Gdy wojna staje się „operacją”. Tak pęka światowy porządek oparty na zasadach [część 1]

Najgroźniejsze zmiany w polityce międzynarodowej rzadko zaczynają się od jednego wielkiego przełomu. Najpierw przesuwają się granice tego, co wolno. Potem zmienia się język. Na końcu to, co jeszcze wczoraj wydawało się moralnie niedopuszczalne, zaczyna uchodzić za nową normalność.

I właśnie dlatego warto dziś zapytać nie tylko o to, kto zyskuje na strategii swojego państwa, ale też o to, co dzieje się ze światowym porządkiem, który miał być oparty na prawie, a coraz częściej wraca do logiki brutalnej siły.

W ostatnich dniach w polskiej debacie publicznej coraz częściej powraca pytanie o rolę Stanów Zjednoczonych na świecie. Jeszcze niedawno Stany Zjednoczone były przez wielu przedstawiane jako gwarant ładu, bezpieczeństwa i reguł. Dziś obok ocen podkreślających siłę Waszyngtonu coraz wyraźniej słychać inną nutę: że Waszyngton nie tyle broni porządku opartego na zasadach, ile coraz częściej sam wyznacza wyjątki od tych zasad. To właśnie ten rozdźwięk wydaje mi się dziś najważniejszy.

Nie chcę tu rozstrzygać, która z geopolitycznych diagnoz jest w pełni trafna. Bardziej interesuje mnie coś innego: cena, jaką za strategiczne kalukulacje płaci ludność cywilna, a także koszt, jaki ponosi sam porządek świata, przez dekady przedstawiany jako oparty na prawie, zasadach i odpowiedzialności.

Geopolityczny bilans to za mało

W wielu analizach wybrzmiewa dziś język układu sił. Z tego obrazu wynika, że Rosja została osłabiona, Chiny dostały sygnał ostrzegawczy, Iran został uderzony, a Stany Zjednoczone po raz kolejny pokazały, że potrafią narzucać tempo wydarzeń. To spojrzenie jest częściowo trafne, ale niepełne.

Tam, gdzie kończy się bilans strategiczny, zaczyna się pytanie o cenę. Nie tylko o ofiary cywilne, lecz także o koszt ponoszony przez sam porządek międzynarodowy. Jeśli liczy się wyłącznie skuteczność, łatwo przeoczyć, że wraz z kolejnymi „koniecznymi działaniami” rozluźniają się reguły, które Zachód przez lata uznawał za fundament własnej wiarygodności.

Z tej perspektywy pojawia się jeszcze jedna wątpliwość. Strategiczy zysk USA nie musi automatycznie oznaczać zysku dla Europy. Rosnąca zależność od decyzji Waszyngtonu może być dowodem skuteczności Ameryki, ale też słabości samych sojuszników.

Hegemonia bez odpowiedzialności

Nie chodzi więc wyłącznie o sam układ sił. Chodzi także o rachunek wystawiany reszcie świata. Rosja prowadzi brutalną politykę siły wobec Ukrainy. Z kolei działania USA na Bliskim Wschodzie, ściśle powiązane z interesami Izraela, pogłębiają destabilizację na rynku energii, zakłócają dostawy helu i nawozów które są fundamentami światowej gospodarki.

W obu przypadkach koszty tych decyzji ponoszą miliony mieszkańców naszej planety, którzy nie mają nań żadnego wpływu.

Wojna, której nie wolno nazwać wojną

Właśnie ten wątek mocno wybrzmiał w podcaście Drwala pt. „Czy to początek końca świata? Dlaczego wszystko eskaluje właśnie teraz?” na YouTube. Rozmówcy zwracali uwagę nie tylko na sam fakt amerykańskiego uderzenia na Iran, lecz przede wszystkim na sposób, w jaki opisuje się je w przestrzeni publicznej. W ich ocenie nie chodzi już wyłącznie o konflikt zbrojny, ale o coś znacznie poważniejszego: o próbę opakowania działań o skali wojennej w język politycznej normalności. Jeśli wojna przestaje być wojną tylko dlatego, że wygodniej nazwać ją „operacją”, to problem nie dotyczy już wyłącznie samego Iranu. Dotyczy także tego, jak współczesne mocarstwa obchodzą własne ograniczenia prawne i konstytucyjne.

W rozmowie u Drwala padła właśnie taka teza: mechanizm ten nie polega na jawnym odrzuceniu prawa, lecz na jego obchodzeniu przy pomocy słów. Wojna ma więc stać się „operacją”, eskalacja „przywracaniem stabilności”, a użycie siły „koniecznym sygnałem odstraszającym”. W praktyce sprowadza się to do jednego — zmienia się nazwy, aby nie trzeba było mierzyć się z pełnym ciężarem konsekwencji. To jeden z najważniejszych wniosków płynących z tej rozmowy.

Rozmówcy wskazywali też na coś jeszcze: że takie przesuwanie znaczeń nie odbywa się gdzieś na marginesie debaty, lecz na oczach opinii publicznej. I właśnie to ma być szczególnie niepokojące. Bo jeśli największe mocarstwo świata może regulować własne działania nie tyle przez prawo, ile przez odpowiednio dobrany język, to kończy się epoka zasad, a zaczyna epoka wyjątków. W tym sensie podcast Drwala nie był jedynie komentarzem do wojny z Iranem, lecz szerszą diagnozą kryzysu zachodniego porządku politycznego.

Czy Ameryka jest jeszcze państwem prawa?

To pytanie padło w tej rozmowie i nie było tam stawiane jako publicystyczna prowokacja, lecz jako konsekwencja wcześniejszych uwag. Bo jeśli — jak wskazywali rozmówcy — prezydent może rozpocząć działania o skali wojennej, a następnie tłumaczyć, że formalnie wojny nie ma, to nie mówimy już wyłącznie o sporze wokół Iranu. Mówimy o sytuacji, w której prawo staje się przeszkodą do obejścia, a nie granicą, której przekroczyć nie wolno.

W podcaście wybrzmiała też szersza myśl: że największym problemem nie jest wyłącznie sama decyzja o użyciu siły, lecz to, iż system polityczny i medialny potrafi takie decyzje bardzo szybko oswoić. Zamiast realnego sporu o legalność i odpowiedzialność pojawia się gotowa narracja: to nie wojna, lecz operacja mająca zapewnić bezpieczeństwo; to nie dramat ludności cywilnej, lecz precyzyjne uderzenia w ściśle określone cele; to nie eskalacja, lecz działanie wymuszone okolicznościami. Rozmówcy zwracali uwagę, że z takim językiem zderzają się później liczby ofiar, wśród których dominują kobiety, dzieci i osoby starsze. I właśnie w tym miejscu pada pytanie zasadnicze: gdzie naprawdę przebiega granica między deklarowaną precyzją a rzeczywistą skalą ludzkiej tragedii?

A jeśli tak, to problem nie brzmi już tylko: czy USA nadal są silne? Bardziej zasadne staje się inne pytanie, obecne także w tej rozmowie: czy Zachód, który przez dekady odwoływał się do prawa, procedur i własnych zasad, sam jeszcze wierzy w reguły, na które tak często powołuje się wobec innych?

Zakończenie pierwszej części

Dzisiejsza debata o USA coraz częściej rozpięta jest między dwiema perspektywami. Z jednej strony mamy język bilansu sił, skuteczności i odstraszania. Z drugiej — pytania o rozpad języka, obchodzenie prawa i erozję granic, które jeszcze niedawno miały być nienaruszalne. Dopiero zestawienie tych dwóch perspektyw pozwala zobaczyć pełniejszy obraz.

Problem nie polega dziś wyłącznie na tym, kto zyskał, a kto stracił w geopolitycznym bilansie pierwszego kwartału 2026 roku. Znacznie ważniejsze jest to, co dzieje się z zasadami, które przez dekady miały odróżniać Zachód od świata, w którym obowiązuje prawo silniejszego. Jeśli wojna przestaje być wojną, bo politycznie wygodniej nazwać ją operacją, a ofiary cywilne znikają z pola widzenia, to znaczy, że pęka coś więcej niż tylko kolejny regionalny porządek.

Właśnie dlatego pytanie, czy świat, który znamy, kończy się na naszych oczach, nie brzmi dziś jak publicystyczna przesada. Brzmi jak ostrzeżenie.

W drugiej części wrócę do wątków poruszonych w podcaście Drwala i pokażę, kto i w jaki sposób zaczyna ograniczać debatę publiczną, a także dlaczego coraz trudniej zadawać pytania o wpływy, odpowiedzialność i granice wolności słowa.

Udostępnij ten wpis
Avatar photo
Mariusz Dasiewicz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *