologii i wiedzy.

Autor: Tomasz Grotnik 

https://portalstoczniowy.pl/category/marynarka-bezpieczenstwo/
Udostępnij ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • m/f Jan Heweliusz – noc, która zmieniła Bałtyk – część 3

    m/f Jan Heweliusz – noc, która zmieniła Bałtyk – część 3

    Między godziną 01.30 a 02.30 prom Jan Heweliusz walczył już z rosnącym sztormem i z pogłębiającym się przechyłem, który zmieniał charakter żeglugi i ograniczał możliwości manewrowe jednostki. To chwilę, w których każdy najmniejszy błąd nawigacyjny mógł stać się nieodwracalny w wyniku bardzo wątpliwego zapasu stateczności własnej promu.

    Pogłębiający się przechył m/f Jan Heweliusz i początek krytycznej fazy rejsu

    W oficjalnych zapisach tego okresu widać wyraźnie, jak dramatycznie zmieniały się parametry żeglugi, a sam prom zaczął pracować na granicy swoich możliwości. Na godzinę 01.30–02.30 dnia 14.01.1993 r. prom Jan Heweliusz utrzymuje kurs 320° w kierunku północnym i widać iż zaczyna dobierać kurs na pograniczu rejsowego do celu, a sztormowego idąc bardziej na wiatr i falę. Przechył 20–25° na prawą burtę wynika z narastającego naporu wiatru. Fala do 10 m. Wiatr 10–12B.

    Statek idący w przechyle zachowuje się inaczej. Dotyczy to całego przekroju różnych obszarów życia załogi, sprawności systemów i nautyki (zdolności żeglugowej) jednostki.

    Odnośnie załogi – przy przechyle 25st. idziemy trzymając się jedną ręką ściany (szotu wg. terminologii marynarskiej, nie żeglarskiej, bo tam to oznacza linę rogu szotowego żagla), drzwi otwierają się z trudem, a gdy lekko to lecą w dół to zamykają się z hukiem, wszelkie czynności noszenia przedmiotów, poruszania się czy samego stania w miejscu wiążą się ze skupieniem, szukaniem punktów chwytu i zwiększonym ryzykiem. Przemieszczanie się po mokrym pokładzie przy takim nachyleniu skutkuje poślizgiem. Dla jednostek pływających regularnie w przechyle jak żaglowce – próg ten wynosi 15-20st kątowych – powyżej tego przechyłu, życie załogi staje się problematyczne, ryzykowne i uciążliwe.

    Co więcej – zjawisko przechyłu jest odczytywane jako wskaźnik siły naporu wiatru. Każdy kto pływał dobrze to czuje nawet mając zamknięte oczy- samymi stopami czy plecami w zależności od pozycji. Tak więc sygnał o zwiększającym się przechyle był stale odczytywany przez wszystkich członków załogi niezależnie od miejsca czy pozycji w jakiej się znajdowali. Także w maszynowni czuć to doskonale.

    Dodatkowym markerem przechyłu są przedmioty, które się przesuwają i w skrajnych sytuacjach lecą z hukiem. Te zjawiska był jednym z czynników mobilizujących załogę i pasażerów jeszcze przed ogłoszeniem alarmu- budząc część ze snu. Pomijając żaglowce stale pływające w przechyle na żaglu- statki handlowe idące w stałym przechyle są czymś bardzo niepokojącym załogę. Dużo większy komfort psychiczny panuje, gdy się buja w lewo i prawo niż płynie położony na jedną z burt. Jest to zjawisko absolutnie nie naturalne na statkach handlowych.

    Tak więc niezależnie czy kapitan był w mesie czy w Swojej kajucie – czuł przechył i jego zmiany w kierunku niekorzystnym. Kariera kapitańska jak i pilota statku powietrznego nie zakłada przypadkowości zarówno na etapie edukacji jaki i stażu na każdym ze stanowisk oficerskich niższej rangi. Kapitan zna doskonale zakres wszystkich szczebli oficerskich, gdyż sam je też piastował. To nie są lądowe realia, gdzie ktokolwiek bez kompetencji i stażu może od razu być na szczycie łańcucha decyzyjnego. W obszarach, od których zależy życie ludzkie w sposób bezpośredni – selekcja awansu jest czymś oczywistym.

    Wpływ stałego przechyłu na pracę systemów i bezpieczeństwo jednostki

    W obszarze sprawności systemów względem przechyłu to są projektowane tak by ten wpływ był minimalny, jednak konstrukcyjnie zakłada się iż statek się buja, a nie idzie w sposób stały z przechyłem 25st. na burtę – może to skutkować kaskadową utratą sprawności systemów przez zerwanie ciągłości pompowania środków smarnych (oleje) na układy tego wymagające- smoki (punkt ssana oleju) wiszą w powietrzu nad olejem, który ucieka na skraj karteru. Morskie rozwiązania to półokrągłe miski olejowe, pływające smoki itd., natomiast jak wyżej wspomniałem czym innym jest stały przechył od bujania się.

    Sam środek ciężkości wszelkich płynów w zbiornikach głównych, zapasowych, rozchodowych, wodnych i balastowych także jest przesunięty na stronę niekorzystną, choć to zjawisko nie jest aż tak znaczące gdyż zbiorniki są dzielone na podsekcje by ciecze nie miały pełnej swobody, ale nie pomaga w tej sytuacji. Spotyka się w dokumentacji technicznej wskazanie dla stricte morskich systemów- by nie eksploatować w sposób ciągły dla stałego przechyłu nie większego niż podany kąt – spotkałem taki parametr wartości o ile dobrze pamiętam w zakresie 15-20 stopni u producenta morskich silników.

    Zdolności żeglugowe, praca ładunku i narastanie sztormu na Bałtyku

    W obszarze zdolności żeglugowych – statek w przechyle ma asymetryczny obrys kadłuba części podwodnej oraz płetwa sterowa przestaje pracować całą powierzchnią w lewo/prawo, bo pracuje skośnie i cześć tej siły rozkłada się na zbędny kierunek góra/dół. Ponadto innaczej pracuje na fali gdzie ich uderzenia sprawniej starają się go przechylić gdyż udezają nie w prostopadłą burtę ale swobodniej wchodzą pod kadłub podbijając go na stronę niekorzystną.

    Ryzyko zerwania ładunków było wspomniane przy haśle, iż dokonano sprawdzenia i zwiększono ilość odciągów. Tutaj też do opinii publicznej trafił przekaz, iż stałe pochylenie jest gorsze niż bujanie. Z tym się nie zgadzam- rozwińmy ta kwestię. Przy stałym pochyleniu o kąt przykładowo 20st – ładunek poddany jest siłom statycznym wynikającym z takiego układu mocowania oraz dynamicznym wynikającym z pracy kadłuba jednostki na fali. W przypadku bujania się lewo prawo od przykładowo 20st na lewą burtę i następnie 20st na prawą burtę dochodzą bardzo złośliwe siły dynamiczne wynikające z rozpędzenia i wyhamowania całej masy co każdy cykl i generowanie cykli zmęczeniowych powodujących coraz to większe luzy tych mocowań, po dziesiętnej części milimetra co cykl, aż będą miały taki luz, że zamienią tą siłę w siłę uderzeń zrywających. I się zerwą.

    Wracając do ryzyka zerwania przy stałym przechyle jak to miało miejsce w tej katastrofie- to odciągi mocujące wagony i samochody powinny wytrzymać bardzo głębokie położenie się promu. To ich rola. A tym ważniejsza im przechył większy. Ciekawe jaką nośność sumaryczną mają odciągi i uszy w pokładzie i w wagonie kolejowym – znając te parametry można obliczyć przy jakim kącie przechyłu się zerwą i skonfrontować to ze stosownymi normami. Wg mnie nie powinny się zerwać w przechyle mniejszym niż graniczny dla stateczności promu. To przeczy istocie ich funkcji. Dodatkowym czynnikiem jest solidność samych punktów mocowania- jednostki przechodzą badania grubości ścianek materiałów gdyż czynniki korozyjne w słonym środowisku morskim działają bardzo agresywnie- drastycznie obniżając wytrzymałość elementów stalowych- w tym pokładów.

    Warunki wiatrowo-falowe się pogorszają, prom kontynuuje rejs, a w perspektywie paru godzin miałby do czynienia z ich kolejnym pogorszeniem, gdyż wychodząc na północ od północnego skraju półwyspu Rugia (przylądek Arkona) dostaje się na czystsze uderzenie wiatru i fali pędzonej od samych wybrzeży Danii z odległości 50 Mil morskich [Nm] zamiast jedynie 20 Mil morskich [Nm] od wybrzeży Rugii. De facto dużo wcześniej gdyż wiatr wiał z lewego skosa i ten kąt należy uwzględnić idąc poza osłonę wiatrowo-falową. A w stanie krytycznym- bezwzględnie.

    Fala i wiatr pędzony przez 2-3 razy większy odcinek bez jej tłumienia jest bardzo odczuwalny- idąc na spotkanie z wiatrem i falą 12B i w stałym przechyle nie można tego nie wziąć pod uwagę. W przekazach słyszymy, iż „dostał się w znaczne pogorszenie pogody i gwałtownie wzrosła siła wiatru” – patrząc na trasę rejsu i kąty wiatrowo-falowe upatruję tych zjawisk w wyjściu poza skraj północny osłony Rugii i równolegle do spotkania z orkanem 12B. Wspomina się o gwałtowności wzrostu wiatru.

    Wpływ orkanu i ukształtowania dna na warunki żeglugi m/f Jan Heweliusz

    Piloci niemieccy startujący z Ankony i mający doskonale precyzyjne opomiarowanie warunków lotu i środowiska- wspominają o wietrze 180km/h. O Ich wybitnej postawie napisze w części poświęconej akcji ratunkowej- pomimo wytykanych błędów dzielnie sami się narażali w szalejącym piekle żywiołu. Wspomnę, iż lecąc z wiatrem bardzo szybko znaleźli się nad miejscem katastrofy – osiągali prędkośc prawie 400km/h w przelocie – natomiast wisząc nad miejscem ratowania musieli utrzymywać te 180km/h by nie odlatywać od punktu- opisze o tym więcej nie wyprzedając faktów i mitów – gdyż poruszamy się w obu tych obszarach starając się wykluczyć choćby niewiarygodne dla praktyki morskiej te drugie.

    Każdy kapitan uwzględnia, iż wyjście zza osłony wiatrowo-falowej zmienia warunki żeglugi, a ponadto uwzględnia także rzeźbę dna wiedząc, iż gdy dno opada to fale maleją, a gdy dno wzrasta zmniejszając zanurzenie to fale też wzrastają. Każdy z Państwa widzi to zjawisko w powiększeniu stojąc na brzegu morza, gdzie fala na przybrzeżnym wypłaceniu wypiętrza się. To samo zjawisko ma miejsce na otwartym morzu, gdzie różnica dla wysokości fal przy głębokości 50m do dna będzie inna niż na wypłaceniu o głębokości np. 10m, a jeszcze bardziej uurośnie,gdy dosięgnie linii brzegowej.

    A takowe wypłacenia są na otwartym Bałtyku, gdzie dno wzrasta z 40m do 8m. Gdy fala ma wtedy jedynie 6m to może rzucić o dno statek o zanurzeniu powyżej 4m. I to zdarzy się na środku morza. Kapitanowie to wiedzą doskonale i z zasady omijają wypłacenia przy cięższych warunkach świadomi tego rachunku. Prom m/f Jan Heweliusz był pomiędzy dwoma wypłyceniami na lokalnej głębi co pokazuje, iż miał niższą falę niż gdyby był 12 mil na południowy-wschód gdzie głębia ma tylko (!!!) 10-6m, więc dolina fali sunie tuż nad dnem. Ten kierunek pokrywa się z osią płynięcia z wiatrem gdyby można było obrócić prom sztrandując go podtapiając. Opiszę dlaczego to było niewykonalne opiszę tuż pod rozwijając te kwestie.

    Dlaczego manewr ucieczki na płyciznę był niemożliwy i nielogiczny na m/f Jan Heweliusz

    Zastanówmy się nad tą ewentualnością, gdzie prom idący w przechyle na prawą burtę robi zwrot w prawo chwilowo wystawiając najbardziej niekorzystnie dla wpływu wiatrowo–falowego burtę prostopadle, gdzie wiatr i fala uderzają wprost w bok statku, co pogłębia przechył na prawą burtę i po przejściu tego punktu krytycznego obraca się rufą do fal płynąc razem z kierunkiem fal i wiatru – częściowo prostując prom z przechyłu- wprost na to wypłacenie- czy to byłaby szansa dla tego promu by posadzić go na dnie? Taki manewr nazywamy sztrandowaniem gdzie osadza się jednostkę najczęściej na miękkim dnie przy linii brzegowej, a przy mniejszych jednostkach płaskodennych wprost na pkaży. Przy 12m falach i własnym zanurzeniu ok 5m skierowanie go na wypłacenie o głębi 10-6m by spowodowało znaczny wzrost prędkości statku, gdyż idzie z wiatrem i falą, ale i nadzieję, iż wskoczy na tą płyciznę i co falę będzie uderzając o dno go prostował, a otwierając kingstony denne zatopi go na płyciźnie wystając ponad lustro wody ok 8m niżej niż wynosi linia wodna promu płynącego. Dlaczego tak nie zrobił?

    Gdyż byłoby to całkowicie nie naturalne zachowanie z paru podstawowych względów. Po pierwsze kapitan walczył ze zjawiskiem przechyłu, a odpadnięcie od wiatru branego ze skosu lewej burty zwrotem w prawo i choćby chwilowe położenie promu pod pełnym naporem wiatru jeszcze bardziej nie dawało żadnej gwarancji, iż się z tego manewru podniesie do już w tym momencie posiadanych ponad 20 stopni przechyłu. Bał się napewno o mocowanie ładunku. To jedna z kapitańskich pozytywnych obsesji.

    Po drugie, iż miał świadomość, że jak nawet przejdzie pierwszy etap ze zwrotem to wystawi na pełną energię żywiołu furtę rufową co do której zaufania pewności mieć nie mógł, gdyż to najmniej wytrzymała część obrysu kadłuba dodatkowo o kształcie nie rozpraszającym energii uderzenia fal. Sama jej naprawa mogła też obniżyć Jego zaufanie do niej.

    Ograniczone możliwości manewrowe kapitana

    Tak więc w braku takiej decyzji o próbie „sztormowania z falą”, corobi się to lekkim skosem bo gdyby prosto z wiatrem poszedł szalenie by go bujało- pomimo fal od tyłu…dłuższy ciekawy temat, wracając – w tym upatruję, iż miał ograniczone zaufanie do zapasu stateczności dla stanu już osiągniętego oraz do stanu technicznego promu w kontekście przyjmowania żywiołu od strony rufowej, co zmniejszyło Mu zakres opcji sztormowania jedynie do klasycznej z dziobem na wiatr i falę.

    W tej fazie rejsu bierze wiatr i falę utrzymując kurs stanowiący znacznie bardziej sztormowy niż liniowy na port docelowy.

    Dodatkowo znając stan zabalastowania burty nawietrznej to jest lewej miał skrajnie ograniczone kąty żeglugi. De facto mógł płynąć sztormując na falę jedynie w bardzo wąskim kącie rzędu 20 stopni – zaznaczam, iż ten kąt dla statku w dobrej kondycji technicznej i równo zabalastowanego powinien wynieść jego dwukrotność, gdyż miałby swobodę przecinania wiatru i nie musiał szukać ratunku w dobalatowaniu mając zapasy stateczności samego promu. Ciekawe czy ten zabieg pompowania balastów burty nawietrznej nie był zwyczjowy na tym promie? Ciekawe pytanie i to mogłoby stanowić furtkę decyzyjną dla oficerów niższych rang co robili to po prostu zwyczajowo, bo „ten typ promu tego wymaga by się trzymać prosto”.

    Wróćmy do możliwości kapitana i promu- idzie na wiatr i falę mając obie ze skosu dziobu lewej burty, stosując zegar horyzontalny ma wiatr i falę na godzinie 11. Godzina 12 oznacza wieje z dziobu, bo dziób zawsze patrzy na godzinę 12, a godzina 6 gdyby wiatr wiał z rufy więc od tyłu- tak by wyjaśnić logikę zegara horyzontalnego. To tak jak byśmy patrzyli z perspektywy osi wskazówki tarczy zegara skąd nam wieje mając dziób cały czas w kierunku godziny 12. I teraz kapitan dobrze wie, że jak pójdzie w prawo dziobem w kierunku wiatru od godziny 11-10 to pogłębi przechył na prawą burtę nie mając gwarancji iż z niego się podniesie, a gdy pójdzie w kierunku godziny 12 na wiatr nie daj boże ją przecinając linię wiatru to dostanie wiatr z godziny 1-2 to ani nie będzie uciekał za osłonę rugii bo ten kąt temu nie odpowiada ani nie zmniejszy przechyłu tylko go zwiększy bo wie, że ma balast na lewej burcie. Po przebiegu katastrofy widać, iż prm nie był zdolny do statecznego kursowo (stabilne trzymanie kursu pod kątrolą) by utrzymywać kurs wprost na falę i wiatr- co byłoby najzasadniejsze przy założeniu, iż prom jest wystarczająco dzielny i zrównoważony symetrycznie więc bez tej feralnej wody w zbiornikach balastowych lewej burty.

    Tak więc pole manewru sztormowego kapitan miał bardzo ograniczone- szacunkowo do ok. 20stopni kątowych, gdzie przechył jest w miarę stały. Przekładajć to na zegar horyzontalny- mógł brać wiatr i falę jedynie z godziny w przedziale 11-1130. Idąc ostrzej- mowa o przedziale 1130-12 więc wprost na wiatr na pewno czuł i widział ze wskazań, że prom bardzo zwalnia tracąc stateczność kursową (swobodę w utrzymaniu kursu).

    W kolejnej części przejdziemy do kluczowych minut rejsu m/f Jan Heweliusz, gdy stały przechył i gwałtownie rosnąca siła orkanu zaczęły odbierać jednostce sterowność. To etap, w którym żaden manewr nie był już swobodny, a reakcje statku i osób na pokładzie coraz bardziej nerwowe.

    Robert Dmochowski – Absolwent, stypendysta naukowy i były pracownik naukowo –dydaktyczny Politechniki Morskiej, pasjonat morza i techniki morskiej, wieloletni staż morski na morzach i oceanach. Popularyzator wiedzy o morzu, instruktor i jako kapitan zdobywca największej ilości medali w historii regat Baltic Extreme Race.