Nie każdy lokator Białego Domu jest gwarantem bezpieczeństwa. O niebezpiecznej naiwności w myśleniu o Ameryce

W debacie o bezpieczeństwie Polski zbyt często wraca fałszywa alternatywa: albo bezwarunkowa wiara w Waszyngton, albo rzekome odwrócenie się od Ameryki. Tymczasem państwo poważne nie prowadzi polityki opartej na emocjach wobec jednego polityka, lecz chłodno ocenia interesy, ryzyka i koszty.

Krytyka Trumpa to nie „zohydzanie Ameryki”

W jednym z programów redaktora Jankowskiego na antenie Polsatu, którego gościem był znany i lubiany przez naszą redakcję kpt. Maciej Lisowski, padło pytanie dobrze pokazujące skalę zamieszania w polskiej debacie strategicznej. Skoro – jak ujął to prowadzący – „zohydzamy tego Trumpa, zohydzamy tę Amerykę”, to z kim właściwie Polska miałaby budować sojusz strategiczny? Z Niemcami, Francją, Włochami, Hiszpanią, Australią czy może z Chinami?

Pytanie brzmi efektownie, lecz opiera się na fałszywym założeniu. Krytyka działań Donalda Trumpa nie jest równoznaczna z odrzuceniem sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi. Krytyka konkretnego prezydenta, jego decyzji, języka i stosunku do sojuszników nie stanowi żadnego „zohydzania Ameryki”. Jest oceną polityki, która niesie skutki także dla Polski.

W tym kontekście trafna była odpowiedź kpt. Lisowskiego. To nie komentatorzy obrażają Amerykę na świat. To Donald Trump robi wiele, by sojusznicy zaczęli patrzeć na Waszyngton z rosnącą nieufnością. Właśnie tu leży istota problemu.

Sojusz z USA nie oznacza politycznego poddaństwa

Polska nie ma dziś rozsądnej alternatywy dla strategicznej współpracy ze Stanami Zjednoczonymi w ramach NATO. Wynika to z realiów bezpieczeństwa, geografii i układu sił w Europie. Z tego jednak nie wynika, że Warszawa ma obowiązek bezrefleksyjnie akceptować każdą decyzję podejmowaną w Waszyngtonie.

W relacjach między państwami nie istnieje trwała wdzięczność. Istnieją interesy, zdolności i bilans korzyści. Państwo poważne potrafi współpracować z silniejszym partnerem, lecz nie rezygnuje z własnego osądu. Sojusz nie oznacza politycznego poddaństwa ani obowiązku klaskania każdej administracji tylko dlatego, że akurat urzęduje za oceanem.

Skąd ta pewność, że Ameryka zawsze przyjdzie Polsce z pomocą

Najbardziej niepokojąca jest pewność, z jaką część komentatorów zakłada, że Stany Zjednoczone zawsze, bez wahania i niezależnie od okoliczności przyjdą Polsce z pomocą. Skąd właściwie bierze się ta wiara?

Historia nie daje podstaw do takiej pewności. Wystarczy przypomnieć Jałtę. Polska walczyła u boku aliantów, poniosła ogromne straty, lecz po wojnie nie odzyskała pełnej suwerenności. Znalazła się w strefie dominacji Związku Sowieckiego, bo taki układ odpowiadał mocarstwom, w tym Stanom Zjednoczonym i Wielkiej Brytanii. Zachodni alianci nie stanęli wtedy do końca w obronie polskiej podmiotowości, lecz zaakceptowali porządek zgodny z własnym interesem.

Jałta nie jest argumentem za odrzuceniem współpracy z Ameryką. Jest ostrzeżeniem przed naiwną wiarą, że sam fakt trzymania się silniejszego gwarantuje bezpieczeństwo. W polityce międzynarodowej nie ma sentymentów. Są interesy, rachunek kosztów i chłodna kalkulacja.

Nie nazwiska, lecz skutki polityki

W tym sporze wielu komentatorów wciąż patrzy na bezpieczeństwo państwa przez pryzmat sympatii lub antypatii wobec konkretnych nazwisk. To błąd. Nie ma większego znaczenia, czy podobną politykę prowadziłby, Obama, Biden czy ktokolwiek inny. Znaczenie mają skutki takiej polityki.

Jeżeli gospodarz Białego Domu osłabia zaufanie wśród sojuszników, podważa sens wieloletnich zobowiązań, prowadzi politykę presji wobec partnerów i wzmacnia poczucie nieprzewidywalności, to skutki takiego kursu uderzają nie tylko w pozycję Stanów Zjednoczonych. Uderzają również w państwa, które swoje bezpieczeństwo oparły na trwałości amerykańskich gwarancji.

Polska należy właśnie do tej grupy. Dlatego nie może pozwolić sobie na luksus kibicowania politycznym eksperymentom tylko dlatego, że prowadzi je przywódca państwa sojuszniczego. Jeśli decyzje amerykańskiej administracji zwiększają niepewność, polskie media, eksperci i opinia publiczna mają obowiązek o tym mówić.

Polska nie może grać wyłącznie cudzymi kartami

Dojrzała polityka zagraniczna i obronna nie polega na szukaniu nowego hegemona, pod którego można się wygodnie podłączyć. Polska nie powinna dziś ani obrażać się na Amerykę, ani zachowywać się jak państwo klienckie, które nie ma własnego zdania. Powinna współpracować z USA, rozwijać relacje z państwami europejskimi, rozbudowywać własne zdolności wojskowe i przemysłowe oraz pilnować własnego interesu.

To nie jest spór o sympatie. To jest spór o dojrzałość państwa i elit opiniotwórczych. Polska potrzebuje sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi, silnego NATO i możliwie szerokiej współpracy w Europie. Nie potrzebuje natomiast politycznej naiwności, wedle której każdy lokator Białego Domu z definicji jest gwarantem naszego bezpieczeństwa. Sojusze są potrzebne, lecz nie zastąpią własnej siły, rozsądku i zdolności do chłodnej oceny partnera.

Na koniec jedno do pana redaktora. W swojej wypowiedzi miesza pan dwie różne sprawy. Czym innym był wcześniejszy spór polityczny w Polsce o Donalda Trumpa, czym innym jest dzisiejsza ocena wojny i jej skutków, bo wybuch tych działań zbrojnych zmienił bardzo wiele. Śmierć tak dużej liczby cywilów w Iranie nie znajduje dziś poparcia ani po prawej, ani po lewej stronie sceny politycznej. Tu nie chodzi już o sympatie do jednego polityka, lecz o elementarną ocenę ludzkiej tragedii i ceny, jaką dzisiaj płaci większość świata. Chyba, że ktoś jest całkowicie odklejony i bez serca.

Udostępnij ten wpis
Avatar photo
Mariusz Dasiewicz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *